X
Aby nas słuchać lub oglądać potrzebujesz najnowszego Adobe Flash Player | Pobierz Flash
POLSKIE RADIO - HISTORIE DOBRZE OPOWIADANE OD 90 LAT
Historia

Marsze śmierci

17.01.2012
Jeden z baraków w obozie śmierci w Auschwitz
Jeden z baraków w obozie śmierci w AuschwitzFoto: Źr. annefrankguide.net
17 stycznia 1945 roku z Auschwitz wyszło ponad 56 tysięcy osób, z których zginęło co najmniej 9 tysięcy, a szacuje się, że liczba ofiar może sięgać nawet 15 tysięcy.
Posłuchaj
13'40 Wspomnienia z Auschwitz: Michał Sumiński
01'00 Większość chciałaby zapomnieć, ale pamiętać trzeba - relacja Radomira Czarneckiego
00'15 August Kowalczyk: Piekło Auschwitz
00'23 Jerzy Kowalewski o koszmarze Auschwitz

17 stycznia mija 67 lat od wyjścia z Auschwitz-Birkenau tzw. marszu śmierci, w którym hitlerowcy ewakuowali więźniów obozu w głąb Niemiec.

Termin "marsze śmierci" powstał wśród byłych więźniów hitlerowskich obozów, a później został przyjęty w historiografii. Wobec zbliżających się wojsk Armii Czerwonej w styczniu 1945 roku, Niemcy wyprowadzali więźniów z wielu obozów, między innymi z Gross- Rosen i Stutthof. 17 stycznia 1945 roku z Auschwitz wyszło ponad 56 tysięcy osób, z których zginęło co najmniej 9 tysięcy, a szacuje się, że liczba ofiar może sięgać nawet 15 tysięcy.

Kiedy 27 stycznia 1945 roku Armia Czerwona weszła na teren obozu w Auschwitz-Birkenau, uwolniła 7500 więźniów, w tym ponad 500 dzieci. W tym jednym z największych miejsc męczeństwa i zagłady drugiej wojny światowej, zginęło ponad milion sto tysięcy osób, głównie Żydów, ale także przedstawicieli kilkudziesięciu innych narodów. Główny marsz z Auschwitz wyruszył 17 stycznia do Wodzisławia Śląskiego. Trasa liczyła 63 kilometry.

Więźniowie, skrajnie wyczerpani pobytem w obozie i morderczą pracą, maszerowali w głąb III Rzeszy, gdzie mieli służyć jako darmowa siła robocza na potrzeby niemieckiego przemysłu zbrojeniowego. Wśród nich byli także ludzie młodzi i dzieci. Na silnym mrozie, przekraczającym nawet minus 20 stopni, ubrani jedynie w obozowe pasiaki, więźniowie mieli do pokonania do 20 do 30 kilometrów dziennie i często nocowali pod gołym niebem. Każde odejście od trasy czy trudności w nadążeniu, esesmani karali natychmiastowym rozstrzelaniem. Mimo to próby ucieczki były ponawiane, a okoliczna ludność z narażeniem życia udzielała pomocy więźniom.

WIĘCEJ NA TEMAT NIEMIECKICH OBOZÓW KONCENTRACYJNYCH W SERWISIE II WOJNA ŚWIATOWA

22 stycznia transport dotarł do stacji kolejowej Loslau, to jest Wodzisław, gdzie załadowano więźniów do węglowych wagonów kolejowych, jadących w kierunku Austrii i Niemiec. Podczas silnego mrozu i z powodu ścisku panującego w otwartych wagonach, umierali kolejni więźniowie.

250 kilometrów piekła

W najdłuższy "marsz śmierci" liczący 250 kilometrów wyruszyło 3200 więźniów z podobozu w Jaworznie, którzy przeszli do KL Gross Rosen na Dolnym Śląsku. Z obozu koncentracyjnego w Stutthof na Pomorzu Niemcy ewakuowali 11 tysięcy więźniów. W "marszu śmierci" mieli oni do pokonania, w zależności od grupy, od 120. do 170. kilometrów. Marsz przeżyło 7 tysięcy osób. Z KL Stutthof, łącznie z podobozem w Gdyni, ewakuowano też drogą morską około 5 tysięcy więźniów. Barki rzeczne nie były przystosowane do podróży pełnomorskiej i przewozu ludzi. Więźniów umieszczano w ładowniach pod pokładem wyścielonych zgniłą słomą, bez dostępu do świeżego powietrza i światła. Szacuje się, że na "barkach śmierci" zginęła połowa przewożonych nimi osób. Wielu więźniów, którzy przeżyli "marsz śmierci", zostało rozstrzelanych w obozach, w których się znaleźli w III Rzeszy. Więźniarki z Prus Wschodnich pędzono do Palmicken, obecnie Jantarnyj, gdzie rozstrzelano około 3 tysięcy kobiet.

 

pd

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Śmierć rotmistrza Pileckiego

Jeden z najodważniejszych. Dobrowolny więzień Auschwitz. Uczestnik powstania warszawskiego. Żołnierz armii Andersa. Przez komunistów - skazany na śmierć.
Posłuchaj
38'10 Rotmistrz Witold Pilecki

Dzisiaj, 13 maja, przypada 110 rocznica urodzin rotmistrza Witolda Pileckiego.

Był jedną z niewielu osób, które trafiły do Oświęcimia dobrowolnie. - Z Auschwitz od wywożonych tam działaczy państwa podziemnego dochodziły naprawdę straszne informacje - tłumaczy historyk Jacek Pawłowicz z Instytutu Pamięci Narodowej. - Po prostu nie można było uwierzyć w to, co tam się dzieje, że można na Ziemi stworzyć piekło. Potrzebny był ktoś odpowiedzialny, kto mógłby przeprowadzić dobrą akcję wywiadowczą.

Do tego zadania zgłosił się właśnie Pilecki. Trafił do obozu we wrześniu 1940 roku z łapanki, jako Tomasz Serafiński. Jego misja mogła się zakończyć właściwie już pierwszego dnia. Niemcy, żeby zastraszyć przywiezionych ludzi, przeprowadzili tragiczną inscenizację ucieczki. - Jeden z wachmanów wyciągnął przywiezioną osobę i powiedział: "Biegnij do ogrodzenia". Ten człowiek, nieświadomy tego, co się za chwilę wydarzy, pobiegł. Został zastrzelony. Jako współodpowiedzialnych za tę rzekomą ucieczkę rozstrzelano jeszcze dziesięciu - mówi Jacek Pawłowicz.

Kiedy po pięciu latach Pilecki został aresztowany przez komunistów, przyznał, że w porównaniu z tym Oświęcim to była igraszka. Przez dwa lata brutalnie torturowano go w więzieniu na Rakowieckiej. Po haniebnym procesie komunistyczne władze PRL-u wydały wyrok: śmierć - za szpiegostwo na rzecz korpusu gen. Andersa i szykowanie zamachów na urzędników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

Żona wraz z przyjaciółmi rozpaczliwie walczyła o jego ułaskawienie. O łaskę zabiegano m.in. u Józefa Cyrankiewicza, który wraz z nim był w obozie w Auschwitz. - Cyrankiewicz nic nie zrobił - mówi historyk. - A co więcej, ukradł legendę rotmistrza. To przecież o Cyrankiewiczu mówiono, że tworzył konspirację w Auschwitz, że był przywódcą ruchu oporu.

W maju 1948 roku wykonano wyrok, strzałem w tył głowy. Rodzina miała się nigdy nie dowiedzieć, gdzie został pochowany. Nie wydano im ciała. Jak wspomina córka rotmistrza, Zofia Pilecka-Optułowicz, nikt nie miał prawa o nim pisać ani nawet wymieniać jego nazwiska. Dopiero po 42 latach od procesu, w demokratycznej Polsce, wyrok anulowano. Żona Pileckiego doczekała jego rehabilitacji.

W audycji fragmenty spektaklu telewizyjnego z 2006 roku pt. "Śmierć rotmistrza Pileckiego" w reżyserii Ryszarda Bugajskiego.

(AK)

Aby wysłuchać rozmowy Katarzyny Kobyleckiej, wystarczy wybrać dźwięk "Rotmistrz Witold Pilecki" w boksie "Posłuchaj" w ramce powyżej.

Czytaj także

Rotmistrz Witold Pilecki - do Auschwitz z własnej woli

13.05.2015
Witold Pilecki w trakcie składania zeznań przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie. Fot.: wikipediaGłos Ludu, marzec 1948.
Witold Pilecki w trakcie składania zeznań przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie. Fot.: wikipedia/"Głos Ludu", marzec 1948.
Rotmistrz Witold Pilecki dał się dobrowolnie aresztować Niemcom w łapance ulicznej na Żoliborzu, aby dostać się w celach wywiadowczych do obozu koncentracyjnego Auschwitz.
Posłuchaj
29'47 Bohater rotmistrz Witold Pilecki - "Wieczór naukowy" w Jedynce z udziałem Zofii Pileckiej-Optułowicz, córki, Andrzeja Pileckiego, syna oraz Jacka Pawłowicza , historyka z IPN (11.05.2011)
03'31 Rozmowa Hanny Marii-Gizy z prof. Wiesławem Wysockim na temat książki Jacka Pawłowicza "Rotmistrz Witold Pilecki 1901-1948". Wydawnictwo IPN (2008)

13 maja 1901 urodził sie Witold Pilecki.

Był jedną z niewielu osób, które trafiły do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu dobrowolnie. - Od wywożonych do Auschwitz działaczy państwa podziemnego dochodziły naprawdę straszne informacje - tłumaczy historyk Jacek Pawłowicz z Instytutu Pamięci Narodowej. - Po prostu nie można było uwierzyć w to, co tam się dzieje, że można na Ziemi stworzyć takie piekło. Potrzebny był ktoś odpowiedzialny do przeprowadzenia akcji wywiadowczej.

Zobaczyć na własne oczy

Do tego zadania zgłosił się właśnie Pilecki. 19 września 1940 pozwolił się aresztować Niemcom w łapance ulicznej na Żoliborzu. Trafił do KL Auschwitz jako Tomasz Serafiński. Jego misja mogła się zakończyć właściwie już pierwszego dnia. Niemcy, żeby zastraszyć przywiezionych ludzi, przeprowadzili tragiczną inscenizację ucieczki. - Jeden z wachmanów wyciągnął przywiezioną osobę i powiedział: "Biegnij do ogrodzenia". Ten człowiek, nieświadomy tego, co się za chwilę wydarzy, pobiegł. Został zastrzelony. Jako współodpowiedzialnych za tę rzekomą ucieczkę rozstrzelano jeszcze dziesięciu innych ludzi - mówił w audycji Katarzyny Kobyleckiej Jacek Pawłowicz.

W łapach bezpieki

Kiedy pięc lat później, 8 maja 1947 Pilecki został aresztowany przez komunistów, przyznał, że - w porównaniu z tym, co robiła bezpieka - Oświęcim był igraszką.

Rotmistrz Pilecki został oskarżony o nielegalne przekroczenie granicy, posługiwanie się fałszywymi dokumentami, brak rejestracji w Rejonowej Komendzie Uzupełnień, nielegalne posiadanie broni palnej, prowadzenie działalności szpiegowskiej na rzecz Andersa oraz przygotowywanie zamachu na grupę dygnitarzy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Zarzut o przygotowywanie zamachu Pilecki stanowczo odrzucił, zaś działania wywiadowcze uznał za działalność informacyjną na rzecz II Korpusu, za którego oficera wciąż się uważał. Podczas procesu przyznał się do pozostałych zarzutów. Prokuratorem oskarżającym Pileckiego był mjr Czesław Łapiński, przewodniczącym składu sędziowskiego ppłk Jan Hryckowian (obaj byli dawnymi oficerami AK), sędzią kpt. Józef Brodecki.

Wyrok

- Nikt nie miał prawa o nim pisać ani nawet wymieniać jego nazwiska - mówiła córka Witolda Pileckiego. Proces rotmistrza rozpoczął się 3 marca 1948. Już 15 marca został skazany na karę śmierci. Żona wraz z przyjaciółmi rozpaczliwie walczyła o jego ułaskawienie. O łaskę zabiegano m.in. u Józefa Cyrankiewicza, który wraz z nim był w Auschwitz. - Cyrankiewicz nic nie zrobił - mówił historyk w "Wieczorze naukowym", wyemitowanym w maju 2011 r. - Co więcej: on ukradł legendę rotmistrza. To przecież o Cyrankiewiczu mówiono, że tworzył konspirację w Auschwitz, że był przywódcą ruchu oporu.

W maju 1948 roku wykonano wyrok strzałem w tył głowy. Rodzina miała się nigdy nie dowiedzieć, gdzie Pilecki został pochowany. Nie wydano im ciała. Jak wspomina córka rotmistrza Zofia Pilecka-Optułowicz, nikt nie miał prawa o nim pisać ani nawet wymieniać jego nazwiska. Dopiero po 42 latach od procesu, w demokratycznej Polsce, wyrok anulowano. Żona Pileckiego doczekała jego rehabilitacji.

Więcej w serwisie specjalnym Polskiego Radia zolnierzewykleci.polskieradio.pl.

AK/bs

Czytaj także

Bunt Sonderkommando w Auschwitz-Birkenau

19.01.2015
Auschwitz
AuschwitzFoto: Wikipedia/Bundesarchiv
W walce zginęło około 250 więźniów, wśród nich organizatorzy buntu. Około 200 ocalałych i zatrzymanych rozstrzelano wkrótce potem.
Posłuchaj
00'15 August Kowalczyk: Piekło Auschwitz
00'23 Jerzy Kowalewski o koszmarze Auschwitz

7 października 1944 doszło do buntu Sonderkommando w niemieckim obozie Auschwitz.

Wydarzenia z jesieni 1944 roku to największe w historii obozu powstanie więźniów. Pod koniec lata, gdy malała liczba transportów do Auschwitz z Żydami skazanymi na zagładę, naziści postanowili sukcesywnie likwidować więźniów Sonderkommanda, czyli oddziału, który Niemcy zmuszali do prac przy usuwaniu ciał osób zamordowanych w komorach gazowych. We wrześniu zabili około 200 osób. Pozostali zdawali sobie sprawę z zagrożenia. Zaplanowali bunt.

W przygotowaniach Żydom pomagali jeńcy sowieccy, również wcieleni do Sonderkommanda. Plan więźniów zakładał wysadzenie krematoriów, podpalenie baraków, przecięcie drutów i masową ucieczkę. Dysponowali prymitywnymi granatami, do wykonania których użyli materiału wybuchowego zdobytego od więźniarek pracujących przy demontażu starych samolotów. Niemcy szybko wpadli na ich trop, co sprowadziło represje i liczne ofiary.

7 października 1944 roku organizacja obozowego ruchu oporu zawiadomiła przywódcę grupy bojowej w Sonderkommandzie, że SS zamierza zgładzić 300 osób z jego oddziału. Żydzi powrócili do planów buntu, by nie poddać się bez walki. Organizatorami byli Żydzi polscy: Jankiel Handelsman, Josef Deresiński, Załmen Gradowski, Josef Darębus. Sygnałem do walki miało być podpalenie krematorium.

O godzinie 13.25 SS-mani przyszli, by zabrać więźniów z krematorium IV. Zostali zaatakowani przez więźniów uzbrojonych w kamienie, młotki i siekiery. Podpalono krematorium. Akcję podjęli także osadzeni w krematorium II, którzy rzucili się na oberkapo i żywcem wrzucili go do pieca krematoryjnego. Następnie przecięli druty obozowe i zaczęli uciekać w stronę wsi Rajsko. Tam zabarykadowali się w stodole.

Niemcy obrzucili stodołę granatami wzniecając pożar. Wielu Żydów zabili seriami z karabinów maszynowych. W walce zginęło około 250 więźniów, wśród nich organizatorzy buntu. Około 200 ocalałych i zatrzymanych rozstrzelano wkrótce potem. Liczba osób w Sonderkommando zmniejszyła się po buncie z 663 do 212. Zginęło zatem 451 więźniów. Pozostałych przy życiu hitlerowcy umieścili w krematorium III.

Po stłumieniu buntu Niemcy wszczęli dochodzenie, skąd więźniowie mieli proch. Ustalili, że dostarczały go cztery żydowskie dziewczęta zatrudnione w fabryce. Roza Robota, Ala Gertner, Regina Safirsztain i Estera Wajcblum zostały powieszone w styczniu 1945 roku, na 21 dni przed wyzwoleniem obozu.

Spośród więźniów Sonderkommand obóz przeżyło zaledwie kilkudziesięciu, m.in. Alter Feinsilber (Stanisław Jankowski), Szlama Dragon i Henryk Tauber, którzy trafili do komanda w 1942 i 1943 roku. Udało im się zbiec podczas ewakuacji obozu w 1945 roku. Z tej grupy w Polsce pozostał jedynie Henryk Mandelbaum. Mieszkał w Gliwicach. Zmarł 17 czerwca 2008 roku. Miał 85 lat.

Czytaj także

Świąteczna pomoc w Auschwitz

71 lat temu około 6 tysięcy więźniów niemieckiego obozu Auschwitz otrzymało paczki świąteczne.
Posłuchaj
00'15 August Kowalczyk: Piekło Auschwitz

Była to pierwsza zorganizowana akcja pomocy dla więźniów obozu. Zainicjował ją metropolita krakowski arcybiskup Adam Sapieha. 19 grudnia 1940 roku metropolita Sapieha przesłał oświęcimskim księżom: Władysławowi Grohs de Rosenburgowi i Rudolfowi Schmidtowi, list do komendanta obozu Rudolfa Hoessa. Zwracał się w nim o pozwolenie na odprawienie w Boże Narodzenie nabożeństwa dla więźniów-katolików.

Duchowni spotkali się z Hoessem. Komendant Auschwitz nie udzielił zezwolenia na odprawienie nabożeństwa. Nie przewidywał tego regulamin obozu. Zgodził się natomiast na sporządzenie i przesłanie około 6 tysięcy jednokilogramowych paczek żywnościowych dla wszystkich więźniów. Paczki, jako bezadresowe, polecił przesłać pocztą.
Natychmiast po uzyskaniu zezwolenia księża rozpoczęli zbiórkę pieniędzy i darów od mieszkańców Oświęcimia i okolic. Z uzyskanych datków i funduszu przeznaczonego na ten cel przez księcia arcybiskupa Adama Sapiehę, sporządzono paczki i sukcesywnie przesyłano je pocztą do obozu. Niektórzy więźniowie otrzymywali je jeszcze po Nowym Roku.

Ks. Władysław Grohs de Rosenburg był w kolejnych latach mocno zaangażowany w pomoc więźniom, a także w działalność ruchu oporu. Pod pseudonimem "Feliks Skarga" pełni funkcję kapelana okręgu śląskiego Armii Krajowej. Prowadził między innymi akcje charytatywne dla więźniów Auschwitz. Za działalność konspiracyjną był dwukrotnie aresztowany przez Gestapo: w lipcu 1942 oraz 10 listopada 1944 roku. Trafił do Auschwitz, a następnie do Mauthausen. Tam doczekał wolności. Zmarł w 1977 roku.
Obóz Auschwitz powstał w 1940 roku. KL Auschwitz II - Birkenau, powstał dwa lata później. Stał się przede wszystkim miejscem masowej zagłady Żydów. Kompleks uzupełniała sieć ponad 40 podobozów. W Auschwitz Niemcy zgładzili co najmniej 1,1 miliona ludzi, głównie Żydów, a także Polaków, Romów, jeńców sowieckich i obywateli innych krajów.

pd

Czytaj także

Zagłada, której się nie wspominało

14.01.2012
Zagłada, której się nie wspominało
Foto: źr.wikipedia commons
- Nie mówiło się o Zagładzie Romów dlatego, że oni sami milczeli przez długie lata. Wynika to z tradycyjnej kultury romskiej, która zakłada, że nie żyjemy przeszłością, nie przywołujemy zmarłych - opowiadała w Trójce reportażystka Lidia Ostałowska.
Posłuchaj
47'19 Lidia Ostałowska w "Klubie Trójki", 12 stycznia 2012

Cyganie przez nazistów zostali skazani na zagładę tak samo jak Żydzi, acz z innych powodów. - Trudno było oskarżyć Cyganów* o to, że chcą zawładnąć światem, albo że organizują straszne spiski. Łatwiej było ich oskarżyć o aspołeczność i to aspołeczność genetyczną. Ten argument przeniósł się także na ich dzieci, były więc dwa wyjścia: sterylizacja, albo eksterminacja. Doszło do obu - mówiła Lidia Ostałowska w "Klubie Tójki".

Deportację Cyganów do obozu koncentracyjnego w Auschwitz-Birkenau rozpoczęto w lutym 1943 i kontynuowano do lipca 1944. Spośród 23 tysięcy uwięzionych zmarło lub zostało zamordowanych około 20 tysięcy. - Mówi się, że zginęła jedna trzecia albo połowa europejskich Romów, ale trudno to określić w liczbach - dodała reportażystka i wyjaśniła, dlaczego, mimo milczenia samej społecznosci romskiej na temat Zagłady, zainteresowała się tematem.

- W latach 90. głośna była sprawa sporu między Diną Gottliebovą a Muzeum w Auschwitz o to, do kogo należą akwarele, które malowała w obozie na rozkaz doktora Mengele. Były to portrety Cyganów, na których przeprowadzał swoje eksperymenty. Interesowałam się wtedy tematem Romów i bardzo zależało mi, by z nią porozmawiać, ale nie zareagowała na moją prośbę. Zrezygnowałam wtedy z pisania reportażu, a do sprawy wróciłam dopiero po jej śmierci - wyjaśniła w rozmowie z Jerzym Sosnowskim.

/

Tak powstały "Farby wodne", w której to książce Ostałowska opowiada nie tylko o obozowej rzeczywistości Romów, ale też ich niełatwej sytuacji po wojnie.

Pozornie Cyganów potraktowano lepiej niż innych więźniów obozów, nie byli bowiem poddawani selekcji, goleni, nie odziewano ich w pasiaki, a rodzin nie rozdzielano, lecz kierowano do specjalnie utworzonego familijnego obozu cygańskiego - Zigeunerlager.

- W rzeczywistości potraktowano ich jak zwierzęta, albo jak dzieci, jak kogoś, kto - w ramach tej logiki nazistowskiej - nie zasługuje nawet na to, by być porządnym więźniem, a może zasługuje na swego rodzaju litość. Ginęli natomiast dokładnie tak samo jak inni więźniowie - wyjaśniła w rozmowie z Jerzym Sosnowskim.

Po wojnie, w przeciwieństwie do ścigania zbrodniarzy odpowiedzialnych za Zagładę Żydów, ludzie odpowiedzialni za Zagładę Romów nie ponieśli żadnej kary, co więcej w dalszym ciągu zajmowali się Cyganami. - Przez długie lata prowadzili kartoteki, które służyły czasem policji, a czasem nauce. W powojennych Niemczech każdy obywatel pochodzenia cygańskiego musiał zwrócić się do stosownych władz, aby rozpatrzono, czy trafił do obozu jako ofiara rasizmu, czy jako jednostka aspołeczna. Wedle urzędników był to ten drugi powód - wyjaśniła i przyznała, że przez to nie udało im się uzyskać żadnych świadczeń dla ofiar terroru hitlerowskiego.

Jak dziś Romowie kultywują pamięć o Zagładzie, czy spór o akwarele się zakończył i jakie jeszcze pamięci spotkały się na kartach "Farb wodnych" dowiesz się słuchając całego "Klubu Trójki, 12 stycznia 2012".

 

* Zarówno w książce, jak i rozmowie Lidia Ostałowska trzyma się rozróżnienia językowego ze względu na czas używania tych nazw przez samych Romów: Cyganie - dla opisywania rzeczywistości przed rokiem 1971, w którym odbył się I Światowy Kongres Romów, Romowie - od tego czasu.

Audycji "Klub Trójki" można słuchać od poniedziałku do czwartku o 21. Zapraszamy.

(asz)

Czytaj także

Dane SS-manów z Auschwitz wywieziono do Niemiec

16.01.2012
Auschwitz. Pierwszy transport więźniów trafił tu 14 czerwca 1940 roku
Auschwitz. Pierwszy transport więźniów trafił tu 14 czerwca 1940 rokuFoto: Glow Images/East News
- Nasza wiedza, jeśli chodzi o SS-manów w obozie Auschwitz, jest bardzo niewielka, ponieważ Niemcy większość dokumentów dotyczących swojej załogi zniszczyli - podkreśla Paweł Sawicki z biura prasowego muzeum Auschwitz.
Posłuchaj
00'30 Paweł Sawicki z biura prasowego muzeum Auschwitz, nasza wiedza jeśli chodzi o SS-manów w obozie Auschwitz jest bardzo niewielka

Muzeum Auschwitz-Birkenau wysłało w poniedziałek wieczorem doniesienie do jeleniogórskiej Prokuratury Okręgowej o możliwości złamania prawa w związku z wywiezieniem do Niemiec odnalezionych niedawno na Dolnym Śląsku skrzyń z dokumentacją SS z obozu Auschwitz.  Chodzi o trzy skrzynie z dokumentami, które odnaleźli niedawno w okolicach Przełęczy Kowarskiej na Dolnym Śląsku poszukiwacze z Niemiec. Wśród nich miały być książeczki wojskowe, książeczki szczepień i akta personalne ponad stu osób z załogi obozu Auschwitz. Dokumenty poszukiwacze wywieźli do Niemiec. Zdaniem pracowników Muzeum Auschwitz, mogło to być przestępstwem.

Zobacz galerię: DZIEŃ NA ZDJĘCIACH>>>

- Nasza wiedza, jeśli chodzi o SS-manów w obozie Auschwitz, jest bardzo niewielka, ponieważ Niemcy większość dokumentów dotyczących swojej załogi zniszczyli. Wiemy, że przez obóz od 1940 roku przewinęło się 8 tysięcy SS-manów. Tak naprawdę każdy dokument dotyczący załogi jest dla nas cenny ponieważ tak dużo z nich zostało zniszczonych. My możemy pracować tylko na tych dokumentach, które przetrwały. Każdy dokument, zawierający czy to dane osobowe czy to dane dotyczące składu załogi, są dla nas niezwykle cenne - podkreśla Paweł Sawicki z biura prasowego muzeum.

Zobacz serwis Polskiego Radia o II wojnie światowej>>>

Zbrodnie popełnione w Auschwitz nie ulegają przedawnieniu. Śledztwo w tej sprawie niedawno wznowił krakowski oddział Instytutu Pamięci Narodowej. Odnalezione na Dolnym Śląsku dokumenty mogłyby prokuratorom pomóc w ustaleniu nazwisk oprawców z Auschwitz.

IAR, gs