Jeszcze 200 lat temu wspólne zamieszkiwanie kilku pokoleń było normą. Warsztat pracy przechodził z ojca na syna. II wojna światowa spowodowała zasadniczą zmianę: trend, by jak najwcześniej zaczynać samodzielne życie. Teraz znów obserwujemy zjawisko, że dorosłe dzieci zostają w domach rodzinnych. Symbolem tzw. modelu włoskiego jest trzydziesto-, czterdziestoletni "synek mamusi". Choć – jak mówi psycholog społeczny, Andrzej Tucholski – równie dobrze może być to "córeczka tatusia".
Kryzys nasila tę tendencję. W tej chwili 22 proc. młodych Europejczyków do 25 roku życia nie ma pracy i nie zanosi się na to, by ją znaleźli. Hiszpanie próbują sobie z tym radzić, ucząc dobrze wykształconych ludzi, mających po kilka fakultetów, prostych, ale rzadkich i poszukiwanych zawodów. Pewną opcją jest też wyjazd do bogatszego kraju. – Moim zdaniem to ostateczność: bez wsparcia rodziny i przyjaciół jest jeszcze trudniej – tłumaczy gość "Czterech pór roku".
Zdaniem Tucholskiego winny jest także system edukacji. – Ja zawsze namawiałem swoich studentów, by jak najdłużej mogą, poświęcali się nauce i opiero po skończeniu szkoły, szukali pracy – tłumaczy. Jednak szkoła powinna przygotowywać nie tylko merytorycznie, ale także biznesowo do funkcjonowania na rynku pracy. Tucholski przyznaje, że absolwenci bywają roszczeniowi, ale nie podziela opinii, że powinni zaczynać od pracy za darmo. – W Stanach Zjednoczonych wymiernikiem jakości kształcenia jest pierwsza pensja absolwenta – tłumaczy. Za solidną wiedzę należy się gratyfikacja.
Rozmawiał Wiesław Molak.
(lu)