X
Aby nas słuchać lub oglądać potrzebujesz najnowszego Adobe Flash Player | Pobierz Flash
POLSKIE RADIO - HISTORIE DOBRZE OPOWIADANE OD 90 LAT
Historia

Marek Kamiński – człowiek dwóch biegunów

27.12.2012
Wyprawa Marka Kamińskiego na biegun południowy. PAPCAF
Wyprawa Marka Kamińskiego na biegun południowy. PAP/CAF Foto: Marek Kamiński
- Jak doszliśmy na biegun byliśmy potwornie zmęczeni. Pierwszą naszą myślą było, żeby od razu rozbić namiot i pójść spać. To była taka cicha, wspaniała radość - mówił Marek Kamiński po zdobyciu wspólnie z Wojciechem Moskalem bieguna północnego.
Posłuchaj
01'25 Zdobywcy bieguna północnego - fragm. aud. "7 dni w kraju i na świecie" (11.06.1995)
19'23 ”Razem na biegun” - aud. Agnieszki Kozłowskiej (18.11.2006)

Polarnicy dotarli do celu 23 maja 1995 r. - Przez 72 dni przebyli na nartach prawie 800 km dzielących ich od bieguna. Są zdrowi i szczęśliwi - relacjonowało Polskie Radio w audycji "7 dni w kraju i na świecie". Dziennikarze pytali ich na lotnisku Okęcie, czy warto było wybrać się w taką podróż. - Trzeba było pokazać, że coś można – odpowiedział Wojciech Moskal. - To jest najfajniejsze, że nam się udało, że  w tym całym bałaganie, jaki jest w Polsce udowodniliśmy, że zwykli ludzie, tacy jak my, mogą zrobić ważną rzecz. A Marek Kamiński dodał: - Marsz do tego bieguna to była ciągła niepewność. Do końca nie wiedzieliśmy czy dojdziemy, do ostatniego dnia, prawie do ostatniego kilometra. Doszliśmy dlatego, że bardzo tego chcieliśmy.  
Kilka miesięcy później Marek Kamiński postawił sobie kolejny cel. Wybrał się, tym razem samotnie, na biegun południowy. Na miejsce dotarł 27 grudnia 1995 r. Jest, jak na razie, jedynym człowiekiem, który zdobył oba bieguny w jednym roku.
Polski polarnik wychował się na Pomorzu. Ukończył II Liceum Ogólnokształcące im. Władysława Broniewskiego w Koszalinie. Studiował filozofię oraz fizykę na Uniwersytecie Warszawskim. Jest założycielem Instytutu i Fundacji swego imienia. W audycji Agnieszki Kozłowskiej, nadanej w listopadzie 2006 r., zatytułowanej ”Razem na biegun” opowiadał o wspólnej wyprawie z Jasiem Melą.
- Razem z przyjaciółmi zastanawialiśmy się, jak możemy pomóc Jaśkowi Meli po jego wypadku – wspominał Marek Kamiński. – I najpierw, ponieważ jestem podróżnikiem, więc pomyślałem o tym, że może byśmy wspólnie odbyli jakąś podróż. Początkowo przyszło nam do głowy, że może byśmy przepłynęli taką rzekę na Kaszubach – Radunię, potem pomyśleliśmy, żeby wejść na najwyższy szczyt – Wieżycę, który ma ok. 300 m. Później zaczęliśmy dyskutować o wejściu na Rysy, na Mount Blanc, aż w pewnym momencie mój przyjaciel, Wojtek Ostrowski rzucił hasło: ”A może byście poszli razem na biegun północny”.
Ostatecznie wyprawa objęła oba bieguny Ziemi. Jan Mela zdobył je w 2004 r. razem z Markiem Kamińskim, Wojciechem Ostrowskim i Wojciechem Moskalem.
- Ważna jest głębia – stwierdził Kamiński. -  To Jan Paweł II mówił, nauczał tego, żeby wypłynąć na głębię. Kiedy dotarliśmy na biegun północny to wysłaliśmy do Ojca św. telegram stamtąd. I kiedy dochodziliśmy parę miesięcy później do bieguna południowego, to w święta Bożego Narodzenia dostaliśmy od Jana Pawła II telegram. Było w nim nawiązanie do mszy dla młodzieży na Westerplatte. Papież pisał o tym, że są obowiązki, od których się nie można uchylić. My podjęliśmy pewne zobowiązanie i chcieliśmy je zrealizować.
Posłuchaj opowieści o stawianiu celów i pokonywaniu nawet największych barier.

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Sto lat temu Amundsen stanął na biegunie południowym

Zmagali się z mrozem, wiatrem i konkurencyjną brytyjską ekspedycją. Żeby przeżyć, musieli zjeść swoje psy. 14 grudnia norwescy polarnicy jako pierwsi stanęli na biegunie południowym.
Posłuchaj
00'49 Relacja Rafała Motriuka: mija setna rocznica zdobycia bieguna południowego.

W środę mija setna rocznica zdobycia bieguna południowego przez pierwszych polarników. Ich następcy, głównie Norwegowie, urządzili z tej okazji niewielką uroczystość.

Wyprawa Roalda Amundsena to historia doskonałego planowania, determinacji i wyścigu z czasem. Norweski polarnik miał w planach zdobycie bieguna północnego, ale dowiedziawszy się, że w 1909 roku wyczynu tego dokonał Federick Cook, zmienił zamiary i rozpoczął organizowanie wyprawy na Antarktykę.

W tym samym czasie do zdobycia bieguna południowego przygotowywali się Brytyjczycy pod kierunkiem Roberta Falcona Scotta. Roald Amundsen przygotowania prowadził w tajemnicy przed konkurentami. O tym, że zamierza zdobyć biegun poinformował ich dopiero, kiedy dotarł na Antarktydę.

Roald
Roald Amundsen

 

Wyprawa Amundsena składała się z pięciu osób, czterech par sań i 52 psów. W trakcie przemieszczania się Norwegowie zdecydowali się zjeść część zwierząt. Na biegunie norweską flagę zatknęli 14 grudnia, ale Amundsen jeszcze przez kilka dni kazał prowadzić swojej załodze pomiary zmierzające do precyzynego określenia punktu. Ostatecznie wyprawa wylądowała ok. 200 metrów od geograficznego bieguna, o miesiąc wyprzedzając Brytyjczyków.

Amundsen i jego ekipa wrócili bezpiecznie do Norwegii. Nie udało się to członkom wyprawy Scotta, którzy zamarzli w drodze powrotnej.

Obecnie na biegunie południowym funkcjonuje stacja polarna, ochrzczona nazwiskami dwóch pierwszych zdobywców: "Amundsen-Scott".

Zobacz galerię DZIEŃ NA ZDJĘCIACH >>>

IAR, wit

Zobacz więcej na temat: Antarktyda IAR Norwegia

Czytaj także

Jasiek Mela: "niemożliwe" nie istnieje

01.06.2012
Jan Mela podczas wyprawy - El Capitan (28.09-10.10.2010)
Jan Mela podczas wyprawy - El Capitan (28.09-10.10.2010) Foto: Serwis fotograficzny Fundacji POZA HORYZONTY/ Weronika Gurdek
- Nie czuję się bohaterem, ale zdaję sobie sprawę, że wzorem może być ktoś zupełnie zwykły. Mamy w sobie piękno, które nie jest zależne od tego jak wyglądamy, czy jesteśmy zdrowi czy chorzy, tylko od tego, co mamy w głowie, a o tym decydujemy zazwyczaj sami - przekonuje w Trójce Jasiek Mela.
Posłuchaj
40'35 "Godzina prawdy" - 1 czerwca 2012

Mimo krótkiego jeszcze życia przeżył bardzo dużo. Kiedy był mały spłonął jego rodzinny dom, potem utopił się młodszy brat. Po tym wszystkim wydawało się, że już nic złego nie może się stać. Jednak w 2002 roku miał wypadek, który na zawsze zmienił jego życie. Chcą schować się przed deszczem wszedł do stacji transformatorowej. Tam poraził go prąd. Lekarze twierdzili, że nie ma szans na przeżycie. Jednak przeżył, ale stracił rękę i nogę. Mimo tego, razem z Markiem Kamińskim w ciągu jednego roku zdobył dwa bieguny. Potem wspinał się na Elbrus i Kilimandżaro.

- Od wypraw minęło już 8 lat i trzeba iść do przodu. Jeżdżę po szkołach, spotykam się z młodymi ludźmi po to, żeby motywować ich do działania, do niepoddawania się - opowiada Michałowi Olszańskiemu i przekonuje, że spotkania motywacyjne są także po to, by zawstydzić ludzi, pokazać: "zobaczcie, wy macie dwie ręce, dwie nogi, komplet organów w środku i wam się czasami nie chce, wątpicie w siebie. Popatrzcie na mnie i na to co robię. A dlaczego robię? Bo mi się chce. Bo wierzę w siebie”.

- Trzynastka ma w moim życiu przewrotne znaczenie. To wiek, w którym uległem wypadkowi, moment, który bardzo odmienił moje życie na stałe, ale moment, który na początku bardzo wiele mi odebrał, ale po dziś dzień przynosi niesamowite owoce - wyjaśnia Jasiek Mela. Z przekonaniem mówi, że gdyby nie wypadek, byłby innym człowiekiem, nie spotkałby Marka Kamińskiego, nie poznałby Anny Dymnej. - Wierzę, że nie ma złych doświadczeń, są tylko bardzo trudne,  ale jeżeli potrafimy na nie spojrzeć sensownie, to możemy się na nich bardzo wiele nauczyć.

Dziś studiuje psychologię i prowadzi własną fundację "Poza horyzonty", której celem jest pomoc osobom po amputacjach w zakupie protez, ale też wciąganie ludzi w aktywne życie. Przekonuje innych, jak kiedyś jego przekonywał Marek Kamiński, że o marzenia także trzeba zawalczyć. - Jestem niepełnosprawny i nie wstydzę się tego. Taki już zostanę, to mam za sobą i to jest ok. Nie jestem kaleką i kaleką nigdy nie będę. Ograniczenia umysłu usuwam cały czas, "niemożliwe" nie istnieje i staram się cały czas to udowadniać - mówi w Trójce Jan Mela.

Jak pielęgnować w sobie dziecko, cieszyć się życiem i mieć w życiu coś takiego jak „margines kosmiczności”, zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy w ostatniej przed wakacjami "Godzinie prawdy – 1 czerwca 2012".

(ed)

Zobacz więcej na temat: Anna Dymna dzieci owoce

Czytaj także

Królem nie jest, ale ma koronę

28.10.2012
Kanczendzonga, Wikimedia Commons
Kanczendzonga, Wikimedia CommonsFoto: Ashinpt at enwiki
- Po raz pierwszy znalazłem się w górach, gdy miałem 17 lat. Wszedłem wtedy tylko na jeden niewysoki szczyt, Kopieniec Wielki, ale od tego momentu wiedziałem, że będę się wspinać – wspominał na antenie Polskiego Radia Leszek Cichy. 28 października 1999 r. jako pierwszy Polak skompletował Koronę Ziemi.
Posłuchaj
35'53 Niedziela z mistrzem cz. 1
30'31 Niedziela z mistrzem cz. 2
34'36 Niedziela z mistrzem cz. 3

- Góry są takim miejscem, gdzie człowiek szybciej dochodzi do wiedzy o sobie i do prawdziwych odczuć. W górach nie da się grać przed sobą, w związku z tym ludzie szybciej poznają jacy są naprawdę – mówił himalaista w audycji Tomasza Zimocha z cyklu ”Niedziela z mistrzem”, nadanej 12 października 2008 r. - Lubię przebywać w górach, traktować je, nie jako wrogą siłę, tylko jako miejsce, gdzie da się żyć i da się przeżyć.
W audycji opowiadał o wszystkich swoich wyprawach. Zaczął od tej najtrudniejszej, kiedy to wspólnie z Krzysztofem Wielickim udało mu się wejść zimową porą na najwyższy szczyt świata – Mount Everest. Było to 17 lutego 1980 r. W archiwach radiowych zachowała się rozmowa, jaką obaj alpiniści prowadzili z kierownikiem wyprawy, Andrzejem Zawadą, który pozostał w obozie, na niższej wysokości: - Jesteśmy na szczycie! Hurra! Rekord świata! Gdyby to nie był Everest, to byśmy nie weszli, strasznie wiało. Strasznie ciężko, zimno, bardzo się boimy zejścia, będziemy uważać. Zawada prosił o ostrożność i zdjęcia.
Pytany przez Tomasza Zimocha o to, co zostawił wtedy na szczycie Mount Everest, Leszek Cichy odpowiedział:
- Zostawiliśmy termometr i różaniec. Ten różaniec dostała podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski matka Stanisława Latałły, który w 1974 r. zginął podczas wspinaczki na Lhotse. Przed naszym wyjazdem spotkała się z Andrzejem Zawadą i poprosiła, byśmy wnieśli ten różaniec tak wysoko, jak tylko się da. I udało się go donieść najwyżej, jak można było.
Leszek Cichy nie tylko się wspina. Z zawodu jest geodetą, pracuje jako bankowiec, od czasu do czasu organizuje wyprawy i wciela się w rolę górskiego przewodnika. Jest autorem książki ”Rozmowy o Evereście”. Przez kilkanaście lat pracował naukowo na Politechnice Warszawskiej.
Gośćmi audycji ”Niedziela z mistrzem” poza głównym bohaterem programu, byli jego przyjaciele: Marek Kamiński, podróżnik i polarnik, Janusz Onyszkiewicz, himalaista i polityk, prof. Andrzej Paczkowski, historyk, Anna Czerwińska, alpinistka oraz Janek Mela, któremu udało się zdobyć oba bieguny.
43314 – to ulubiona liczba Leszka Cichego. Dlaczego właśnie ona? Odpowiedź jest prosta - to są najbardziej prawdopodobne wysokości siedmiu szczytów, które tworzą Koronę Ziemi, a właśnie ona jest w posiadaniu polskiego wspinacza. Pytany przez Tomasza Zimocha, o to, co jest w życiu ważne Cichy odpowiada:
- Każdy może mieć swój Everest, jeżeli ma dostateczną determinację, żeby zrobić coś w życiu. Trzeba zostawić po sobie ślad. Jeżeli ktoś zrobi to w górach, to pięknie. Jeśli zrobi to na innych polach działalności, też dobrze. Mamy jedno życie i chcielibyśmy, żeby po nas coś zostało - pamięć, niech zostanie dobra pamięć.
Niezwykła opowieść o górach i możliwościach człowieka. Życie rodzinne, przyjaźnie, pasje, anegdoty i dramatyczne wspomnienia. Posłuchaj "Niedzieli z Mistrzem” z udziałem człowieka, który nie błądzi w chmurach, ale po nich chodzi.