Sport

Łzy rozpaczy zmieniły się we łzy zwycięstwa. Brighton & Hove Albion czekało na tę chwilę dwie dekady

Ostatnia aktualizacja: 19.04.2017 09:53
Dwie dekady temu byli o krok od upadku, ale przetrwali burzliwe zmiany, sprzedaż historycznego obiektu i gorzkie momenty gry w niższych ligach. Teraz Brighton & Hove Albion otwierają nowy rozdział w historii, czekając na swój pierwszy sezon w Premier League.
Kibice Brighton  Hove Albion
Kibice Brighton & Hove AlbionFoto: Wiki Commons/James Boyes

Ten moment powinien nastąpić wcześniej. W czterech ostatnich sezonach Brighton & Hove Albion trzy razy odpadało z walki o Premier League w barażach.

Przed rokiem piłkarze "Mew" przegrali automatyczny awans z jednej z dwóch pierwszych pozycji na własne życzenie. Rozpoczęli rozgrywki imponującą serią 21 meczów bez porażki. Wydawali się pewniakiem do wygranej, ale końcówka była wyjątkowo gorzka.

W ostatnim spotkaniu sezonu grali z Middlesbrough, głównym rywalem w walce o awans. Spotkanie zakończyło się remisem, który oznaczał awans przeciwników z drugiej pozycji - zadecydowała o tym lepsza różnica bramek. 

Marzenia o tym, że uda się wykonać zadanie przez baraże, prysły już w starciu z Sheffield Wednesday. Krajobraz był jak po bitwie - załamani zawodnicy, zalani łzami, zastanawiający się nad tym, jak mogło do tego dojść. Pełni zwątpienia.

Miejsca na nerwowe ruchy jednak nie było, a Chris Hughton tuż po tej porażce dostał propozycję nowego, czteroletniego kontraktu. Przez wielu był niedoceniany, miał jeszcze sporo do udowodnienia. I pokazał, że potrafi uczyć się na błędach.

- Tamte wydarzenia nie były dla nas motywacją. Było nią to, że piłkarze chcieli znów przeżywać to uczucie, kiedy są na szczycie tabeli, ale tym razem do samego końca. Czujemy, że ten awans to coś, na co zasłużyliśmy. Mieliśmy kapitalne wsparcie, wygrywaliśmy na różne sposoby, byliśmy w lepszej formie niż w ubiegłym roku - mówił Hughton.

W poniedziałek "Mewy" po raz pierwszy w historii zapewniły sobie awans do Premier League, na trzy kolejki przed końcem rozgrywek. Najlepsze lata klub przeżywał na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Potem nastąpił regres i trwający dwie dekady kryzys.

Nad przepaścią

"Kryzys" to chyba określenie zbyt łagodne - Brighton było o krok od całkowitego upadku z powodu ogromnych kłopotów finansowych. 20 lat temu klub rzutem na taśmę uratował się przed spadkiem z czwartej ligi, ostatniej profesjonalnej w Anglii. I to był moment przełomowy - spadek prawdopodobnie byłby równoznaczny z końcem tej historii.

Według wielu kibiców, w sezonie 1996/97 nastąpił prawdziwy cud. Praktycznie wszyscy postawili na nich krzyżyk już kilkanaście kolejek przed końcem, kiedy do bezpiecznego miejsca brakowało 13 punktów. Dodatkowo dwa z nich były odjęte po wtargnięciu na boisko fanów, pozostających w konflikcie z władzami. Ale przyjście stosunkowo mało znanego menedżera Steve'a Gritta odmieniło postawę zespołu. "Mewy" pięły się w górę tabeli, odrabiały straty. W ostatnim meczu sezonu zremisowały z będącym tuż za ich plecami Hereford i zapewniły sobie utrzymanie.

Władze musiały jednak spłacać ogromne długi, i zdecydowały się na radykalny krok - sprzedały stadion developerom, którzy zamienili go w kompleks handlowy.

Kibice wściekle protestowali, ostatecznie skończyło się na tym, że na czele Brighton stanął jeden z nich, fan zespołu od dziecka, Dick Knight. Udało mu się zjednoczyć ludzi w trudnych chwilach i postawić fundamenty pod sukces, na który trzeba było czekać dwie dekady.

Sprzedaż Goldstone Ground była dla "Mew" jak wygnanie. Zespół musiał rozgrywać swoje mecze ponad 100 kilometrów dalej, korzystając z obiektu Gillingham. Później przeniósł się na Withdean Stadium, który był daleki od oczekiwań fanów - mogący pomieścić zaledwie 7 tysięcy kibiców, przerobiony ze stadionu lekkoatletycznego. Na dawnym obiekcie na meczach pojawiało się nawet powyżej 30 tysięcy. To była potwarz.

Od tego momentu Brighton ruszyło jednak w górę. Unormowało swoją sytuację, rozpoczęło marsz, który właśnie zakończył się na Premier League. Uciążliwy, problematyczny, ale dający poczucie niesamowitej satysfakcji.

Pokerzysta za sterami

Następcą Knighta, którego zasługi są niepodważalne, został Tony Bloom, kolejny człowiek, który zakochał się w klubie jeszcze kiedy był dzieckiem. Pierwszy prezes wyciągnął zespół z krytycznej sytuacji, drugi dokończył proces, który stworzył drużynę godną gry w elicie. 

Bloom zdobył serca kibiców w prosty sposób - jest podobny do nich. Nie widać w nim biznesmena, który szuka szansy na wielki zarobek, ale przede wszystkim jednego z fanów. Podczas wyjazdowych meczów nieraz dało się go zobaczyć między sympatykami, zdarzało się, że jeździł razem z nimi pociągiem.

Zresztą wystarczy tylko zobaczyć to nagranie z początku roku, by nie mieć żadnych wątpliwości co do tego, że niczego nie udaje.

Szacuje się, że prezes włożył w klub od 2009 roku blisko 250 milionów funtów. Zapewnił Brighton nowy stadion, jeden z najbardziej nowoczesnych i robiących największe wrażenie w całej Anglii. Do tego doszły obiekty treningowe i inwestycje w piłkarzy.

Bloom dorobił się fortuny jako profesjonalny gracz pokera, a do tego wykazał się świetnym zmysłem biznesowym - na początku wieku zakładał strony oferujące zakłady bukmacherskie i grę w pokera, stworzył też firmę Star Lizard, doradzającą w tym zakresie bukmacherki. Ale to, jak prowadzi klub, jest dalekie od nierozważnego szastania wielkimi stawkami. To strategia.

47-letni Anglik jest uznawany za kogoś, kto rozgryzł świat dotyczący swojej profesji. Jego majątek owiany jest tajemnicą, co rodzi wiele spekulacji, ale ona sam mocno dba o swoją prywatność.

Nigdy nie ukrywał, że hazard i piłka nożna to jego dwie największe pasje. I udało mu się je połączyć na najwyższym z możliwych poziomów.

Przejęcie "Mew" nie było pokerowym zagraniem ani fanaberią bogacza. To po części inwestycja, a po części gest w stronę uwielbianego klubu. Bloom zaryzykował wiele przede wszystkim w ostatnim sezonie. Po rozczarowaniu na koniec rozgrywek, nie zdecydował się na to, by sprzedawać piłkarzy. Na transferowym rynku działał rozsądnie, zaufał też Hughtonowi. I to wszystko się opłaciło -  wejście do Premier League zapewni Brighton setki milionów funtów, umożliwi wejście na wyższy poziom.

- To dla nas niesamowity dzień, ale nie tylko dzień i nie tylko ten sezon. To zwieńczenie tego, na co pracowaliśmy w ostatnich latach - powiedział prezes po poniedziałkowej wygranej z Wigan 2:1.

Efektywność i kolektyw

Cierpliwość prezesa była kluczowa do awansu. Bloom nie próbował radykalnie odmienić drużyny po poprzednim sezonie, zamiast wstrząsu postawił na uspokojenie sytuacji. Hughton sprowadził dwóch niezwykle ważnych zawodników - Shane'a Duffy'ego z Blackburn i Glena Murraya z Bournemouth. Środkowy obrońca stworzył z kolegami jedną z najbardziej szczelnych defensyw Championship, doświadczony 33-letni napastnik do końca walczy o koronę króla strzelców rozgrywek.

Największą gwiazdą jest Anthony Knockaert, który trafił w tym sezonie do siatki już 15 razy i dołożył do tego dorobku 9 asyst. Jak na skrzydłowego to wynik więcej niż dobry i nic dziwnego, że kilka dni temu został wybrany najlepszym piłkarzem Championship.

Zdarzało się, że grał samolubnie, jednak trzeba przyznać, że potrafił wygrywać swojemu klubowi mecze w pojedynkę. To piłkarz niezwykle ważny, ale na pierwszym planie jest... drużyna. Hughton potrafił rotować, klub prezentował wyjątkowo równą formę, nie miał wyraźnie słabszego okresu, świetnie punktował u siebie i na wyjeździe.

"Mewom" udawało się sięgać po trzy punkty nawet, kiedy nie rozgrywali wielkich spotkań. Ale najważniejsze jest to, że w tym przypadku naprawdę widać, że piłkarze są gotowi, by skoczyć za sobą w ogień. Kiedy w styczniu zmarł ojciec Knockaerta, cała drużyna razem z menedżerem udała się na pogrzeb do Francji.

- Nigdy im tego nie zapomnę. To było najpiękniejsze, co widziałem w futbolu, bardzo wiele znaczyło dla mnie i dla mojej rodziny. Po tym, co zrobił klub, mogę zostać tu do końca życia - przyznał.

Powiew świeżości w Premier League

Minęło 11 miesięcy od momentu, w którym Bloom wszedł do szatni po porażce w barażach z Sheffield. Przyznał, że powiedział im tylko, że co ich nie zabije, uczyni ich mocniejszymi. Przekonał też do tego, że kolejny sezon będzie należał do nich. Nie mógł gwarantować niczego, ale był w stanie sprawić, że drużyna mu zaufała i przekuła tę porażkę w sukces.

Co czeka Brighton & Hove Albion w Premier League? Wiadomo, że podstawowym celem będzie utrzymanie, i nie będzie to łatwe do zrealizowania. "Mewy" na pewno wniosą do ligi kilka rzeczy, które trzeba będzie docenić - świetną kibicowską bazę, atrakcyjny Falmer Road, który w każdym meczu będzie wypełniony po brzegi, głód wygrywania.

Bloom zapowiada, że nie zamierza rzucić się w szał wydawania pieniędzy, przepłacania graczy i rewolucji kadrowej. Chce dalej budować na tym, co powstawało w klubie w ostatnich latach.

Angielska elita nie jest łaskawa dla tych, którzy chcą do niej dołączyć na stałe. Nawet jeśli nie będą sensacją, przez dwie dekady przebyli niesamowitą drogę. Od drużyny na skraju przepaści i bankructwa, która musiała tułać się po podrzędnych stadionach, do zespołu ze świetnym zapleczem, oddanym prezesem, ambitnymi piłkarzami i sztabem szkoleniowym.

Bajka została już napisana. Teraz trzeba czekać na jej następny rozdział.

Więcej na blogu autora - Krótka Piłka

Paweł Słójkowski, PolskieRadio.pl

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Matt Le Tissier - piłkarski bóg Southampton. Zawodnik zjawiskowy, ale też niespełniony

Ostatnia aktualizacja: 16.04.2017 12:00
Liczby i statystyki mówią wiele rzeczy, ale nie są w stanie oddać jednego - piękna. Nie wyjaśnią też fenomenu Matta Le Tissier - wyjątkowego piłkarza, który jednym zagraniem potrafił porywać tłumy.
rozwiń zwiń