X
Aby nas słuchać lub oglądać potrzebujesz najnowszego Adobe Flash Player | Pobierz Flash
POLSKIE RADIO - HISTORIE DOBRZE OPOWIADANE OD 90 LAT
Historia

Niemcy budują Majdanek

27.07.2012
27 lipca 1941 roku, Niemcy rozpoczęli budowę obozu koncentracyjnego na Majdanku. Obóz koncentracyjny w Lublinie, zwany potocznie Majdankiem, był drugim co do wielkości, po Auschwitz, nazistowskim obozem zagłady.
Posłuchaj
00'18 Roman Litman o piekle Majdanka

Pierwszymi więźniami byli jeńcy radzieccy, od wiosny 1942 roku obóz stał się ośrodkiem zagłady Żydów. Obóz koncentracyjny w Lublinie, zwany potocznie Majdankiem, był drugim co do wielkości, po Auschwitz, nazistowskim obozem zagłady w Europie. Szacuje się, że przeszło przez niego od 300 do 360 tysięcy więźniów 30 narodowości. Wśród osadzonych najwięcej było Żydów i Polaków. Liczbę pomordowanych w Majdanku dotychczas oceniano na 230-300 tysięcy, z czego 100 tysięcy stanowili Żydzi.

Ostatnie badania wskazują jednak, że ofiar mogło być mniej, według publikacji Tomasza Kranza, dyrektora Państwowego Muzeum na Majdanku, zostało tam zamordowanych około 80 tysięcy, z czego 59 tysięcy stanowili Żydzi. Obóz został wyzwolony w 1944 roku, przez Armię Czerwoną. Przebywało w nim wówczas około tysiąca więźniów, wśród nich żołnierze Armii Krajowej. W ciągu kilku dni poprzedzających wejście wojsk radzieckich, Niemcy zamordowali w obozie 800 więźniów Zamku Lubelskiego.

Pierwszej masowej egzekucji na Majdanku dokonano w grudniu 1941 roku. Rozstrzelano wówczas 2 tysiące jeńców radzieckich. W czerwcu 1942 roku uruchomiono pierwsze krematorium. Pierwszy transport mieszkańców z "aryjskiej" strony Warszawy trafił do Majdanka w styczniu 1943 roku. W czerwcu tego samego roku znaleźli się tu mieszkańcy warszawskiego i białostockiego getta oraz ofiary pacyfikacji Zamojszczyzny. 3 listopada1943 roku w obozie na Majdanku miała miejsce największa masowa egzekucja tzw. krwawa środa, w ramach akcji Erntefest - Dożynki.

Hitlerowcy rozstrzelali wtedy ponad 18 tysięcy Żydów, więźniów Majdanka i obozów pracy na terenie Lublina. Tragiczna historia lubelskiego obozu koncentracyjnego dobiegła końca 23 lipca 1944 roku, po wkroczeniu do Lublina Armii Czerwonej. Rok po wyzwoleniu obozu została powołana w Lublinie polsko-radziecka komisja nadzwyczajna do zbadania zbrodni hitlerowskich popełnionych na Majdanku. Komisja zabezpieczyła materiały dowodowe i postawiła w stan oskarżenia sześciu oprawców zatrzymanych podczas wyparcia Niemców z Lublina. Wykonano publicznie wyroki śmierci.

Dalsze procesy miały miejsce w pierwszych latach po wojnie. Z 1037 znanych z nazwiska funkcjonariuszy SS na Majdanku, tylko 170 poniosło odpowiedzialność karną. Jesienią 1944 roku na terenie dawnego obozu powstało Państowe Muzeum Majdanka. Było pierwszą tego typu instytucją na świecie. Muzeum gromadzi eksponaty, prowadzi archiwum i badania naukowe. Odbywają się tam lekcje muzealne, spotkania z byłymi więźniami, odczyty i projekcje filmów. Corocznie we wrześniu są organizowane Dni Majdanka.

WIĘCEJ NA TEMAT ZBRODNI NIEMIECKICH W SERWISIE II WOJNA ŚWIATOWA

/
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Litzmannstadt Ghetto

IPN przygotował album poświecony Litzmannstadt Ghetto. Historycy oceniają, że łódzkie getto zostało utrwalone na ponad 12 tysiącach fotografii.

 Oprócz fotografii, w albumie jest też obszerny opis wydarzeń z lat 1940-44.

Publikacja została przygotowana przez pracowników łódzkiego Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. Sławomir Nowinowski z łódzkiego IPN-u podkreśla, że album jest o tyle oryginalny, że podpisy do zdjęć zostały umieszczone na ostatnich stronach.


Historycy oceniają, że łódzkie getto zostało utrwalone na ponad 12 tysiącach fotografii. Do albumu wybrano te, które zostały zrobione przez mieszkańców getta pracujących w żydowskiej administracji, są też zdjęcia autorstwa niemieckich żołnierzy. Dzięki temu życie w gettcie pokazane jest z dwóch stron - mówi Paweł Spodenkiewicz z IPN.


Album został wydany w związku z 65. rocznicą likwidacji Litzmannstadt Ghetto.

 Łódź,K.Babij/dabr

Czytaj także

Ucieczka z Sobiboru

Tomasz Toivi Blatt przeżył piekło hitlerowskiego obozu zagłady w Sobiborze.
Posłuchaj
32'20 O ucieczce z obozu w Sobiborze z 14 października 1943 r.

Sobibór to stacja kolejowa na linii Chełm - Włodawa, niedaleko Bugu na dzisiejszej granicy polsko-ukraińskiej. W marcu 1942 roku hitlerowcy rozpoczęli tam budowę obozu, który zaczął funkcjonować dwa miesiące później. Podobnie, jak obóz w Treblince, podlegał on dowódcy SS i policji dystryktu lubelskiego - Odilowi Globocnikowi. W obozie zamontowano, według różnych źródeł, od czterech do dziewięciu komór gazowych. Początkowo przywożono tam Żydów z Krasnegostawu, Chełma i Hrubieszowa oraz z okolic tych miast, później z całego dystryktu Galicji, a także z Belgii, Holandii, Francji, Austrii, Czech i Ukrainy. Do obozu trafiali także Polacy.

14 października 1943 roku ponad 300 więźniów zorganizowało ucieczkę. Była to jedyna w czasie II wojny światowej udana akcja na taką skalę, okupiona jednak wieloma ofiarami. 14 października 1943 roku w obozie, w którym przebywało wówczas siedmiuset więźniów, rozpoczął się zbrojny bunt, kierowany przez oficera sowieckiego Aleksandra "Saszę" Peczerskiego i byłego przewodniczącego Judenratu w getcie w Żółkwi Leona Feldhendlera. O wyznaczonej godzinie do warsztatów rzemieślniczych i magazynów ściągnięto część strażników obozowych, których zamordowano. Ponad trzystu więźniów rzuciło się do ucieczki. Pozostali, zwłaszcza starsi i chorzy, nie zdecydowali się na ten krok. Zostali zamordowani w kolejnych dniach, podczas masowych egzekucji. Wielu uciekinierów zginęło od niemieckich kul, a także przy forsowaniu drutów, fos i na polach minowych. 49 osobom ucieczka się powiodła - kilkunastu zginęło potem w walce z okupantem w oddziałach partyzanckich, około 30 doczekało końca wojny. W czasie buntu zginęło co najmniej 10 Niemców, 2 volksdeutschów i 8 strażników ukraińskich. Po stłumieniu buntu Niemcy podjęli decyzję o likwidacji obozu, do czego wykorzystali więźniów z Treblinki. Od 1993 roku w Sobiborze istnieje Muzeum Byłego Hitlerowskiego Obozu Zagłady.

Blatt jest autorem książki „Ucieczka z Sobiboru”. Opowiada w niej wstrząsającą nieludzką codzienność obozu w Sobiborze.


Tomasz Toivi Blatt jest polskim Żydem. Miał szesnaście lat, gdy w 1943 roku został wraz z rodziną przywieziony z Izbicy do obozu śmierci w Sobiborze. Rodzice i młodszy brat zginęli w komorze gazowej. On uczestniczył w słynnej ucieczce. W swojej książce opowiada także o pierwszych chwilach wolności poza obozem, walce o jedzenie i ucieczce przez polowaniem na Żydów z Sobiboru. Wspomina też kilka miesięcy spędzonych za pieniądze u polskiego gospodarza i o tym jak ten sam Polak zabił jego kolegów i strzelił do niego.

- Do dziś nie wyobrażam sobie, jak takie masowe mordowanie ludzi w ogóle mogło mieć miejsce – mówi Tomasz Toivi Blatt. – Wkrótce nas, świadków tego wszystkiego nie będzie, zostanie tylko pisana historia – dodaje.

W Sobiborze zamordowano co najmniej 250 tysięcy Żydów. Działała tam niezwykle sprawna machina mordu – ludzie przywożeni w transportach byli niemal natychmiast uśmiercani, głównie w komorach gazowych, a w samym obozie przebywała wyłącznie kilkusetosobowa grupa wybranych więźniów, wykorzystywanych przez Niemców do prac pomocniczych. Ich sytuacja była szczególna – w każdej chwili groziła im śmierć, ale nie przydzielano im „pasiaków”, swoim wyglądem mieli utwierdzać przywożonych Żydów w przekonaniu, że Sobibór jest tylko etapem przejściowym, a nie obozem zagłady.

Czytaj także

Nie ma już ludzi, jest pamięć w fotografii

Zniszczone zdjęcie czy odnalezione po latach notatki - te przedmioty kryją w sobie dramatyczne i bardzo osobiste historie przetrwania i rozłąki rodzin w latach Holocaustu. Nie wszystkie uda nam się odkryć.

Ostatnia żyjąca osoba, która ocalała z lwowskiego getta - Krystyna Chiger zdecydowała się kilkadziesiąt lat po tamtych wydarzeniach wrócić do swoich dziecięcych wspomnień. Tak powstała książka "Dziewczynka w zielonym sweterku". Polskie Radio jest patronem medialnym tej poruszającej opowieści.

Przez 14 wojennych miesięcy ukrywania się w lwowskich kanałach ośmioletniej Krystynie Chiger towarzyszył zielony, dziecięcy sweterek. Zwykłe wełniane ubranie znajduje się w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu. Takich przedmiotów, fotografii, które przetrwały z ocalonymi jest wiele. Kryją bardzo różne historie.

Jan Jagielski z Żydowskiego Instytutu Historycznego
zajmuje się ochroną pamięci o Żydach Polskich. Opowiedział nam jakie znaczenia mają zachowane przedmioty i  miejsca, które są niemymi świadkami Holocaustu.


Urszula Schwarzenberg-Czerny: Jakie przedmioty stawały się świadectwem zagłady polskich Żydów?

Jan Jagielski: Jest taki bardzo dobry dokument o łyżeczce, który opisuje życie dziecka Holocaustu - pani Elżbiety Ficowskiej. Tylko ta jedna łyżeczka pozostała po jej rodzicach i w jakiś sposób trafiła z nią do kobiety, która ją wychowała. Taka rzecz jest jedynym kontaktem, jaki był między prawdziwą matką, a tą matką przybraną. Jest wiele takich przedmiotów. Przy pracy nad wystawą "Ciągle widzę ich twarze" szukaliśmy zdjęć, które pozostały po rodzinach. Pani mieszkająca w Izraelu przekazała nam w pewnym momencie wyniszczony fragment fotografii, na której była twarz jej matki. To zdjęcie ją trzymało przy życiu, ona trzymała je przez całą wojnę w bucie. To są bardzo różne historie. Są ludzie, którzy nic nie wzięli, zostali zamordowani, a później znaleziono pamiątki po nich. W budynku obecnej warszawskiej Gminy byli ludzie, których wywieziono prawdopodobnie do Treblinki. Pozostałe po nich notatki, książki, zdjęcia leżały wrzucone w zamkniętą przestrzeń między sufitem, a podłogą drugiego piętra. Znaleziono to przy okazji remontu. Nie ma tych ludzi, ale pozostały ich twarze, ich myśli.

USC: Wyobrażam sobie, że w tych przedmiotach zamknięte są tysiące takich bardzo osobistych i bardzo trudnych do odtworzenia historii.

JJ: Dlatego przy takim projekcie jak wystawa "Ciągle widzę ich twarze" Gołdy Tencer pracowała cała grupa ludzi. Na przykład moja znajoma nie miała żadnego zdjęcia swoich rodziców, ale okazało się, że rodzina w Stanach Zjednoczonych ma takie fotografie. Przesłali jej dziecięcą fotografię opisując, że to jest twoja mała mama, to jest twój stryjek. Oni nie żyją, ale dzięki tym zdjęciom zapamiętuje się osobę z fotografii.

USC: Czy wyszukując takie pamiątki zetknął się Pan z przedmiotem, albo z historią, która wywołała w Panu silne uczucia?

JJ: Dla mnie i dla każdego z nas, kto szukał tych zdjęć, każda rzecz była wzruszająca, bo z tym zawsze wiązały się jakieś opowieści. Zapamiętałem fotografię, która jest może trochę humorystyczna. Osoby polskie, które chodziły wtedy do szkoły, przysłały zdjęcie klasowe. Z dobrego serca i tak naturalnie mówiły, że koleżanki Żydówki zaznaczyły krzyżykami. Krzyżyk nie jest znakiem religijnym dla ludności żydowskiej, ale ci ludzie zrobili to w dobrej wierze, chcieli zapamiętać koleżanki z klasy.

USC: Jest jeszcze jeden rodzaj materialnych świadectw historii, na przykład obozowe pasiaki, które jeszcze teraz są przekazywane do muzeów zagłady. Co może motywować ludzi do przechowywania przedmiotów łączących się z traumatycznymi wydarzeniami?

JJ: Jeżeli dziadek nosił ten pasiak i on się uratował, to można taki przedmiot spalić, ale nie można go prać i trzymać w szafie. Jedynym właściwym miejscem dla tej pamięci jest muzeum w Auschwitz, czy na Majdanku. To jest naturalny odruch. Przerażającą rzeczą jest chodzenie w pasiaku na rocznicowe uroczystości. To już jest teatr. Tak samo, jeżeli ja chodzę na rocznice historyczne w Warszawie, a młodzi ludzie ubierają panterki i hełmy, jak młodzi powstańcy, to dla mnie to jest smutne. Proszę zauważyć, jak jest uroczystość w Muzeum Powstania Warszawskiego i przychodzą starsi ludzie, to oni zakładają order i mają jakiś znaczek, ale nie przebierają się w panterki, które przecież oddają do muzeum.

USC: To jest też specyficzna sytuacja, przechowywanie w muzeach przedmiotów, które z natury nie są trwałe.


JJ: W muzeum w Yad Vashem zebrane są na przykład laleczki, które były zrobione w obozie przez dzieci. Cała grupa dzieci w Auschwitz przeżyła z numerami na rączkach. Zachowały się bardzo dobre zdjęcia fotografa z wojsk radzieckich, który uchwycił moment, w którym one te wytatuowane ręce wyciągały.

USC: W obozie w Auschwitz działała nielegalna grupa teatralna. Jaka była rola tworzenia w takim miejscu? Czy sztuka mogła dawać poczucie wspólnoty?

JJ: Nie, myślę, że chodziło o oderwanie się od rzeczywistości. Jeżeli ktoś mówi jakiś wiersz i to będzie Byron czy Mickiewicz, no to on wtedy wiedział, że nie jest w baraku między pryczami, tylko przenosi się do teatru, który kiedyś odwiedzał, gdzie były piękne światła i balkony pokryte złotą farbą. Wydaje mi się, że sztuka obozów powstawała dopiero później, po wyjściu, kiedy oni zostawali sami ze swoimi myślami i przelewali je na farbę, na rzeźbę. Czytałem ostatnio, że osobie, która miała świetną rękę w rysunku, doktor Mengele kazał dokumentować jego eksperymenty. Te rysunki są teraz w obozie w Auschwitz i ich autorka chciałaby je gdzie indziej pokazać. Muzealnicy się na to nie zgadzają mówiąc, że to jest część tego obozu. To nie jest sztuka, nie ma jednej definicji i jednego wyznacznika takich dzieł z czasu zagłady.

USC: Bardzo ciężkie musi być powracanie obecnie do miejsc, do zdjęć, które dla tych ludzi wiążą się z pamięcią. Czasem nie mamy nawet świadomości, jak silny ładunek emocjonalny dla nich niesie ze sobą na przykład mijany dom.

JJ: To są naprawdę nieraz trudne sytuacje. Kiedyś razem z ludźmi, którzy po wielu latach przyjechali ze Stanów Zjednoczonych, pojechałem do Krakowa. Oni stamtąd pochodzili. Weszliśmy do domu, w którym oni w ostatnim momencie widzieli swoich rodziców. Stanęliśmy tam po to, żeby zmówić modlitwę za zmarłych. W tym miejscu już nic nie było, tylko w ich wyobraźni była ta scena i może oni mieli w sobie, w tym miejscu głos swojej matki, która mówiła o tym, że zobaczą się jeszcze, albo nigdy się już nie spotkają. Przypominam sobie też bardzo dobrze zrobiony film, w którym człowiek przychodzi do trochę zrujnowanego domu i dotyka ręką poręczy, której dotykała jego matka. To nie musi być czysto namacalne, pamięć jest nawet w dotyku, a to przecież istnieje tylko w głowie.