Lekcja kotów

Ostatnia aktualizacja: 13.04.2017 17:50
Wie pan, kiedyś, jak mały byłem, na widok złego psa dziwny ruch prawą dłonią wykonałem, a dziś nie mogę go w sobie odnaleźć – może miałby pan na zbyciu taki gest?
(zdjęcie ilustracyjne)
(zdjęcie ilustracyjne)Foto: GiesseObsession/Shutterstock.com

Człowiek przy krawędzi sceny. Sam. Jego twarz? Powszechna. To wszystko, co mogę o niej powiedzieć. Biała koszula, czarny, miękki garnitur, trochę zbyt obszerny. Mężczyzna? Kobieta? Dziś już nie pamiętam. Człowiek zatem, ktoś na proscenium, figura jak palec wskazujący sufit w pokoju bez mebli, bądź jak kamyk na gigantycznym sosnowym blacie. Bo nikogo obok, a za plecami, po horyzont - pustka bezbłędna, obojętna. Ludzka figura w powietrzu nieruchomym. Drży dyskretnie. W łokciach tej samotności, w jej kolanach, dłoniach, ramionach, szyi, stopach – mikre dygoty, wciąż nowe, dygoty, co nie mogą zlepić się w żadną całość, w jakąś formę spójną, w znak. Bezładna paplanina ruchu chwilę temu obudzonego. Anarchia stu drobnych, połamanych, niedokończonych gestów, co wewnątrz figury rodzą się z szarego obłoku, mętnego niczym sen prześniony, lecz nie zapisany. Z przeszłości? Chyba tak. Z niewyraźnych, bezkształtnych resztek pamięci - kruche tiki przeciskają się uparcie na zewnątrz. Za chwil parę złożą się w kształt jasny, czytelny, lecz na razie są tylko rozsypanym początkiem seansu, jedynie migotaniem niepojętych, samowolnych hieroglifów.

Kiedy to było? W roku 2000. Na Krakowską Wiosnę Baletową przyjechał do Krakowa z Izraela teatr Batsheva Dance Company. Anarchia drobnych gestów człowieka w czarnym garniturze. W prologu opowieści – ten dygot bezładny. Dyskretny dygot kamyka na macewie. Tym obrazem Ohad Naharin rozpoczął seans "Deca Dance". A dziś w kinach film Tomera Heymanna "Mr. Gaga". Eseistyczna impresja o Naharinie, już 64 letniej postaci klasy Giorgio Strehlera, Tadeusza Kantora, Piny Bausch i kilku, ale rzeczywiście zaledwie kilku porównywalnych figur. Rzecz o Naharina życiu, które było szukaniem pestki teatru.

Oczywiście, opowieść Heymanna to fragmenty starych taśm filmowych, obrazki z prób i spektakli, wspomnienia Naharina, słowa, wiele słów wielu artystów o nim, i początki jego tańczenia, gwałtowne lata w nowojorskiej Juilliard School i w The School of American Ballet, dalej - powrót do Izraela i objęcie legendarnego teatru Batsheva Dance Company, wreszcie pestka - próba jej złowienia - tytułowa Gaga, stworzona przez Naharina forma ruchu, który zaczyna się zawsze gdzieś w środku, w szarym, mętnym obłoku. W filmie Heymanna wszystkie te ingrediencje pulsują niepokojąco, szukają się wzajem, pragnąc odnaleźć kształt, całość, całkiem jak kruche dygoty człowieka w prologu „Deca Dance”. Ale na początku jest, jak Pan Bóg przykazał – początek. Jest Naharina pamięć o jego źródłach.

Kibuc Mizra, tu przyszedł na świat. Zwierzęta wszędzie, kury, konie, krowy, węże, koty i psy - zwierzęta i ich ruchy, gesty, tiki, zawsze wychodzące ze środka. Te zwierząt "tańce" zawsze hipnotycznie naturalne, nie podszyte żadną strategią, żadną kunktatorską dbałością o efekt, "tańce" nieuchronnie samotne, jakby na proscenium, w pustce zupełnej, "tańce" w istocie wobec nikogo, choć przecież ktoś tam jest i patrzy. Rzeczywiście – dzieci patrzyły. Mrowie ich było, ganiających nago, bo dni często upalne. Nago, więc skóra często na glinie lub trawie, i powietrze od razu na ciele. Wśród dzieci – brat Naharina. Chłopiec zasklepiony, zamknięty, jedynie w sobie myślami wędrujący po ścieżkach dla nikogo z zewnątrz niepojętych. I tylko kiedy mama wykonywała przed nim kilka tanecznych gestów – otwierał się chłopczyk na mgnienie. Naharin mówi o tym tak, jakby mówił o źródłach swojej sztuki. Bo on też tańczył przed bratem. Snuł przed nim monologi gestów, aby brat choć na chwilę wszedł w realność... A jeśli naprawdę nie było tak? Co wtedy? Nic. Pod koniec filmu Naharin wyzna, że nie było brata, więc i autyzmu, ani pląsów kojących autyzm. Zmyślił to. Fikcję stworzył, by dotknąć sedna swojej sztuki. Kłamał, aby być szczerym. Jakbym słyszał Oskara Wilde’a: "Dajcie mu maskę, a powie wam prawdę!"

Wielkie odległości pokonuje Heymann w ułamku sekundy, przeskakując w filmie swym z kadru w kadr, z sekwencji w sekwencję, albo ze wspomnienia we wspomnienie. Skoczę więc i ja. Gdyby na pchlim targu, na straganach ze starociami, pomiędzy guzikami od żołnierskich mundurów z Powstania Listopadowego, łuskami spod Lenino, torbami listonoszy Księstwa Warszawskiego, pocztowymi znaczkami czasów Franciszka Józefa, zetlałymi fotografiami Paryża w XIX wieku i setkami innych resztek czasów przeszłych – leżały też samotne gesty, dawno temu wykonane przez kogoś nieznanego, stare tiki na taką lub inną emocjonalną okazję? Co wtedy? Można by poszukać tego, czego brakuje, czego nie sposób samemu odtworzyć. Można by zagadnąć kolekcjonera resztek: Czy ma pan może...?

Wie pan, kiedyś, jak mały byłem, na widok złego psa dziwny ruch prawą dłonią wykonałem, a dziś nie mogę go w sobie odnaleźć – może miałby pan na zbyciu taki gest? Przepraszam, potrzebuję bolesnego skulenia ramion na widok nagle zmarłej matki. Od miesięcy szukam gestu rozczarowania synem. Lata temu zgubiłem tik kątów warg, wyrażający radość na kanwie wielkiej miłości – poratowałby pan?... I jeszcze jeden mój skok, dużo większy, karkołomny.

Drogi panie, kiedyś widziałem wielkie usta szalonej staruchy, kręcącej się niby bąk i recytującej na pustkowiu zdania zdumiewające, poszatkowane, niepokojąco niespójne, później zobaczyłem na pełnym cieni obrazie Caravaggia jasne, lekko rozchylone, zamarłe wargi Jana Chrzciciela, czekającego na ścięcie, a w Maroku – siedzącą przy drodze kobietę okutaną czarną galabiją z kapturem, kobietę, która wciąż na nowo się zrywała, patrzyła w dal i wpierw podnosiła, a później opuszczała ramiona w geście przestrogi, a zarazem bezradnego współczucia. Chętnie kupię trzy te ruchy, ale żeby tkwiły one w jednym. Da się? Na co kolekcjoner resztek wręcza ci sztukę Samuela Becketta „Nie ja” - monolog samych warg, zawieszonych w ciemności wysoko nad ziemią, ciskających swą poszatkowaną opowieść w powietrze nad stojącą w dole postacią w czarnej szacie z kapturem. Sprzedaje ci opowieść, u zarania której była Becketta pamięć o samotnych monologach oszalałej staruchy na pustych łąkach Irlandii, o samotnych ustach na obrazie Caravaggia, o samotnym geście Marokanki, przy drodze czekającej na kogoś, z resztką nadziei wypatrującej kogoś, albo już nikogo. Kolekcjoner resztek po czasie przeszłym, dokonanym, oferuje ci sceniczną opowieść, która wyszła z szarego, mętnego obłoku.

Monolog warg u Becketta, gesty ust, w ciemności snujących sobie opowieść wysoko nad ziemią. W seansach Naharina opowieść snują monologujące gesty. Aktorzy jego w istocie tańczą do siebie, tak jak bywa, że człowiek mówi do siebie. Nawet kiedy jest ich na scenie wielu, aktor każdy tańczy w istocie do siebie, a w efekcie lepią tak z gestów, niczym Antoni Czechow ze słów w swych opowieściach teatralnych, portret zapętlających się, zawsze samotnych monologów. Nigdy też nie chodzi o to, by szukany ruch był dekoracyjny. Chodzi o to, żeby był nieuchronny, żeby stał się gestem-kluczem, tikiem-zaklęciem, otwierającym furtkę wiodącą z szarego, mętnego obłoku, który jest pamięcią lub snem – na zewnątrz. Zapytany, czy koniecznie trzeba się ruszać, żeby tańczyć, Naharin odpowiada bez cienia wahania. "Nie". I dodaje: "Tańczysz, kiedy słuchasz ciała, zanim każesz wykonać mu jakiś ruch". I zamyka odpowiedź: "Taniec wykonujesz w samotności, w bezruchu, obserwując jak niepojęta energia przepływa przez ciało".

Czy widział ktoś kota, którego ruch nie byłby w idealnej zgodzie z jego kocim odczuwaniem świata? Widział ktoś kota, co łapę swą lizałby z niepotrzebną gwałtownością, wyczyniając pyskiem i językiem jakieś barokowe, operetkowe cuda, jakieś ułańskie esy floresy? Czy widział ktoś kota, którego dowolny tik nie kreśliłby w powietrzu linii doskonale czystej, linii, której nie sposób niczym uzupełnić, ulepszyć, którą strach czymkolwiek dekorować? W dzieciństwie Naharin uważnie przeczytał opowieści krów, koni, psów i węży. Dobrze pojął lekcję kotów z Kibucu Mizra. Grubo później odnajdzie pestkę teatru. Czystość i pamięć. Znajdzie formę Gaga. Czysty gest z pamięci, ze snu. Co wtedy?

W finale filmu Heymanna, po turlającym się, może z boku na bok przewracającym się we śnie aktorze – biały gryzoń, chomik lub szczur bez ogona, niespiesznie wędruje bezbłędnie wytyczoną przez siebie ścieżką. I wtedy wraca stary niepokój Samuela Taylora Colerige’a.

"Jeśliby człowiek przechodził we śnie przez Raj i dano by mu kwiat na dowód, że tam był, i gdyby obudziwszy się, znalazł kwiat ten w swojej dłoni – ach, co wtedy?"

Wtedy jest teatr.


Zobacz więcej na temat: felieton Paweł Głowacki
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Ciężki los normalności

Ostatnia aktualizacja: 30.03.2017 16:00
Niech brednia scenicznych rumowisk nie usprawiedliwia bombastycznego piania nad sceniczną czystością, która niczym innym przecież nie jest, jeno abecadłem i psim obowiązkiem ludzi publicznie snujących opowieści. 
rozwiń zwiń

Czytaj także

Pociąg do końca

Ostatnia aktualizacja: 07.04.2017 18:28
Zostaje w zawrotnym labiryncie wagonów jakby z popiołu, kolebiących się tam i z powrotem pomiędzy rzeczywistością a zmyśleniem. Teraz to on jest wiecznym konduktorem. Ma zapewne całkiem białe oczy.
rozwiń zwiń