Wiadomości

Od dziś samoloty AWACS na polskim niebie!

12.03.2014 12:56
Dwa natowskie samoloty wczesnego ostrzegania i dowodzenia systemu AWACS wystartowały z baz w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Będą latać nad Polską i Rumunią. To odpowiedź NATO za konflikt rosyjsko - ukraiński.
Samoloty AWACS mogą obserwować obszar o powierzchni ponad 300 tysięcy kilometrów kwadratowych
Samoloty AWACS mogą obserwować obszar o powierzchni ponad 300 tysięcy kilometrów kwadratowychFoto: screen: TVN24/x-news
Posłuchaj
00'34 NATO wysłało samoloty nad Polskę. Relacja Magdaleny Skajewskiej (IAR)

Samoloty mogą obserwować obszar o powierzchni ponad 300 tysięcy kilometrów kwadratowych i będą przede wszystkim nadzorować działalność w powietrzu i na morzu -  poinformował Sojuszu Północnoatlantyckiego Jay Janzen. Pierwszy lot odbył się już we wtorek.

Maszyny nie będą latać nad Ukrainą. Nie mogą bowiem opuścić przestrzeni powietrznej NATO.

Samolot, który wyleciał z bazy w Niemczech do Rumunii, to E-3A AWACS, a maszyna, która opuściła Wielką Brytanię, aby wziąć udział w misji nad Polską, to E-3B AWACS.

(źródło: TVN24/x-news)

Celem misji samolotów AWACS, które NATO postanowiło wysłać nad Polskę i Rumunię będzie prowadzenie rozpoznania i wsparcie monitorowania sytuacji na Ukrainie. Jednak według ekspertów to także sygnał o gotowości Sojuszu i jego zdolności do szybkiego reagowania.
O tym, że samoloty wczesnego ostrzegania i dowodzenia systemu AWACS będą latać nad Polską i Rumunią poinformowały w poniedziałek źródła w NATO.
Zadania samolotów typu AWACS wynikają bezpośrednio z nazwy systemu (ang. Airborne Warning and Control System). Samoloty te służą do monitorowania przestrzeni powietrznej, wczesnego ostrzegania oraz kierowania własnymi siłami powietrznymi; to latające stanowiska dowodzenia.
- Samoloty AWACS wyposażone są w stację radiolokacyjną dalekiego zasięgu. Umieszczenie stacji na samolocie umożliwia obserwację celów powietrznych, również tych lecących na tle ziemi. Stacje radiolokacyjne ustawione na ziemi w przypadku wykrywania celów nisko lecących sprawdzają się gorzej, a ich zasięg maleje ze względu na przeszkody terenowe - tłumaczył PAP redaktor naczelny czasopisma "Nowa Technika Wojskowa" Andrzej Kiński.

Kryzys na Ukrainie: serwis specjalny >>>

Zasięg radaru umieszczonego na samolocie wynosi ok. 400 km. Oznacza to, że jeden samolot, lecąc na wysokości ponad 9 tys. m, obserwuje obszar ok. 312 tys. km kw., czyli mniej więcej tyle, ile wynosi powierzchnia Polski.
Według dziennikarza miesięczników "Raport" oraz "Skrzydlata Polska" Bartosza Głowackiego rzeczywisty zasięg radaru samolotów AWACS może być jednak dużo większy. - Zadania AWACS-ów, które pojawią się nad Polską oraz Rumunią, będą najprawdopodobniej dotyczyły wykrywania wszelkich statków powietrznych oraz ewentualnych ruchów wojsk lotniczych Rosji w stronę Krymu - powiedział.
AWACS-y mają ograniczone możliwości w zakresie monitorowania emisji elektromagnetycznych urządzeń wojskowych (tzw. podsłuchu elektronicznego). - Wbrew obiegowej opinii nie jest to latający szpieg ani latający mikrofon. Do rozpoznania radioelektronicznego służą inne wyspecjalizowane maszyny, takie jak RC-135, a o przylocie takich samolotów raczej nie informuje się opinii publicznej - powiedział Kiński.
Obaj eksperci zauważają, że natowskie AWACS-y często pojawiają się w polskiej przestrzeni powietrznej. Maszyny tego typu przylatują do Polski kilka, kilkanaście razy w roku w ramach ćwiczeń. Samoloty AWACS umożliwiają zrządzanie działaniami ugrupowań sojuszniczych złożonych z samolotów bojowych wielu krajów NATO. Dzięki ćwiczeniom lotnicy doskonalą zgrywanie różnych elementów obrony przeciwlotniczej i współdziałanie w zespołach złożonych z żołnierzy różnych narodowości.
W tym tygodniu do Polski ma przylecieć jeszcze 12 amerykańskich samolotów F-16. - Myśliwce mają do nas przylecieć nie jako siły wzmocnienia, tylko na ćwiczenia. Prawdopodobnie AWACS będzie w polskiej przestrzeni powietrznej ćwiczył wspólnie z naszymi i amerykańskimi maszynami - powiedział Kiński.
- To legendarne eskadry - mówi Bartosz Głowacki ze "Skrzydlatej Polski" o amerykańskich myśliwcach F16, które w tym tygodniu przylecą do Polski z bazy Aviano we Włoszech. (źródło: TVN24/x-news)

Eksperci są zgodni, że poza dużymi możliwościami w zakresie wczesnego ostrzegania i dowodzenia loty natowskich samolotów AWACS będą miały również znaczenie polityczne.
- Wysłanie AWACS-ów nad Polskę i Rumunię to także sygnał wysłany przez NATO, że gdyby coś się stało, to my już jesteśmy gotowi i nasze lotnicze stanowisko dowodzenia już jest w powietrzu, gotowe do kierowania działaniami naszych myśliwców, które ewentualnie zostaną wysłane jako odpowiedź na agresywne zachowanie - wyjaśnił Głowacki.
W Geilenkirchen stacjonują sojusznicze maszyny typu E-3A Sentry, w Waddington nowsze brytyjskie E-3D. Oba typy to zmodyfikowane Boeingi 707. W Geilenkirchen służy kilkunastu Polaków.
W czasie Euro 2012, kiedy samolot E-3A brał udział w zabezpieczeniu imprezy, wojsko podawało, że jeden samolot, latający nad centrum naszego kraju, praktycznie daje kontrolę nad całością przestrzeni powietrznej, od poziomu morza lub gruntu.
E-3A bez tankowania w powietrzu potrafi latać ponad 10 godzin. Maksymalny czas misji to 23 godziny. W ubiegłym tygodniu NATO potępiło rosyjską interwencję na Krymie i wezwało Rosję do wycofania wojsk do baz. Sekretarz generalny Sojuszu Anders Fogh Rasmussen ogłosił też pełną rewizję współpracy NATO z Rosją na poziomie cywilnym i wojskowym w związku z wydarzeniami na Ukrainie.

- Fakt, że misja patrolowania przestrzeni powietrznej jest w tej chwili wzmacniania to jasny sygnał naszej determinacji, że chcemy zapewnić skuteczną obronę krajów członkowskich Sojuszu. I to jest właściwie podstawowe zadanie NATO - mówił szef NATO Anders Fogh Rasmussen w wywiadzie dla Polskiego Radia.

IAR/PAP/asop

''

Zobacz więcej na temat: Krym Rosja Ukraina
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Świat potępia Rosję. Moskwa robi swoje [analiza]

12.03.2014 15:00
- Armaty nie strzelają, bomby nie spadają a wojsko jest użyte. Jedna armia wypycha drugą z koszar i zajmuje jej miejsce - tak konflikt rosyjsko - ukraiński opisywał szef BBN gen. Stanisław Koziej, gość radiowej Trójki. Ten zupełnie nowy sposób prowadzenia wojny stawia przez NATO nowe wyzwania.
Majdan w Kijowie. Opony wciąż na Placu Niepodległości. Pamięć o protestach wciąż żywa
Majdan w Kijowie. Opony wciąż na Placu Niepodległości. Pamięć o protestach wciąż żywaFoto: EPA/ROBERT GHEMENT

Ukraina jest bezbronna w zderzeniu z armią rosyjską. Dysponuje dużo mniejszą armią i słabszym uzbrojeniem. Można więc odnieść wrażenie, że bezczynnie stoi i patrzy jak jej wielki sąsiad zabiera mu jeden z najcenniejszych regionów. Krym - ze względu na swoje usytuowanie - odgrywa strategiczne znaczenie. Przez ostatnich kilkanaście dni przywódcy światowi zdawali się mówić między wierszami: ok, Ukraina odda Rosji Krym i będzie to cena za wolność i zbliżenie do Zachodu.

Kryzys na Ukrainie: serwis specjalny >>>

Nikt nie chce patrzeć, jak na ulicach miast wielkiego europejskiego państwa leje się krew. Do tej pory budzą grozę tragiczne wydarzenia w Kijowie, kiedy funkcjonariusze Berkutu i wynajęci snajperzy strzelali do tłumu. Zostało wtedy zabitych około 100 osób. Kilkaset zostało rannych. Liderzy ukraińskiej opozycji mówią, że to pierwsze w historii ofiary, które ginęły pod sztandarami Unii Europejskiej.

Majdan
Majdan w Kijowie. W miejscu, gdzie doszło do starć z milicją Ukraińcy kładą kwiaty. FOTO.: EPA/ROBERT GHEMENT

Bruksela nie chce więcej takich ofiar. Być może stąd polityczna kalkulacja: Moskwa weźmie Krym i pozwoli Ukrainie cieszyć się wolnością. Tu jednak gospodarz Kremla pokazał, że jego apetyt jest dużo większy.

- Staromodne, zimnowojenne myślenie jest wciąż obecne na Kremlu. To co nazywa się grą o sumie zerowej, która prowadzi do dominacji: jeśli jedna strona zyskuje gwarancje bezpieczeństwa, to druga je traci. A my w NATO uważamy, że wszyscy mogą zyskać w kwestiach bezpieczeństwa - mówi szef NATO Anders Fogh Rasmussen w rozmowie z Polskim Radiem. - Niestety takie myślenie jest obce na Kremlu. Tam jedyne co się liczy to hard power, militarne podejście, co Rosja pokazała na Ukrainie, decydując się na inwazję na Krym - dodał.

Turczynow: nie będzie interwencji zbrojnej Ukrainy na Krymie>>>

Szef polskiego rządu Donald Tusk mówił w radiowej Jedynce, że wcale nie dziwi się naszym wschodnim sąsiadom, że nie zdecydowali się na użycie swojej armii przeciwko agresorom. Z góry byliby bowiem skazani na klęskę.

- Polska uznaje integralność terytorialną Ukrainy, dlatego nie uznaje deklaracji niepodległości Autonomicznej Republiki Krymu - oświadczył szef MSZ Radosław Sikorski (źródło: TVN24/x-news)

Rano z Krymu przyszły kolejne niepokojące informacje. Rosyjskie pododdziały bojowe, grupują się w północnych rejonach półwyspu. W zachodniej części rozlokowane zostały jednostki zaplecza logistycznego i zaopatrzeniowego. Liczba rosyjskich żołnierzy, którzy operują obecnie na Krymie, szacowana jest na 19 tysięcy ludzi - informuje z Symferopola specjalny wysłannik Polskiego Radia Krzysztof Renik.

Z Symferopola relacja specjalnego wysłannika Polskiego Radia Krzysztofa Renika (IAR)

 

Korzystają oni z kilkuset samochodów ciężarowych, a także z transporterów opancerzonych. Koncentracja tych sił na północy Krymu związana jest z zamiarem kontrolowania zarówno szlaków komunikacyjnych łączących Krym z resztą terytorium Ukrainy, jak i przejęcia kontroli nad liniami zaopatrzenia Krymu w wodę, elektryczność oraz gaz, a także liniami telekomunikacyjnymi.

Półwysep jest zależny od dostaw energii oraz wody właśnie z Ukrainy. Samodzielnie jest w stanie zapewnić sobie jedynie niewielką część elektryczności oraz wody. Dlatego przejęcie przez Rosjan kontroli nad liniami zaopatrzenia Krymu jest tak istotne z punktu widzenia wojsk okupacyjnych.

Ewentualna aneksja Krymu do Rosji będzie wymagała od Moskwy kosztownych inwestycji, które zapewnią połączenia gazowe i elektryczne, a także dostawy wody dla Półwyspu z Kraju Krasnodarskiego w Federacji Rosyjskiej. Podkreślają przy tym, że może się powtórzyć scenariusz abchaski.Moskwa obiecała inwestycje, ale do tej pory nic nie zrobiła.

W wyniku kilkudniowej wojny rosyjsko-gruzińskiej w 2008 roku dwa popierane przez Moskwę separatystyczne regiony Gruzji - Abchazja i Osetia Południowa - ogłosiły niepodległość. Uznała ją Rosja, a poza nią jedynie Wenezuela, Nikaragua i Nauru. Reszta świata traktuje obie republiki jako części Gruzji. Tbilisi uważa te regiony za tereny okupowane przez Rosję.

Byłe
Byłe republiki radzieckie. Infografika: PAP/Adam Ziemienowicz

- Podobnie jak wielu Rosjan, Putin szczerze wierzy, że Rosję i Ukrainę łączy specjalna więź. On sam i jego administracja nie potrafią pojąć, że Ukraina może tworzyć więzi gospodarcze i społeczne z Zachodem, nie rezygnując przy tym z niezaprzeczalnego historycznego i kulturowego pokrewieństwa z Rosją. Dla nich to gra, w której wygrywa tylko jedna strona, a Putin jest gotów okazać siłę - pisze amerykański dziennik "New York Times".

"New
"New York Times": Putin szczerze wierzy, że Rosję i Ukrainę łączy specjalna więź. FOTO.: EPA/ALEXEY NIKOLSKY / RIA NOVOSTI
Gazeta podpowiada Brukseli, by jak najszybciej przyłączyć się do Stanów Zjednoczonych, by pokazać Rosji, że jest gotowa dotkliwie ukarać rosyjskie władze za jej działania na Ukrainie.
Tym bardziej, że Władimir Putin jest przekonany, że Zachód nie pali się do ponoszenia wysokich kosztów wprowadzenia sankcji wobec Moskwy. Wydaje mu się bowiem, że Zachód nie ukarze go, bo "USA mają zbyt małą wymianę handlową z Rosją, by wprowadzić dotkliwe sankcje, a Niemcy, zależne od rosyjskiego gazu i eksportujące do Rosji, nie zgodzą się na naprawdę bolesne sankcje, szczególnie w obronie niewypłacalnej i niestabilnej Ukrainy" - pisze gazeta.
W podobnym tonie wypowiada się coraz więcej polskich polityków. - Rosja buduje swoją potęgę gazem, ropą, bronią atomową, olbrzymią armią i rzekomą nieobliczalnością. Tym straszy. A wyobraźmy sobie, co by było, gdyby Amerykanie puścili tani gaz łupkowy do Europy - mówi wiceprezes PiS Adam Lipiński w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej".

W jego opinii, walka toczy się nie o Krym, nie o Ukrainę, ale o całą Europę Środkowo-Wschodnią. - Ona zawsze była w centrum zainteresowania Rosji. W ramach swoich imperialnych interesów Rosja uważała, że to jest jej bliska zagranica, w której ma szczególne prawa, szczególne możliwości i szczególne oczekiwania. I jeśli tu nie będzie solidarności, to wszyscy przegramy - przewiduje poseł.

W dostrzeganiu zagrożeń Warszawa wyprzedza o dwa kroki europejskie salony. Nie bez powodu to właśnie teraz powrócił temat, by UE jako całość kupowałam od Rosji gaz. W tej chwili jest tak, że poszczególne państwa europejskie mają własne umowy gazowe z Moskwą. Co sprowadza się do tego, że jeśli jakiś kraj "podpadnie" Kreml straszy zakręceniem kurka. Bardzo wyraźnie mówił o tym w "Sygnałach dnia" premier Tusk. Jego zdaniem Europa powinna stworzyć system wspólnych zakupów gazu, wówczas nikt, także Rosja, nie będzie mógł lekceważyć klienta, który kupuje tak duże ilości surowca.

Premier
Premier Donald Tusk w radiowej Jedynce: dywersyfikacja gazu i ropy w Polsce powoduje, że nie musimy ulegać żadnemu szantażowi politycznemu. FOTO: KPRM

Polskiemu rządowi już się za to oberwało. Niemiecki dziennik "Sueddeutsche Zeitung" napisał, że Tusk, używając nietrafnych argumentów, wykorzystuje kryzys na Ukrainie do przeforsowania zmian w unijnej polityce energetycznej i klimatycznej. - Konflikt o Krym i spór o sens i zakres sankcji gospodarczych jest dla Polski dogodnym, lecz niestety pod każdym względem nietrafnym argumentem - czytamy w gazecie.

Kryzys na Krymie [relacja 11/03]

Największa opiniotwórcza niemiecka gazeta twierdzi, że Rosja jest co najmniej tak samo uzależniona od handlu energią jak Niemcy i cała UE. - Ponad połowa wpływów do rosyjskiego budżetu pochodzi ze sprzedaży surowców energetycznych - wyjaśnia "Sueddeutsche Zeitung". Wskazuje jednocześnie na istotne zmiany na światowym rynku energii, spowodowane między innymi wydobywaniem przez USA gazu i ropy z łupków.

- Sprawą otwartą jest to, kto dłużej wytrzyma wstrzymanie dostaw gazu: UE z pełnymi zbiornikami przy końcu łagodnej zimy, czy Rosja, która nie może z dnia na dzień przestawić eksportu do Chin, a w dodatku jest skazana na wpływy ze sprzedaży - pisze komentator.

Sprawa ta będzie zapewne jednym z tematów dzisiejszych rozmów kanclerz Niemiec Angeli Merkel i premiera Tuska.

- Polska nie uzna odłączenia Krymu od Ukrainy - deklaruje prezydent Bronisław Komorowski w rozmowie z IAR. Jego zdaniem, Polska i Zachód nie są w tej sprawie bezradne. - Nie uznamy faktów dokonanych, ani też zmian terytorialnych dokonanych z pogwałceniem prawa międzynarodowego, takich jak odłączenie Krymu od Rosji - dodał.

Pytanie, które się nasuwa: co zrobi więc Zachód, kiedy w najbliższą niedzielę referendum w sposób jednoznaczny opowie się za przyłączeniem Krymu do Rosji. - Będziemy mieć pewien pat legislacyjny. Zachód nie będzie uznawał jego wyników natomiast Rosja nie akceptując rządu na Ukrainie będzie nadal legitymizowała swoje działania na Półwyspie Krymskim - odpowiada politolog Marcin Poręba z Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu.

Agnieszka Jaremczak

''

Zobacz więcej na temat: Krym Rosja Ukraina

Czytaj także

Niszczyciel USA na manewrach na Morzu Czarnym

12.03.2014 10:27
Ćwiczenia były wcześniej planowane, odbywają się na wodach międzynarodowych na południe od rumuńskiego portu Konstanca. Potrwają jeden dzień.
USS Truxtun
USS TruxtunFoto: navy.mil

Kryzys na Ukrainie: serwis specjalny >>>

Dyplomatyczne zabiegi wokół Krymu. Ukraina nie planuje militarnej interwencji [relacja] >>>

Na Morzu Czarnym w środę, z jednodniowym opóźnieniem wywołanym złą pogodą, rozpoczęły się ćwiczenia wojskowe z udziałem okrętów Stanów Zjednoczonych, Rumunii i Bułgarii.

Szef wydziału prasowego bułgarskiej marynarki wojennej, ppłk Dymitar Tutew powiedział że manewry potrwają jeden dzień.
Są to ćwiczenia typu PASSEX. Uczestniczy w nich amerykański niszczyciel USS Truxtun z zespołu lotniskowca USS George W.H. Bush, wchodzący w skład VI floty USA, a także trzy okręty rumuńskie i jeden bułgarski.
Niszczyciel USS Truxtun z 300-osobową załogą jest uzbrojony w pociski rakietowe Tomahawk i ASROC, ma też na pokładzie dwa śmigłowce Seahawk.
Celem ćwiczeń jest podniesienie operacyjnej kompatybilności sił zbrojnych państw członkowskich NATO, przeprowadzenie ćwiczeń w zakresie łączności i przetestowanie współdziałania śmigłowców z okrętami.
Bułgarskie ministerstwo obrony kilkakrotnie informowało w ostatnich dniach, że "ćwiczenia zostały zaplanowane w 2013 r. i są częścią programu wspólnych szkoleń marynarki wojskowej trzech państw. Nie mają związku z wydarzeniami na Ukrainie i w północno-wschodniej części Morza Czarnego".
Po zakończeniu manewrów USS Truxtun złoży wizytę w porcie Warna na wschodzie Bułgarii.
PAP/agkm

(TR NTW/x-news)

Czytaj także

Krym ogranicza ruch lotniczy przed referendum

12.03.2014 10:56
Od kilku dni kontrolę nad przestrzenią powietrzną Krymu sprawują faktycznie Rosjanie i to oni decydują o tym kto może, a kto nie wlecieć w niebo nad półwyspem – informuje wysłannik Polskiego Radia w Symferopolu.
Sewastopol: plakaty przed referendum
Sewastopol: plakaty przed referendum Foto: PAP/EPA/ZURAB KURTSIKIDZE
Posłuchaj
00'47 Relacja Krzysztofa Renika z Krymu (IAR): na czas referendum ma być zamknięta przestrzeń powietrzna Krymu
00'56 Relacja Krzysztofa Renika z Symferopola (IAR): przygotowania do referendum

Kryzys na Ukrainie: serwis specjalny >>>

Dyplomatyczne zabiegi wokół Krymu. Ukraina nie planuje militarnej interwencji [relacja] >>>

Ruch w porcie lotniczym Symferopola, na głównym lotnisku kontrolowanej przez Rosję a należącej do Ukrainy Autonomicznej Republiki Krymu, będzie ograniczony do 17 marca. Poinformował o tym w środę na Twitterze prorosyjski premier Autonomii Siergiej Aksjonow.
Na niedzielę 16 marca na Krymie zaplanowano nieuznawane przez władze w Kijowie referendum, w którym mieszkańcy półwyspu mają odpowiedzieć na pytanie, czy opowiadają się za przyłączeniem Autonomii do Rosji.
- Po 17 marca lotnisko w Symferopolu będzie przyjmowało i odprawiało samoloty w normalnym trybie - czytamy na profilu Aksjonowa.
Ograniczenie w ruchu lotniczym w Symferopolu wprowadzono we wtorek. Władze Krymu odwołały wówczas wszystkie przyloty z Kijowa, lecz przyjmowały rejsy z Moskwy. W środę rano sytuacja była podobna. Z rozkładu lotów symferopolskiego lotniska wynika, że wstrzymano nie tylko rejsy z i do Kijowa, lecz także ze Stambułu.
Wicepremier Krymu Rustam Temirgalijew powiedział agencji Interfax-Ukraina, że ruch samolotów ograniczono w obawie przed napływem na półwysep prowokatorów.
Port lotniczy w Symferopolu został zajęty pod koniec lutego przez prorosyjskie uzbrojone grupy, które przez Zachód są identyfikowane jako żołnierze rosyjscy. Mimo ich obecności lotnisko funkcjonowało dotychczas normalnie.
Według mieszkańców Krymu obecnie najprostszym i najpewniejszym sposobem dotarcia na półwysep jest podróż koleją, a jedynym problemem są kontrole, urządzane przez miejscową, prorosyjską samoobronę na dworcu w Symferopolu.
- Kiedy przyjechałem do Symferopola na dworcu poproszono mnie o dokumenty i zapytano, w jakim celu przyjechałem. Odpowiedziałem, że jestem turystą i pozwolono mi odejść. Koledzy z jednej z kijowskich stacji telewizyjnych, którzy jechali tym samym pociągiem, co ja, bali się jednak wyjść na peron ze sprzętem, więc czekali, aż pociąg odjedzie na bocznicę i dopiero wtedy wysiedli - powiedział w rozmowie telefonicznej Jurij Łukanow, szef kijowskiego Niezależnego Związku Dziennikarzy.
Jedyna trasa z tzw. kontynentalnej Ukrainy na półwysep prowadzi przez Przesmyk Perekopski, który kontrolują Rosjanie i krymska samoobrona. W niedzielę porwano tam pięć osób, które jechały do Autonomii z Kijowa. Grupa ta składała się z dziennikarzy i aktywistów tzw. Automajdanu. We wtorek wieczorem wszyscy odzyskali wolność. Z ich relacji wynika, że byli więzieni przez milicjantów z oddziałów specjalnych Berkut, którzy schronili się na Krymie po tym jak w Kijowie obalono prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza.

Przygotowania do referendum

16 marca ma odbyć się referendum mające określić status terytorialny Krymu. Władze w Kijowie uważają je za nielegalne, a jego wyników nie zamierzaja respektować państwa członkowskie Unii Europejskiej.

Na ulicach Symferopola pojawia się obecnie coraz więcej plakatów i billboardów zachęcających ludność Krymu do głosowania. Głoszą one, że Krym to Rosja i że mieszkańcy Półwyspu chcą przyłączenia do tego kraju. Drukowane są także karty do głosowania w liczbie przewyższającej liczbę mieszkańców Krymu.

Koszt przygotowania referendum ma wynieść ponad milion dolarów - twierdzą nieuznawane przez Kijów władze kierowane przez Siergieja Aksjonowa. Przy tak mocnej ofensywie propagandowej na rzecz udziału w referendum oraz głosowania na rzecz włączenia Krymu do Rosji stosunkowo słabo brzmią głosy nawołujące do pozostania w granicach Ukrainy. Jednocześnie lider krymskich Tatarów Refat Czubarow wezwał ludność Półwyspu do bojkotu referendum ze względu na jego nielegalny charakter. Jest ono niezgodne z prawodawstwem Ukrainy. Poza tym ma się odbyć w czasie, gdy na Krymie przebywają wojska. Obserwatorzy podkreślają, iż obecna sytuacja na Krymie nie gwarantuje demokratycznego przebiegu referendum.

IAR/PAP/agkm

Sikorski: Polska nie uznaje deklaracji krymskiej deklaracji niepodległości, jest za integralnością Ukrainy (TVN24/x-news)

''

 

Czytaj także

Barroso o Krymie: sytuacja nie rozwija się w dobrym kierunku

12.03.2014 13:32
Sytuacja na Ukrainie jest testem jedności Unii Europejskiej - powiedział szef Komisji Europejskiej Jose Barroso podczas debaty europarlamentu w Strasburgu na temat rosyjskiej inwazji na Półwysep Krymski.
Jose Manuel Barroso
Jose Manuel Barroso Foto: PAP/EPA/PATRICK SEEGER
Posłuchaj
01'00 Relacja Andrzeja Gebera ze Strasburga (IAR): szef Komisji Europejskiej o kryzysie krymskim

Kryzys na Ukrainie: serwis specjalny >>>

Dyplomatyczne zabiegi wokół Krymu. Ukraina nie planuje militarnej interwencji [relacja] >>>

Aktualna sytuacja jest wyzwaniem (...) dla naszej polityki i testem naszej jedności. Rozwój wydarzeń będzie mieć wielki wpływ na geopolityczną konfigurację naszego kontynentu w najbliższych latach - oświadczył Barroso.
- To co wydarzyło się na Krymie jest bezprecedensowym i niemożliwym do zaakceptowania przykładem interwencji jednego kraju na terytorium drugiego - dodał. Zaapelował o pokojowe rozwiązanie kryzysu, zgodne z prawem międzynarodowym, aby zapobiec ponownemu rozlewowi krwi na Ukrainie.
- Sytuacja nie rozwija się w dobrym kierunku - przyznał szef KE. Jak dodał, UE dała Rosji jasne przesłanie, że pójście dalej tą drogą będzie oznaczało konsekwencje i pogłębienie konfliktu z UE.
Barroso zapowiedział też, że 19 marca Komisja Europejska zaproponuje przekazanie Ukrainie wsparcia makroekonomicznego z budżetu UE w wysokości 1 mld euro; będzie to część pakietu pomocy dla tego kraju o łącznej wartości 11 mld euro.

"Umowa w przyszłym tygodniu"

Większość eurodeputowanych uważa, że to, co robi Rosja, jest nie do zaakceptowania. Trzeba przygotować się na wprowadzenie wobec Moskwy bolesnych sankcji gospodarczych - to wypowiedzi, które dominowały podczas debaty w Parlamencie Europejskim o sytuacji na Ukrainie.

Europoseł PO Jacek Saryusz-Wolski powiedział podczas debaty w PE, że w przyszłym tygodniu UE podpisze polityczną część umowy stowarzyszeniowej z Ukrainą.

Decyzja o podpisaniu politycznej części umowy UE-Ukrainą jeszcze przed wyborami prezydenckimi w tym kraju, zaplanowanymi na 25 maja, zapadła podczas nadzwyczajnego spotkania szefów państw i rządów UE w ubiegłym tygodniu. Najbliższy szczyt UE odbędzie się 20-21 marca, i wówczas mogłoby dojść do podpisania umowy z Ukrainą. Grecka prezydencja zapowiada, że Ukraina będzie jednym z głównych tematów tego posiedzenia.

"Jak w latach trzydziestych"
Zdaniem posłów europarlamentu, obecna sytuacja, cofa Europę do lat trzydziestych ubiegłego wieku. Przeważało zdanie, iż należy uczynić wszystko w celu zmniejszenia napięcia. Według uczestników debaty, Moskwa pójdzie tak daleko, na ile pozwoli jej społeczność międzynarodowa. - Trzeba ją przekonać by "włączyła wsteczny bieg” - apelował w imieniu chadeków Hiszpan Jose Salafranca Sanchez-Neyra. Zaproponował też zwołanie międzynarodowej konferencji.
Szef socjalistów Hannes Swoboda zachęcał, by jak najszybciej odzyskać zamrożone środki ukraińskich oligarchów i przekazać je na Ukrainę. Podobnie, jak polscy europosłowie, pytał, dlaczego uśmiercono projekt rurociągu Nabucco. Uzależnienie energetyczne ogranicza teraz zdecydowaną reakcję Unii. Także Liberałowie i Zieloni wzywali do zastosowania bolesnych dla Moskwy sankcji. Przekonywali, że należy pogodzić się i wkalkulować poniesienie ekonomicznych strat. Przypomnieli że 75 procent rosyjskiego eksportu trafia do Unii Europejskiej. Jest więc duże pole do działania- uważają euodeputowani.

PAP/IAR/agkm

 

Sikorski: nie ma zgody na zmienianie granic siłą (TVN24/x-news)

 

''

 

 

Czytaj także

Rząd Ukrainy: Rosja koncentruje wojska na granicy

12.03.2014 11:44
Kreml stale zwiększa liczebność wojsk na terenie sąsiadującym z Ukrainą. Do prowokacji używane są coraz częściej najmowane bojówki. MON Ukrainy podkreśla też, że trwa rotacja, wymienia się żołnierzy, którzy długo mieszkali na Krymie.
Ukraiński okręt w Sewastopolu
Ukraiński okręt w SewastopoluFoto: PAP/EPA/ZURAB KURTSIKIDZE
Posłuchaj
00'56 Relacja Krzysztofa Renika z Symferopola (IAR): koncentracja sił na północy Krymu

Kryzys na Ukrainie: serwis specjalny >>>

Kryzys na Krymie bez rozwiązania [relacja] >>>

Rosyjska armia wciąż koncentruje się na wschodniej granicy Ukrainy, a liczba jej żołnierzy wzrasta - oświadczył w środę wicepremier Witalij Jarema na posiedzeniu ukraińskiego rządu. Minister obrony Ihor Teniuch poinformował o rotacji żołnierzy Rosji na Krymie.
- Rosyjskie wojska nadal znajdują się wzdłuż wschodniej granicy Ukrainy i stale zwiększają swą liczebność. Siły zbrojne Ukrainy są postawione w stan gotowości bojowej - powiedział Jarema.
Wicepremier podkreślił, że ukraińscy wojskowi nie ulegają prowokacjom i normalnie wypełniają zadania.
- Żadna z prowokacji (Rosjan) nie spotkała się z odpowiedzią (Ukraińców). Kiedy nasi przeciwnicy zobaczyli, że ich plany nie są realizowane, zaczęli angażować najemników i agitatorów, by ci rozpalali sytuację od wewnątrz - zaznaczył Jarema, mówiąc o prorosyjskich demonstracjach we wschodnich i południowych regionach Ukrainy.
Minister Teniuch wyraził opinię, że obserwowana rotacja wojsk rosyjskich na Krymie wywołana jest obawą przed zbytnim zbliżeniem żołnierzy Federacji Rosyjskiej z ludnością miejscową.
- Rotacja trwa. Oddziały specjalne wymieniane są na bataliony wojsk zmechanizowanych - powiedział w trakcie posiedzenia Rady Ministrów w Kijowie. Teniuch przekazał także, że Rosjanie przywożą na Krym żołnierzy z oddziałów specjalnych z Czeczenii.
MSZ Ukrainy oceniło we wtorek, że Rosja ma na zajętym przez nią Krymie prawie 19 tysięcy wojskowych. 11,4 tys. to żołnierze Floty Czarnomorskiej, pozostali zaś służą w jednostkach stacjonujących na stałe na terytorium rosyjskim.

Coraz więcej żołnierzy również na północy półwyspu

Jak informuje z Symferopola specjalny wysłannik Polskiego Radia Krzysztof Renik, żołnierze Rosji koncentrują się również na północy Krymu, korzystają oni z kilkuset samochodów ciężarowych, a także z transporterów opancerzonych.

Jak dodaje, koncentracja tych sił na północy Krymu związana jest z zamiarem kontrolowania zarówno szlaków komunikacyjnych łączących półwysep z resztą terytorium Ukrainy, jak i przejęcia kontroli nad liniami zaopatrzenia Krymu w wodę, elektryczność oraz gaz, a także liniami telekomunikacyjnymi.
Krym jest bowiem zależny od dostaw energii oraz wody właśnie z Ukrainy. Samodzielnie jest w stanie zapewnić sobie jedynie niewielką część elektryczności oraz wody. Dlatego przejęcie przez Rosjan kontroli nad liniami zaopatrzenia Krymu jest tak istotne z punktu widzenia wojsk okupacyjnych.
Część ekspertów podkreśla, że ewentualna aneksja Krymu do Rosji będzie wymagała od Moskwy kosztownych inwestycji, które zapewnią połączenia gazowe i elektryczne, a także dostawy wody dla Półwyspu z Kraju Krasnodarskiego w Federacji Rosyjskiej. Podkreślają przy tym, że może się powtórzyć scenariusz abchaski, gdzie po zajęciu terytorium Rosjanie obiecali inwestycje, których do tej pory nie ma.

PAP/IAR/agkm

Sikorski: nie ma zgody na zmienianie granic siłą (TVN24/x-news)

 

''