Muzyka

A Kroke ciągle w podróży

Ostatnia aktualizacja: 17.04.2017 17:04
„Traveller” to jedenasty już album w dorobku krakowskiego tria Kroke. Krakowski zespół, który zdominował polską scenę muzyki klezmerskiej, nie ma dosyć.
Koncert zespołu Kroke
Koncert zespołu KrokeFoto: W. Kusiński/ PR

Już od ćwierć wieku Kroke czaruje nas bez względu na to, czy odwołuje się jedynie do tych tradycji, czy łączy je z polskim folkiem, jazzem, czy gdy gra choćby ze znanym skrzypkiem Nigelem Kennedym. Zespół ten wciąż potrafi pokazać coś nowego, wciąż potrafi zadziwić, otworzyć nas na jakieś nowe doznanie, sprawić, że nawet siedząc wygodnie w fotelu nagle wybudzimy się z przyjemnego, relaksacyjnego letargu i zakrzykniemy! „Traveller” to album znakomity, album drogi, podróży. album pokazujący przemiany w zespole, a także jego długie dojrzewanie do tego, by dziś - niczym alchemik - łączyć różne proporcje, tak, by stworzyć pożądaną miksturę. Dajmy się otumanić tej muzyce, upić się nią jak mocnym winem – gwarantuję, że po tym doznaniu nie obudzimy się z bólem głowy.

Tak mocno elektronicznych płyt, które szufladkujemy jako jazzowe nie pojawia się w Polsce zbyt wiele. Perkusista Gniewomir Tomczyk i grający na pianista Andrzej Mikulski przedstawiają „Event Horizon” (wyd. SJ Records), krążek który epatuje wręcz słuchacza dubem, ambientem i drum’n’bass i to na tyle mocno, że gdzieś ucieka fakt, że na krążek udało się zaprosić sporo osobistości. Znajdziemy bowiem na nim: Piotra Schmidta, Marka Kądzielę, Macieja Kocińskiego, Mateusza Smoczyńskiego, Krzysię Górniak, Kubę Więcka i Mateusza Damięckiego – tak zacne towarzystwo nie przekłada się jednak w zadowalający sposób na brzmienie krążka. Ale tylko wtedy, jeśli uparcie trzymamy się tego, by zaliczyć go do muzyki improwizowanej. Jeśli bowiem spojrzymy na tę płytę przez pryzmat jego autorów, którzy mocno realizują się w muzyce elektrycznej, to zauważymy, że jest tu dużo energii, ciekawych solówek, a nawet parę zapadających w pamięć melodii. Gniewomir Tomczyk swoją debiutancką płytą wypełnia pewną lukę. I dobrze, choć raczej jazzowych purytanów a nawet mainstreamowców nie przekona.

Kto, jak kto, ale Stanisław Soyka potrafi zaskoczyć. Proszę – właśnie wychodzi jego najnowsza płyta i już sam tytuł ujawnia nam, że spotkamy się z muzyką afrykańską. „Stanisław Soyka & Buba Badjie Kuyateh. Action Direct” to siedem opowieści i jedna ludowa staroafrykańska pieśń. Skrzypce Soyki, rzewne, melodyjne, oddające romantyczną naturę trzymających je artysty i równie ckliwe, przypominające dziecięce czasy dźwięki wydawane przez korę - zachodnioafrykański instrument strunowy szarpany. Stanisław Soyka i Buba Badjie Kuyateh to dwa dalekie od siebie światy – ich opowieści, improwizacje mienią się wieloma barwami – a ich wspólny krążek jest jak księga baśni – jest w niech coś bliskie, drogiego nam, do czego tęsknimy i o co z przyjemnością wspominamy.

pp

Zobacz więcej na temat: MUZYKA Jazz recenzja
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak