– Niegdyś było łatwo zdefiniować, czym jest kino społecznie zaangażowane. W czasach socrealizmu były to filmy o dzielnych robotnicach, w czasie II wojny światowej – o dzielnych chłopcach – mówi Andrzej Kołodyński z miesięcznika "Kino". Dziś, jego zdaniem, pojęcie ma bardziej umowne granice. To filmy, które stawiają pytania, skłaniają nas do myślenia i do poszukiwania ukrytych mechanizmów danych wydarzeń. W polskim kinie za produkcję społecznie zaangażowaną można uznać "Salę samobójców". Zwykło się jednak tak mówić raczej o filmach, których twórcy nie kryją swoich poglądów politycznych.
Najbardziej znanym reżyserem w tym nurcie jest Oliver Stone, autor między innymi "Wall Street". – Stone jest weteranem wojny wietnamskiej: to w dużej mierze ukształtowało jego wrażliwość – tłumaczy gość "Wieczoru Kulturalnego". W dodatku nie boi się tematów stricte politycznych, sportretował już np. trzech amerykańskich prezydentów.
Zdaniem Kołodyńskiego głośny amerykański film "Chciwość", przedstawiający wydarzenia zwiastujące bezpośrednio kryzys, który zaczął się w 2007 roku, jest początkiem fali produkcji eksploatujących ten temat.
Typowym przykładem filmu zaangażowanego jest "London River" z 2009 roku, który pokazywał głośny zamach w londyńskim metrze i autobusach w 2005, a także filmy Kena Loacha, Davida Mameta i Micka Lee. Wyróżnia się kinematografia rumuńska, np. "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni" Cristiana Mungiu, czy rosyjska – choćby filmy Aleksieja Bałabanowa.
– Film społecznie zaangażowany nie musi być "ciężki" – dodaje Kołodyński. Francuzi robią bardzo dobre lekkie komedie o tematyce społecznej, np. Dany'ego Boona "Jeszcze dalej niż północ"
Rozmawiała Małgorzata Raducha.
(lu)