Gdzie ci prawdziwi nauczyciele?

Ostatnia aktualizacja: 14.10.2012 07:00
Nauczyciel z powołania, dobry w swoim zawodzie (sztuce!), belfer idealny - co znaczą te postawy? I gdzie są ci, których moglibyśmy tak określić? W Dniu Nauczyciela szukamy mistrzów zza drugiej strony biurka.
Audio
  • 12'44
    "Bieszczadzka lekcja" Anny Marszałek
  • 08'31
    "Powrót do siebie" (fragm.) Macieja Szczawińskiego
  • 02'32
    Stefan Bortnowski o nauczycielu idealnym ("Nauczyciel moich marzeń" Andrzeja Sowy)

Jeśli mieliśmy szczęście natrafić w latach szkolnych na kogoś, kto uczył tak, że 45 minut mijało jak zaczarowane, możemy dziś, na podstawie dobrych wspomnień, spróbować pokusić się o definicję "prawdziwego nauczyciela". Pożądany ideał możemy jednak odtworzyć i metodą negatywną - przypominając sobie największe uczniowskie udręki i ówczesne marzenia, by rzeczywistość odmienić i sprowadzić z jakiegoś nauczycielskiego raju belfra-anioła, który sprostałby naszym oczekiwaniom.  

Co sprzedaje nauczyciel?

Jaki byłby ów model idealny, nauczycielski wzorzec z Sèvres? - Takiego modelu nie ma - stwierdzał krótko w audycji z 1980 roku Stefan Bortnowski - ceniony polonista i metodyk. - Mógłbym zsumować pewne pozytywne cechy, ale z sumowania cech nic nie wyjdzie - mówił, dodając jednak rzecz bardzo istotną: - Trzeba spojrzeć na problem ogólniej i skonstruować jeden wniosek. Dobry nauczyciel to ktoś, co ma... coś do sprzedania. Co miał na myśli ten wieloletni nauczyciel-praktyk i teoretyk? Zapraszamy do wysłuchania całej wypowiedzi dr. Bortnowskiego.

Oni istnieją

Szczęście do dobrego nauczyciela nie jest chyba wcale znowu takie rzadkie. Spotykamy ich przecież. Polonistów wierzących w słowo zdolne ruszyć "bryłę z posad świata"; biologów odsłaniających tajemne światy zielników czy anatomii wszelakiej; fizyków taszczących na każdą lekcję nowe zestawy do piorunujących doświadczeń; matematyków, dzięki którym przedarcie się przez gąszcz cyfr i znaków okazuje się fascynującym wyzwaniem. Utopia? Raczej wyimki z rzeczywistości, która - w różnym stopniu - istnieje w wielu szkołach. Nie można przecież zapominać, że uczenie innych to trudne, częstokroć niewdzięczne zadanie (tak w sensie społecznym - bo prestiż dawno gdzieś uleciał, a zostały ogromne oczekiwania rodziców i uczniów - jak i, choćby, finansowym - mimo że tu zdania są podzielone i nienauczyciele co i rusz krzyczą, że belfer pracuje w przeliczeniu na godziny zbyt mało). Wbrew tym trudnościom jednak dobrzy nauczyciele, jako się rzekło, istnieją. Wystarczy rozejrzeć się wokoło lub... sięgnąć do archiwów Polskiego Radia.

Źr.
Źr. Flickr

 

Warszawianka w Bieszczadach i polonista z Tychów

Początek lat 70. 22-letnia dziewczyna postanawia opuścić stolicę i osiedlić się w jednej z bieszczadzkich wiosek. Zaczyna uczyć tu fizyki i matematyki - w niełatwych warunkach, pokonując wiele trudności (niski poziom dotychczasowego nauczania; dzieci, które nie mają czasu na szkołę, bo trzeba pomagać rodzicom przy gospodarce). Oswaja się również ze specyficznym wiejskim środowiskiem - wszyscy o wszystkich tu wiedzą, a już na pewno o tym, że ich nauczycielka z Warszawy spotyka się z pewnym tutejszym agronomem... Bardzo ją jednak cenią i poważają. Jest dla nich wzorem. A ona sama opowiada o swoim zachwycie nad górami, o pracy z dziećmi i swoich kłopotach rodzinnych, które zostawiła w Warszawie.

O niezwykłej nauczycielce, o jej codzienności, pracy i marzeniach, wysłuchamy w reportażu "Bieszczadzka lekcja".

Druga historia pochodzi z roku 1978. Jej bohaterem jest młody polonista, Andrzej, który  - trochę wbrew sobie - zaczął uczyć w swoich rodzinnych Tychach. - Przyszedłem do szkoły we wrześniu w dżinsach, koszulce, z brodą i z długimi włosami - wspomina ten oryginalny i, co również możemy usłyszeć, bardzo lubiany przez uczniów (zwłaszcza przez zapatrzone w niego dziewczyny...) nauczyciel. Andrzej opowiada o swoich metodach polonistycznej pracy, o wycieczce szkolnej do Warszawy, o grze w piłkę i grze na gitarze.

Filmowe lekcje

Rozglądając się za nauczycielami wyjątkowymi, sięgnijmy na koniec do świata wykreowanego, choć prawdopodobnego. Bogatego materiału ilustrującego temat "belfer prawie doskonały" dostarczają nam bowiem filmy.

Listę pozytywnych przedstawicieli filmowych Ciał Pedagogicznych otwiera zapewne John Keating (Robin Williams) – bohater "Stowarzyszenia umarłych poetów", anglista w konserwatywnej Akademii Weltona. Keating uczy swoich podopiecznych nie tyle literatury, co pewnego podejścia do życia, w którym powinny liczyć się przede wszystkim uczucia i emocje, samodzielność myślenia, odwaga marzeń. Teksty - Horacego, Whitmana czy Thoreau - mają przypominać o tych prostych, a wyrugowanych przez system prawdach.

 
Inni filmowi belfrowie, którym warto by się bliżej przyjrzeć, to choćby przebojowa nauczycielka z żołnierskimi doświadczeniami - LouAnne Johnson z "Młodych gniewnych" (Michelle Pfeiffer), borykający się z własnymi problemami, ale i pomagającym uczniom pan od historii Dan Dunne (Ryan Gosling) ze "Szkolnego chwytu" czy też nieustępliwy, wierzący w moc muzyki Clément Mathieu (Gérard Jugnot) z przejmującego "Pana od muzyki".
 
Domeną "prawdziwych nauczycieli" jest nie tylko upiększona nostalgią przeszłość. Albo powstałe w wyobraźni reżysera filmowe, intrygujące światy. Dobry belfer to nie oksymoron (patrz: lekcje polskiego, środki stylistyczne, "wpłynąłem na suchego przestwór oceanu"), "Dzień świra" to tylko groteskowa hiperbola, a mistrzów szkolnego rzemiosła - lub szkolnej sztuki - jest naprawdę wielu.

(jp)

Artykuł powiązany jest z następującymi archiwalnymi audycjami: "Nauczyciel moich marzeń" Andrzeja Sowy (1980), "Bieszczadzka lekcja" Anny Marszałek (1970) oraz "Powrót do siebie" (fragm.) Macieja Szczawińskiego (1978).

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak