Wiadomości

Lech Wałęsa zacierał ślady „Bolka”

Dzięki zmianom, jakie w gdańskim UOPie przeprowadzili Wałęsa i Milczanowski możliwe było usuwanie śladów działalności TW „Bolek” – mówi portalowi polskieradio.pl Sławomir Cenckiewicz.
20.06.2008 17:06

Sławomir Cenckiewicz

Rozmowa ze Sławomirem Cenckiewiczem, jednym z autorów książki "SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii"

Jeszcze przed publikacją książki o Lechu Wałęsie wybuchła burza w mediach. Oskarżano Pana, jako autora, o „burzenie legendy Solidarności”. Dlaczego postanowił Pan napisać tę książkę?

 

Od kilku lat prowadzę badania nad oporem społecznym i ruchem antykomunistycznym w Trójmieście. Przy tej okazji zainteresowałem się sprawą Wałęsy, bowiem w aktach dotyczących Grudnia ’70 natknąłem się na doniesienia TW ps. „Bolek”. Później postanowiłem napisać na ten temat odrębną publikację. Zaprosiłem to tego projektu Piotra Gontarczyka. Wreszcie, wpływ na wydanie tej książki miały wezwania licznych środowisk, by IPN wyjaśnił kwestię oskarżeń kierowanych pod adresem Wałęsy, że był on w przeszłości współpracownikiem SB. Nie ma to nic wspólnego z obalaniem legendy. To po prostu praca naukowa oparta o solidną kwerendę archiwalną.

Jak wyglądała współpraca Lecha Wałęsy z SB w latach 70.? W jaki sposób został zwerbowany, czy sam się zgłosił, czy bezpieka go złamała?

TW ps. „Bolek” został zwerbowany bezpośrednio po tzw. wydarzeniach grudniowych. 19 grudnia 1970 r. Wałęsa został zatrzymany i osadzony areszcie. Rozmowy z nim prowadził kpt. Edward Graczyk. W końcu grudnia 1970 r. wystąpiono z wnioskiem o jego zarejestrowanie, jako TW ps. „Bolek”. Był współpracownikiem aktywnym. Oficerowie prowadzący zwracali uwagę na jego punktualność, z jaką stawiał się w wyznaczonym miejscu na spotkanie. Bez zgody funkcjonariuszy SB nie przystępował do inicjatyw, których celem mogło być prowadzenie „wrogiej działalności”. Wykonywał zadania operacyjne na terenie zakładu pracy nawet w okresie przebywania na zwolnieniu lekarskim. Uzyskał, a później przekazał SB dokumenty napisane własnoręcznie przez osoby ze swojego otoczenia. Jeśli ustalił, że pracownicy stoczni słuchają w czasie pracy Radia Wolna Europa, starał się także uzyskać informację na temat treści słuchanych audycji („rozruchy w NRD”). Przekazywał także informacje wyprzedzające na temat planowanej przez pracowników Stoczni Gdańskiej próby zakłócenia obchodów pierwszomajowych w 1971 r.

TW ps. „Bolek” cechował też pewien spryt. Widać to przy okazji zgłaszanych SB w dniu 22 kwietnia 1971 r. pomysłów związanych z rozładowaniem napiętej sytuacji w stoczni poprzez złożenie załodze obietnic finansowych („Jednak wypłata powinna być wbrew oczekiwaniu dopiero po 1 Maja. Gdyby ludzie wiedzieli, że jest dla nich forsa, mogą jednak jej nie otrzymać, inaczej by patrzyli”), których ostatecznie nie trzeba będzie wcale zrealizować („TW sugerował, żeby stoczniowcom dać do zrozumienia, że zamierza się w krótkim czasie dokonać reorganizacji pod względem organizacji pracy w Stoczni, a z tym pójdą w parze zarobki pracowników fizycznych. To przyczyniłoby się do spadku agresywnych zamiarów pracowników Stoczni w dniu święta 1 Maja. Po 1 Maja poruszonych spraw można nawet nie realizować”). Jeśli TW ps. „Bolek” nie znał personaliów osób („zna ich tylko z widzenia”), którzy zwracali jego uwagę, to próbował zdobyć na ich temat jak najwięcej informacji („Mówił mi to ślusarz z W-4, którego nazwiska nie znam, mieszka pod Delikatesami, nazwisko mogę ustalić”), a nawet przybliżyć ich wizerunek i charakterystyczne cechy („jest on w wieku ponad 40 lat, wysoki, szczupły, bez zębów z przodu, lekko pokryty szronem, najprawdopodobniej będzie z W-5”), co pozwalało SB zidentyfikować te osoby (sprawa M. Tolwala).

Skąd wiadomo, że TW Bolek to Wałęsa skoro we wtorkowej „Rzeczpospolitej” napisaliście Panowie, że większość dokumentów  z teczki Bolka została usunięta przez Wałęsę?

Zachowane w archiwach IPN tzw. pomoce ewidencyjne (karty rejestracyjne, dzienniki korespondencyjne i zapisy w Zintegrowanym Systemie Kartotek Operacyjnych) potwierdzają fakt rejestracji Lecha Wałęsy pod nr 12535 przez Wydział III SB w Gdańsku, jako TW ps. „Bolek” w latach 1970-1976. Identyfikację TW ps. „Bolek” potwierdza m. in. notatka funkcjonariusza gdańskiej SB Marka Aftyki z 21 czerwca 1978 r. na temat Wałęsy: „Wymieniony do współpracy z organami bezpieczeństwa pozyskany został w dniu 29 XII 1970 r. jako TW ps. »BOLEK« na zasadzie dobrowolności przez st. insp. Wydziału II KW MO w Olsztynie kpt. [Edwarda] Graczyka”. Tak więc mimo pożogi, w której najważniejsze dokumenty dotyczące tej sprawy zostały zniszczone, historyk może zidentyfikować personalia agenta. To była bardzo żmudna kwerenda. Znaleźliśmy wiele ważnych dokumentów w tej sprawie, które w szczegółach omawiamy w książce.

W jakim stopniu donosy Wałęsy były pomocne SB? Ilu osobom zaszkodził współpracując ze Służbą?

Na podstawie donosów TW ps. „Bolek” wszczęto sprawę operacyjną na Józefa Szylera, który jawi się zresztą, jako jedna z jego głównych ofiar. Inwigilowany i represjonowany przez SB w ramach operacji „Jesień 70”, 8 lipca 1971 r. Szyler został przeznaczony do zwolnienia z pracy w stoczni. Jednak ze względu na traumę, jaką w Grudniu ’70, przeszła jego żona w lipcu 1971 r. sam zrezygnował z pracy w stoczni i opuścił województwo gdańskie. Osiadł w Przeworsku, a później w Mielcu, gdzie również był inwigilowany przez SB. Dzięki doniesieniom TW ps. „Bolek”, SB „uaktywniła pracę w sprawie” Jerzego Górskiego – w Grudniu ’70 członka Komitetu Strajkowego i Rady Delegatów, na którego prowadzono sprawę krypt. „Demagog”. W swoich donosach TW ps. „Bolek” wiele miejsca poświęcał osobie Henryka Lenarciaka – uczestnika grudniowego protestu i przewodniczącego Rady Oddziałowej Związku Zawodowego Metalowców na Wydziale W-4 Stoczni Gdańskiej, którego Wydział III KW MO w Gdańsku rozpracowywał w ramach spraw krypt. „Kobra” i „Len” oraz „Arka” i „Jesień 70”. Wiadomo dzisiaj, że TW ps. „Bolek” okazał się także przydatny w rozpracowaniu takich osób jak: Kazimierz Szołoch, Henryk Jagielski, Jan Jasiński, Mieczysław Tolwal, Alfons Suszek, Jan Miotk, Bogdan Opala, Czesław Michał Gawlik, Czesław Karpiński, Józef Animucki, Jan Górski, Jerzy Górski, Szczepan Chojnacki, Klaus Bartel, Ryszard Zając, Maksymilian Szmuda Jan Weprzędz i Zygmunt Borkowski.

''Książka o Lechu Wałęsie

 

Dlaczego Lech Wałęsa zrezygnował ze współpracy? Z dokumentów wynika, że na początku był aktywnym TW? Skąd nagła zmiana nastawienia?

Nawet współpracownicy SB są tylko ludźmi. Różne są też ich losy. Mamy w pamięci historyczno-literackiej postać Kmicica, który z rzezimieszka przeistacza się w postać bohatera. W 1974 r. SB dawała sygnały, że TW ps. „Bolek” jest coraz mniej efektywny i coraz częściej krytykuje kierownictwo związków zawodowych i partii. Ostatecznie nie był on chętny do dalszej współpracy. W 1976 r. został wyrejestrowany a akta złożono do archiwum SB.

Kiedy i dlaczego Wałęsa zainteresował się swoją teczką?

Wydaje się, że zaważyła na tym próba przeprowadzenia lustracji przez rząd Olszewskiego w 1992 r. Wiemy, że Wałęsa znalazł się wówczas na tzw. liście Macierewicza. Wszystko, co działo się później z archiwaliami dotyczącymi Wałęsy, było próbą zatuszowania przeszłości.

Co działo się z teczką byłego prezydenta w latach 90.? W jakich okolicznościach doszło do wyprowadzenia z niej dużej części dokumentów?

Już w czerwcu 1992 roku Wałęsa pożyczył dokumenty na swój temat, potem uczynił to jeszcze raz. W działaniach tych uczestniczyli m.in. ówczesny szef MSW Andrzej Milczanowski, szef UOP Jerzy Konieczny, a także co najmniej kilku oficerów byłej SB, którzy robili błyskotliwe kariery w UOP za czasów premierów Mazowieckiego i Bieleckiego. Kiedy po zakończeniu prezydentury przez Wałęsę otworzono paczki z wypożyczonymi dokumentami, okazało się, że znaczna ich część zniknęła. Do archiwum UOP nie wróciła oryginalna karta ewidencyjna, informująca, że Wałęsa był w latach 70. tajnym współpracownikiem SB. Oprócz niej zginęły wszystkie dokumenty przekazane Macierewiczowi przez jego poprzedników oraz odnalezione w centrali MSW w czasie funkcjonowania rządu Jana Olszewskiego.

Znacząco „przetrzebiono” tomy akt spraw operacyjnych kryptonim „Arka” i kryptonim „Jesień ‘70”, prowadzone przez gdańską SB. Usunięto z nich kilkadziesiąt doniesień pochodzących od TW „Bolek”. W różnych miejscach, w których dokonano zniszczeń, usiłowano zatrzeć ślady manipulacji. Z tomów akt powyrywano spisy treści, poprzerabiano w nich też numerację stron tak, by trudniej było ustalić, co i skąd zginęło. Ale powołana w 1996 r. Komisja UOP nie miała kłopotów z ustaleniem okoliczności i skali procederu „wyprowadzania” dokumentów SB oraz osób, które zań odpowiadały. Analogiczne działania, jak w centrali MSW w Warszawie, podjęto w Delegaturze UOP w Gdańsku. Tu Lech Wałęsa i Andrzej Milczanowski dokonali zmian personalnych, mianując na stanowiska kierownicze zaufanych Wałęsy – byłych funkcjonariuszy SB. Otworzyło to drogę do manipulowania aktami archiwalnymi nie tylko byłej Służby Bezpieczeństwa, ale też dokumentami UOP. Konsekwentnie usuwano odnalezione ślady działalności TW „Bolek”, zmanipulowano też dokumentacje dotyczącą wypożyczenia w 1992 r. dokumentów do warszawskiej centrali.

Co ciekawe, do archiwum podrzucano też dokumenty, mające świadczyć, że Lech Wałęsa nie podjął współpracy z SB. Oddzielnym zagadnieniem jest sprawa dużej liczby mikrofilmów przejętych przez funkcjonariuszy UOP w marcu 1993 r. w mieszkaniu jednego z byłych funkcjonariuszy SB. Mikrofilmy te dotyczyły nie tylko Wałęsy, ale też wielu innych czołowych działaczy gdańskiej opozycji, w tym m.in. urzędującego prezydenta Lecha Kaczyńskiego oraz marszałka Senatu Bogdana Borusewicza. Te dokumenty zostały przekazane Wałęsie w 1994 r. i ślad po nich zaginął. W sprawie zaginięcia opisanych wyżej dokumentów śledztwo prowadziły prokuratury w Warszawie i Gdańsku. Jednak postawienie jakichkolwiek zarzutów Lechowi Wałęsie było niemożliwe przez chroniący go immunitet. Ze względu na zły stan polskiego wymiaru sprawiedliwości i działania Ministerstwa Sprawiedliwości uczestnicy opisanych działań uniknęli odpowiedzialności.

Dlaczego sąd lustracyjny nie uznał Lecha Wałęsę za kłamcę, skoro materiałów na temat jego współpracy jest tak dużo?

Proces lustracyjny Lecha Wałęsy przebiegał w atmosferze dużego pośpiechu oraz presji mediów w większości prezentujących stanowisko niechętne lustracji. W czasie jego trwania nie przesłuchano wielu istotnych świadków, a ustalenia sądu były w wielu kwestiach wątpliwe. Proces przerwano na pierwszej rozprawie po wpłynięciu do Sądu Lustracyjnego dokumentów śledztwa w sprawie „wyprowadzania” przez Lecha Wałęsę i jego najbliższych współpracowników dokumentów TW ps. „Bolek” z archiwów UOP. Mimo znajomości tych akt na sali sądowej nie padło pod adresem Wałęsy ani jedno pytanie dotyczące wspomnianej sprawy. Stało się tak mimo bardzo wymownych faktów ustalonych przez prokuraturę. Sąd po prostu przerwał rozprawę i tego samego dnia ogłosił orzeczenie korzystne dla Wałęsy. Bardzo szeroko omawiamy tę sprawę w książce.

Dlaczego prezes IPN Leon Kieres zdecydował się nadać Wałęsie status pokrzywdzonego?

Na podstawie wspomnianego orzeczenia sądu z 2000 r. IPN nadał Wałęsie tzw. status pokrzywdzonego. Było to skutkiem wyroku Trybunału Konstytucyjnego, które zobowiązywało IPN do respektowania orzeczeń Sądu Lustracyjnego nawet wbrew treści zachowanych dokumentów archiwalnych.

Czy pisząc książkę o Lechu Wałęsie próbowali Panowie kontaktować się z byłym prezydentem?

Oczywiście. W dniu 26 września 2007 r. Piotr Gontarczyk zwrócił się do Pana Prezydenta z propozycją spotkania, jednak nie uzyskał odpowiedzi. Omawiamy korespondencję z Lechem Wałęsą w pierwszych rozdziałach naszej książki.

Rozmawiał Stanisław Żaryn

  

Posłuchaj rozmowy Michała Karnowskiego ze Sławomirem Cenckiewiczem i Piotrem Gontarczykiem. (9,13 MB)

 

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

SB a prezydent Wałęsa

W 1992 roku - pod wpływem wydarzeń z 4 czerwca – Lech Wałęsa wrócił do współpracy, tym razem – z byłymi esbekami.
Lech Wałęsa, fot. J. Szymczuk

 

Budząca wiele kontrowersji, jeszcze przed pojawieniem się w sprzedaży, książka Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka o Lechu Wałęsie stawia wiele pytań na temat najnowszej historii Polski. Chociaż większość komentatorów skupia się na sprawie ewentualnej współpracy Wałęsy z SB w latach 70., to znacznie bardziej interesująca jest historia związana z jego prezydenturą.

Książka „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” nie jest pełną biografią Lecha Wałęsy, ani nie pretenduje do tego miana. Rzuca natomiast nowe światło na ocenę jego postaci. Jednak nie, jak podkreśla wielu komentatorów i polityków, z powodu ujawnienia dokumentów, które mają świadczyć o jego uwikłaniu we współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa, ale z powodu udokumentowania brakowania przez prezydenta Lecha Wałęsę lub jego współpracowników dokumentów TW „Bolka”. To właśnie z tych kart książki wyłania się postać zagubionego człowieka, który za wszelką cenę próbuje zatrzeć ślady działalności agenta, od związków z którym zdecydowanie się odcina. Pytanie dlaczego Lech Wałęsa z taką determinacją tropił wszystkie ślady działalności TW „Bolka” pozostaje otwarte.

Kim był TW „Bolek”?

Autorzy książki stawiają tezę: tajnym współpracownikiem o pseudonimie „Bolek”, który donosił na pracowników Stoczni Gdańskiej w latach 1970-1976, był Lech Wałęsa. Mają o tym świadczyć zachowane kopie dokumentów. Między innymi kserokopia karty ewidencyjnej E-14, gdzie umieszczono dane Lecha Wałęsy. W stu procentach zgadzają się one z danymi późniejszego przywódcy „Solidarności”. Przypisano mu wówczas numer 12535 dziennika ewidencyjnego gdańskiej bezpieki. Dane TW „Bolka” pojawiają się także w rejestrach Wydziału C MSW (wydział zajmujący się archiwizacją danych agentów, których wyrejestrowano z sieci czynnej agentury). Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk, oprócz dzienników rejestracyjnych i korespondencyjnych SB, wskazują również na tak zwane rekordy informatyczne komputerowego systemu kartotek Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W obu zapisach z 1988 i 1990 roku, dotyczących Lecha Wałęsy, opisano go, jako tajnego współpracownika i dodano informację, że został zdjęty z ewidencji w 1976 roku z powodu niechęci do współpracy.

Identyfikację TW o pseudonimie „Bolek” potwierdza również jedna z notatek służbowych funkcjonariusza milicji w Gdańsku, Marka Aftyki. W notatce, którą sporządził w 1978 roku, znalazł się wykaz materiałów z teczki TW „Bolka”. Dokument opisano, jako „analiza akt archiwalnych nr I 14713 dotyczących ob. Wałęsa Lech”. Esbek napisał w dokumencie, że Wałęsa został zarejestrowany, jako TW dobrowolnie przez kapitana Edwarda Graczyka. Autentyczność notatki potwierdza dokument sporządzony przez dwóch innych esbeków po strajku na terenie Gdańskich Zakładów Mechanizacji Budownictwa „ZREMB” w 1978 roku. Wówczas odbyto rozmowę z Wałęsą, podczas której ten nie zgodził się na podjęcie współpracy. Według autorów książki tożsamość TW „Bolka” potwierdzają także niektóre donosy, pozwalające zidentyfikować osobom pokrzywdzonym źródło informacji na ich temat oraz wypowiedzi niektórych działaczy pracowników Stoczni Gdańskiej – uczestników strajku w Grudniu 1970.

Gdzie podziały się dokumenty?

Podstawowym zarzutem wobec dowodów przedstawionych przez Cenckiewicza i Gontarczyka jest brak oryginalnych dokumentów, świadczących o współpracy Wałęsy z SB. Dlatego autorzy starają się przedstawić losy dokumentacji TW „Bolka”, która – co nie ulega wątpliwości – po niemal 30 latach od wytworzenia jest niekompletna.

Nie wnikając nawet w próbę identyfikacji TW „Bolka”, historia tych dokumentów musi budzić wiele pytań i kontrowersji. Interesujące jest zwłaszcza niezwykłe wprost zainteresowanie dokumentami TW „Bolka” ze strony Lecha Wałęsy – uwzględniając jego zaprzeczenia i dementi dotyczące związków agenta o tym pseudonimie z jego osobą.

Autorzy książki przytaczają szereg dokumentów, które mają świadczyć o tym, że po 1992 roku Lech Wałęsa poprosił o dostarczenie mu wszystkich dokumentów, dotyczących TW „Bolka”. Oddał je bądź zdekompletowane lub – jak w przypadku tzw. mikrofilmów Frączkowskiego – w ogóle nie oddał. Dowodem na to są notatki, jakie sporządzili pracownicy UOP w latach 1992-1994. Jedne – jak protokół porucznika Krzysztofa Hollina czy komisji, która przeprowadziła inwentaryzację dokumentów na temat TW „Bolka”, które w 1992 roku pozostawały w zasobach UOP – są wykazem dokumentów, inne – jak notatki wysokich funkcjonariuszy UOP i MSW – to pokwitowania wypożyczenia i odbioru dokumentów przez kancelarię prezydenta Wałęsy.

Z notatek Andrzeja Milczanowskiego i Gromosława Czempińskiego wynika, że Lech Wałęsa w latach 1992-1994 zażądał dostarczenia do kancelarii dokumentów opracowanych i skatalogowanych podczas przygotowań do wykonania uchwały lustracyjnej w 1992 roku. Według wykazu sporządzonego przez Krzysztofa Bollina, były to oryginały dokumentów z operacji prowadzonych na terenie Gdańska przez Służbę Bezpieczeństwa, w których pojawiały się donosy TW „Bolka”. Dokumenty te zostały wypożyczone Lechowi Wałęsie, a następnie zwrócone Andrzejowi Milczanowskiemu w szczelnie zalakowanej paczce. Szef MSW zdeponował je w siedzibie UOP z adnotacją, która mówiła, że można je otworzyć jedynie na „specjalne żądanie pana Prezydenta”. Interesująca jest przede wszystkim notatka Milczanowskiego, który opisuje dokumenty TW „Bolka”, jako „dokumenty dotyczące Pana Prezydenta”. Podobną notatkę sporządza generał Gromosław Czempiński, który kierował wówczas wywiadem UOP i asystował Milczanowskiemu w odbiorze paczki z dokumentami TW „Bolka”.

Po zmianie władzy w 1996 roku nowy szef MSW, Zbigniew Siemiątkowski, zwrócił się do prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z prośbą o możliwość otworzenia paczki z dokumentami dotyczącymi TW „Bolka”. Komisja, która otworzyła pakunek i porównała jego zawartość z notatką porucznika Bolina z 1992 roku, stwierdziła brak części dokumentów oraz próbę zniszczenia pozostałych. Do UOP nie wróciło między innymi 6 notatek SB na temat działalności TW „Bolka”. Pozostałe dokumenty noszą ślady brakowania. W sposób nieudolny ktoś próbował na nowo numerować strony teczek, co świadczy, że co najmniej kilkadziesiąt kartek zostało z nich wyrwanych.

Komisja, która zbadała dokumenty obiegowe archiwum UOP, stwierdziła również brak 54 mikrofilmów (czyli zdjęć około 2,5 tysiąca stron), dokumentujących archiwa SB. Wpadły one w ręce służb specjalnych w 1993 roku. UOP przeprowadził wówczas na Pomorzu spektakularną akcję zatrzymania majora Jerzego Frączkowskiego, którego podejrzewano o handel materiałami radioaktywnymi. Podczas przeszukania jego domu natrafiono na wspomniane mikrofilmy. Fakt, że Frączkowski nigdy nie został oskarżony o handel materiałami promieniotwórczymi, a po kilku miesiącach śledztwa został zwolniony z aresztu, budzi wiele wątpliwości. Zwłaszcza, że nie usłyszał zarzutów zarówno związanych z akcją, jak również z faktem, że przechowywał tajne dokumenty, do czego nie miał prawa. Mikrofilmy trafiły natomiast w 1994 roku - na żądanie Lecha Wałęsy – do jego rąk i nigdy już do UOP nie wróciły.

''

 

Szef Urzędu, Andrzej Kapkowski, wystosował w 1996 roku oficjalne pismo do byłego prezydenta Lecha Wałęsy z prośbą o zwrócenie akt, które – wedle dokumentów UOP – znalazły się w jego posiadaniu. Brak odpowiedzi zmusił UOP do złożenia zawiadomienia do prokuratury. Ta po ponad dwóch latach śledztwa była skłonna postawić zarzuty niedopełnienia obowiązków szefowi MSW Andrzejowi Milczanowskiemu oraz kierownictwu UOP - Jerzemu Koniecznemu oraz Gromosławowi Czempińskiemu. Jednak nowelizacja Kodeksu Karnego z 1998 roku usunęła paragraf, mówiący o odpowiedzialności karnej za nieumyślne zagubienie lub zniszczenie dokumentów ważnych dla bezpieczeństwa państwa. Prokurator Małgorzata Nowak z warszawskiej prokuratury nie zdecydowała się na zmianę kwalifikacji przestępstwa i dochodzenie umorzyła. Prokuratura Krajowa nie dostrzegła błędów w tej decyzji.

Jednak poza prawną stroną tego postępowania pozostaje upór z jakim Lech Wałęsa wmawiał opinii publicznej, że nigdy nie zapoznał się z dokumentami TW „Bolka”. Między innymi w wywiadach dla „Gazety Wyborczej” z lat 1996-1997, które przytaczają autorzy książki, były prezydent konsekwentnie zaprzecza, by kiedykolwiek czytał akta dotyczące TW „Bolka”. W zestawieniu z dokumentacją UOP słowa Wałęsy świadczą o tym, że były prezydent po prostu kłamał w tej sprawie.

Ślepa Temida

Linię obrony, której konsekwentnie broni Lech Wałęsa i jego współpracownicy, wyznacza orzeczenie sądu lustracyjnego z 2000 roku. Uznał on, że kandydat na Prezydenta RP Lech Wałęsa nie był kłamca lustracyjnym, czyli napisał prawdę, oświadczając, że nigdy nie był świadomym tajnym współpracownikiem SB.

Wydając wyrok sąd starał się rozstrzygnąć wszystkie wątpliwości, dotyczące sprawy, na korzyść Wałęsy. Za najważniejszy argument przyjęto informacje na temat prób zdyskredytowania Lecha Wałęsy oskarżeniami o współpracę z SB. Akcja bezpieki miała związek z przyznaniem przywódcy „Solidarności” Pokojowej Nagrody Nobla w 1983 roku. SB planowała podrzucić skłóconym działaczom Wolnych Związków Zawodowych fałszywe dokumenty, świadczące o współpracy Wałęsy z bezpieką, żeby zniechęcić Komitet Noblowski do odrzucenia jego kandydatury.

Za decydujący dowód w tej sprawie sąd uznał notatkę służbową majora SB, Adama Stylińskiego, z 1982 roku. Opisał on próby skompromitowania przywódcy „Solidarności” przy pomocy fałszywek. Wersję tę potwierdzili inni funkcjonariusze SB, zeznający przed sądem w 2000 roku.

Tymczasem, według Cenckiewicza i Gontarczyka, przedstawiono sądowi wiele innych dokumentów, które świadczyły o rzeczywistej współpracy Wałęsy z SB. Między innymi raport funkcjonariusza gdańskiej SB Marka Aftyki z 1978 roku, który przedstawił zawartość teczki Lecha Wałęsy. Z notatki jasno wynika, że Wałęsa został pozyskany w 29 grudnia 1970 roku i zarejestrowany jako TW „Bolek”. Zdaniem autorów jest to koronny dowód, że dokumenty świadczące o współpracy Wałęsy istniały przed 1982 rokiem, a więc zanim SB rozważała możliwość skompromitowania go w związku z nominacją do Nagrody Nobla. Sąd Lustracyjny odrzucił jednak ten dowód. Oficer SB, którego proszono o wyjaśnienie skąd wziął się ten dokument, odmówił zeznań, zasłaniając się słabą pamięcią. Dokumenty, o których pisał w 1978 roku, nie zachowały się do roku 2000. Sytuacja ta nie dziwi w kontekście niszczenia dokumentów w latach 1992-1994 przez Wałęsę i zapewne w latach 1989-1990 przez SB.

Przerwa na „Solidarność”

Autorom publikacji nie zależy na udowodnieniu, że Lech Wałęsa był narzędziem, którym komuniści posłużyli się, przeprowadzając kontrolowaną zmianę systemu politycznego. Wszystko wskazuje na to, że ewentualna współpraca Lecha Wałęsy w latach 1970-1976 nie miała wpływu na jego postawę w roku 1980, 1981 czy w latach kolejnych. Lech Wałęsa był prawdziwym liderem 10-milionowego ruchu społecznego, dzięki któremu komuniście rozpoczęli dialog ze społeczeństwem. Ten sam Wałęsa w 1990 roku najpierw zmusił generała Jaruzelskiego do ustąpienia ze stanowiska prezydenta państwa na 5 lat przed upływem kadencji, a później pod hasłem „przyspieszenia” i „walki z postkomuną” zwyciężył w wyborach prezydenckich w 1990 roku. W 1992 roku - pod wpływem wydarzeń z 4 czerwca – wrócił do współpracy, tym razem – z byłymi esbekami. Dzięki ich gorliwości i lojalności, konsekwentnie zacierał ślady epizodu ze swego życiorysu, który dla historii Polski nie miał najmniejszego znaczenia. Z przyczyn, których pewnie nigdy nie poznamy.

Łukasz Korda


Przeczytaj:

Fragment książki o Lechu Wałęsie.

Fragment dotyczący współpracy TW "Bolka"

O niszczeniu akt "Bolka"

  

Posłuchaj rozmowy z Lechem Wałęsą. (12,88 MB)

 

Czytaj także

Był moim idolem

Były dwie postacie bardzo ważne w życiu mojego pokolenia: Ojca Świętego, a drugą Lech Wałęsa. Nosiliśmy wtedy plakietki: Matkę Boską „Wałęsowską”.
Posłuchaj
10'56 Joachim Brudziński

Grzegorz Ślubowski: Joachim Brudziński, poseł Prawa i Sprawiedliwości, jest kolejnym gościem Sygnałów Dnia. Dzień dobry.

Joachim Brudziński: Dzień dobry, witam.

G.Ś.: Kim dla pana jest Lech Wałęsa?

J.B.: Postacią historyczną niewątpliwie. Dla mnie osobiście była to postać w czasie, kiedy byłem młodym człowiekiem, kiedy jeszcze mieszkałem w Nowym Sączu, kiedy pod przywództwem księdza Stanisława Jemioły organizowaliśmy pierwsze pielgrzymki z Nowego Sącza do Częstochowy. To był 83-84 rok. Wtedy jako bardzo młody człowiek traktowałem Wałęsę wręcz jak swojego idola. tak ją nazywaliśmy. Szanowaliśmy bardzo Lecha Wałęsę. Jeden z moich przyjaciół wtedy, kilkunastoletni chłopak, nawet urwał się z Nowego Sącza z Nowego Sącza na wagary ze swoim kolegą i trafił do Wałęsy, rozmawiał z nim, rozemocjonowany później nam to opowiadał długimi wieczorami. Przemek Tejkowski, właśnie on do Wałęsy trafił. Traktowaliśmy Lecha Wałęsę jako przywódcę narodowego, traktowaliśmy Wałęsę jako symbol, jako robotnika, który prowadzi Polskę do niepodległości. I na pewno w znacznym stopniu tak będę Wałęsę postrzegał nadal pomimo...

G.Ś.: No właśnie, czy ta publikacja ostatnia kontrowersyjnej książki zmieniła wobec tego pana stosunek do Wałęsy?

J.B.: Znaczy mój stosunek do Wałęsy zmienił się już na początku lat 90., kiedy został prezydentem. Ja w ogóle do polityki trafiłem też poniekąd dzięki Wałęsie, ponieważ ja rozpoznawałem Wałęsę, wiedziałem, kim jest Wałęsa, natomiast jako młody człowiek niekoniecznie rozpoznawałem wtedy moich obecnych liderów i trafiłem do Porozumienia Centrum dlatego, że była to partia, która popierała Wałęsę.

Ale po tym wszystkim, co zaczęło się dziać na początku lat 90., kiedy najważniejszą osobą u boku Wałęsy okazał się Mieczysław Wachowski, po tym wszystkim, co wydarzyło się 4 czerwca, kiedy Wałęsa obalił rząd Jana Olszewskiego, po tym wszystkim, co się wydarzyło w kolejnych miesiącach, kiedy Wałęsa jako prezydent zaczął wspierać tzw. „lewą nogę”, kiedy wydarzył się obiad drawski, kiedy odsunięto cywilnego ministra obrony narodowej, kiedy zaczął otaczać się byłymi funkcjonariuszami Służby Bezpieczeństwa i funkcjonariuszami tak zwanej „wojskówki”, te klapki z oczu spadły.

I, oczywiście, nie odbieram Wałęsie tej wielkiej historycznej roli, jaką odegrał w latach 80., ale dzisiaj oceniam Wałęsę jednoznacznie negatywnie, przede wszystkim za to, co zrobił w latach 90., bo to już pamiętam bardzo dobrze i oceniam go jako polityka skrajnie wtedy niebezpiecznego dla Polski. Przypomnę te wszystkie pomysły: NATO–bis, EWG–bis, wtedy już...

G.Ś.: Jak wobec tego zachować właściwe proporcje w ocenie historycznej?

J.B.: Zachować należy przede wszystkim, panie redaktorze, zdrowy rozsądek, bo to, z czym mieliśmy do czynienia i z czym mamy do czynienia, chociaż Bogu dzięki powoli ta fala histerii opada. Po prostu książka trafiła do księgarń, nawet ci wszyscy, którzy odsądzali od czci i wiary autorów, kiedy zapoznali się z tą książką, trzeba bardzo dużo złej woli, żeby zarzucić autorom tej książki brak rzetelnego warsztatu naukowego, brak rzetelnego warsztatu historycznego i powoli ta histeria opada. Nawet w łonie zwolenników Wałęsy, zwolenników, którzy traktują Wałęsę koniunkturalnie, a najlepiej świadczy o tym fakt, że... mamy bardzo dobrą pamięć, jak Wałęsa był oceniany na przykład przez środowisko Gazety Wyborczej, przez Adama Michnika, również przez tych, którzy dzisiaj biorą go w swoją obronę na początku lat 90...

G.Ś.: No, może w drugą stronę ten argument, bo przez braci Kaczyńskich też Lech Wałęsa był różnie oceniany w różnych (...).

J.B.: Tylko, panie redaktorze, my dzisiaj i zarówno pan prezydent Lech Kaczyński, jak i premier Jarosław Kaczyński dzisiaj nie wytaczają tego typu, powiedziałbym, demagogicznych argumentów przeciwko Wałęsie, z jakimi mamy do czynienia z ust... z tymi argumentami, które padają z ust dzisiaj obrońców Wałęsy. No, atakować historyków za to, że rzetelnie wykonali swoją pracę czy odsądzać od czci i wiary tych wszystkich, którzy mówili: poczekajmy na tę książkę, zapoznajmy się z nią. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że coraz częściej przebrzmiewa taka oto prawda, że no tak, Wałęsa na początku lat 70. może coś tam podpisał, no ale po co w ogóle o tym pisać? Czyli co? Przywróćmy cenzurę? Czyli to, o co ci ludzie walczyli w latach 80., dzisiaj należy odsunąć i...

G.Ś.: No, zdaniem...

J.B.: (...) dlatego że ukazała się publikacja, która jednoznacznie pokazuje, że Wałęsa na początku lat 70. po prostu się pogubił.

G.Ś.: No, zdaniem zwolenników Lecha Wałęsy ta jego działalność z lat 70. nie miała wielkiego znaczenia. Tutaj pada na przykład taki argument historyczny... to znaczy nie miała znaczenia dla jego późniejszej drogi życiowej, dla tego, co robił później, pada taki argument, że na przykład Józef Piłsudski był austriackim agentem, co udowodnili historycy i...

J.B.: Ale panu Wałęsie daleko do Józefa Piłsudskiego, to po pierwsze. A po drugie prawda jest też taka, że mamy do czynienia z takim, powiedziałbym, troszeczkę zamydlaniem, zaciemnianiem tego obrazu. Ja dzisiaj jako mieszkaniec Szczecina bardzo dobrze pamiętam strasznie kuriozalne orzeczenie Sądu Najwyższego, który stwierdził przy okazji lustracji Mariana Jurczyka, dla wielu szczecinian też wielkiego człowieka, przywódcy strajków w Sierpniu 80 roku, kiedy Sąd Najwyższy stwierdził, że Marian Jurczyk nie był tajnym współpracownikiem, ponieważ co prawda podpisał deklarację o współpracy, pobierał pieniądze za tę współpracę, donosił na swoich kolegów, ale te donosy były na tyle nieistotne, że nikomu krzywdy nie wyrządziły.

No, trzeba oceniać historię i, oczywiście, jeżeli taka postać, jak Wałęsa dzisiaj jest w środku dyskursu czy sporu politycznego, to będzie wywoływał spory polityczne. Ale Wałęsa jest też postacią historyczną, nikt mu tego nie odbiera, ale jako postać historyczna musi liczyć się z tym, że tak jak Józef Piłsudski czy Roman Dmowski są oceniani przez historyków poprzez prace naukowe, tak samo on będzie opisywany, a że bardzo nieporadnie się broni, ja powiedziałbym nawet, że o nie że małości Wałęsy świadczy to, w jaki sposób on do własnej biografii podszedł, jeżeli nie potrafi uczciwie spojrzeć swoim kolegom z opozycji w oczy i przyznać się do tego, że jako młody robotnik, który trafił na Wybrzeże, został złamany, wszystko na to wskazuje w świetle tej publikacji został złamany, ale później się z tej współpracy wyrwał, oczyścił i rzeczywiście stanął na wysokości zadania na początku lat 80. A to wszystko, z czym mamy dzisiaj do czynienia, jest niejednokrotnie... trąci o taką postawę, powiedziałbym nawet, kabotyńską.

G.Ś.: Czy Instytut Pamięci Narodowej prowadzi grę polityczną, a ustawa o Instytucie powinna zostać zmieniona, jak twierdzą niektórzy politycy Platformy Obywatelskiej, ale także PSL–u?

J.B.: No właśnie, tu historia jest naprawdę znakomitą nauczycielką życia, żebyśmy sięgnęli pamięcią do początku lat 90., do 4 czerwca i przypomnieli sobie chociażby znakomity film mojego znakomitego kolegi Jacka Kurskiego „Nocna zmiana”, to byśmy zobaczyli wtedy obecnego dzisiaj premiera Donalda Tuska, który mówi: „Panowie, policzmy głosy”. Liczył wtedy głosy potrzebne do...

G.Ś.: Ale premier teraz nie jest akurat zwolennikiem zmiany...

J.B.: Dzisiaj Donald Tusk stoi na czele partii politycznej, która zapowiada, że wspólnie z PSL–em i wspólnie z postkomunistami, z postkomunistyczną lewicą – Sojuszem Lewicy Demokratycznej – będą likwidować Instytut Pamięci Narodowej tylko i wyłącznie dlatego, że tenże Instytut ośmielił się podjąć pracę naukową, ośmielił się podjąć badania nad najnowszą historią Polski. Mamy do czynienia...

G.Ś.: Panie pośle, musimy być skrupulatni – to jednak nie PO zapowiada, tylko niektórzy politycy PO, to znaczy Donald Tusk twierdzi, że... przynajmniej tak mówił Jarosław Gowin w tym studiu, że ta ustawa nie powinna być zmieniona, natomiast rzeczywiście część polityków Platformy Obywatelskiej twierdzi, że – jak rozumiem – Instytut powinien być jakoś ograniczony w swoim działaniu czy wręcz zlikwidowany. Tak że jest jakaś niekonsekwencja w tym.

J.B.: Jest niekonsekwencja, ale przyzna pan, ze strony polityków Platformy Obywatelskiej, bo sobie bardzo dobrze przypominam na początku tej kadencji te wszystkie pogróżki, jakie z ust pana premiera Donalda Tuska pod adresem IPN–u i pracowników, tych, którzy pracowali nad tą książką, padały. Przecież były już takie zawoalowane groźby, że jeżeli ta książka się ukaże, jeżeli ktokolwiek ośmieli się pisać o najnowszej historii Polski (mówił to przecież było nie było historyk, pan premier Donald Tusk jest przecież z wykształcenia historykiem), to naprawdę wprowadzanie IPN–u, instytucji, która robi bardzo wiele dobrego dla odkłamania naszej historii, wprowadzając do takiego bieżącego dyskursu politycznego, no, jest czymś skrajnie niebezpiecznym dla demokracji, dla jakości życia i w końcu dla pewnego ładu moralnego w pamięci historycznej. I jeżeli dzisiaj czołowi politycy, bo to nie jacyś podrzędni politycy, tylko czołowi politycy z kierownictwa klubu zapowiadają prace, które de facto mają prowadzić do likwidacji IPN–u, a zwracam uwagę wszystkich radiosłuchaczy, że Platforma Obywatelska w ostatniej kampanii wyborczej była o niebo bardziej radykalniejsza od Prawa i Sprawiedliwości w tych swoich zapowiedziach lustracyjnych i w tym, czym IPN powinien być, tylko że bardzo wybiórczo traktują, jeżeli pan Leon Kieres, którzy dzisiaj jest wynoszony pod niebiosa, poprzedni szef IPN–u, bez żadnych publikacji naukowych na konferencjach prasowych mówił: „ten i ten kapłan był tajnym współpracownikiem”, wtedy jakoś nie było wielkiego oburzenia. Dzisiaj, kiedy pojawiła się udokumentowana, rzetelna publikacja naukowa, podnosi się krzyk, są  podejmowane działania, które mają de facto na celu likwidację tego Instytutu.

G.Ś.: SLD (zmieńmy temat) zapowiada debatę o drożyźnie w Sejmie, chce nawet blokować mównicę, użyć wszelkich środków, aby do takiej debaty doszło. To dobry pomysł?

J.B.: No, dzisiaj w polskim Sejmie zabrakło Samoobrony i Bogu dzięki, więc wszystko na to wskazuje, że w buty Samoobrony chce wejść Sojusz Lewicy Demokratycznej. Sam fakt, że lewica chce rozmawiać na temat sytuacji najuboższych byłoby czymś bardzo dobrym, szczególnie po tych wszystkich idiotycznych (przepraszam za to mocne określenie) zapowiedziach Grzegorza Napieralskiego, jak to będzie dzisiaj walczył z konkordatem, z Kościołem, z symbolami religijnymi, z krzyżem w polskim Sejmie, więc jeżeli lewica wróciłaby do istoty swojego programu, czyli do walki o najuboższych, byłoby to czymś niewątpliwie dobrym. Natomiast zapowiedź destabilizacji prac parlamentu, blokowania mównicy jest czymś, co może nasuwać skojarzenie z Andrzejem Lepperem.

G.Ś.: Dziękuję bardzo za rozmowę. Moim gościem był Joachim Brudziński.

J.B.: Dziękuję serdecznie.

(J.M.)

Czytaj także

O kolejnych kontrowersjach wokół byłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego

Będzie bywał wszędzie, gdzie go zaprosi Libertas- tak zadeklarował Lech Wałęsa. Gośćmi Pulsu Trójki będą Arkadiusz Rybicki z PO i Jarosław Sellin z "Polski XXI"
Posłuchaj
13'32