Sypka biała nitka

Ostatnia aktualizacja: 16.06.2017 16:01
I bawią się tak słowa Miłosza przez godzinę, może trochę dłużej. Tak jak mówi się o czymś – tak one bawią się o miłości, o wielu jej, w ostatecznym rachunku nigdy jedynie pastelowych, ciepluchnych wcieleniach.
Czesław Miłosz, 2004 r.
Czesław Miłosz, 2004 r. Foto: TVP/PAP/Ryszard Kornecki

Słowa nigdy nie odpowiadają doskonale przedmiotom, chyba że – jak w przypadku terminologii naukowej – najpierw się je zabije. Stąd ten dziwny żywot słów w rękach tych, którzy tak bardzo kochają życie we wszystkich jego przejawach, że nie zabiją nawet słowa najbardziej kruchego, ale pozwalają mu się bawić – tacy są poeci.
Edward Thomas

Dzień po Festiwalu Miłosza, kiedy na dnie Krakowa zamilkły już wszystkie sympozja, trzeba było spiralnymi schodami wspiąć się powoli na ostatnie piętro stuletniej kamienicy przy ul. Krakowskiej 41. Trochę dziwne, a może właśnie zupełnie naturalne - z każdym stopniem stawało się jakby ciszej, albo raczej czyściej, tak, czyściej stawało się wśród brzmień, choć przecież mówiło się nie mniej niż na ulicy. Przypomniał się epilog starej filmowej opowieści Wojciecha Marczewskiego „Ucieczka z kina Wolność” – ludzie zamarli na dachach, trochę mgły sennej, wielka ulga ciszy wysoko nad nielotnym buczeniem w dole. I dało się wyczuć, że seans „Po wygnaniu” - przez Tomasza Cyza na finał festiwalu Miłosza ułożony z tekstów Miłosza - już trwa, że zaczął się od tego powolnego marszu po spiralnych kamieniach. A moment później – szukanie swego krzesła na widowni i przez ogromne, niezasłonięte okna z tyłu sceny Teatru Nowego Proxima długie patrzenie na krajobraz dachów miasta po drugiej stronie Krakowskiej, na ten nieruchomy, geometryczny spokój aż po horyzont. Pomiędzy oknami a widownią – prawi nic.

W wiekowych, teatralnych fotelach nie z teraźniejszej epoki, których już chyba na żadnej widowni się nie spotka, w fotelach z solidnego, ciemnego drewna, obitych bordowym, spłowiałym pluszem i trzaskających sucho, pamiętliwie, kiedy z nich wstać – doskonale nieruchomi aktorzy, cali w czerniach i szarościach. Dojrzały Pan (Wojciech Skibiński), Młodzieniec (Michał Surówka), Dziewczyna (Natalia Hodurek), Pani O Nagich Nogach (Paulina Puślednik), Pierwsza Dojrzała Kobieta (Iwona Budner), Druga Dojrzała Kobieta (Aldona Grochal). Tak ich nazywam, bezimiennymi imionami, bo tutaj nie ma, nie będzie postaci, stamtąd, z dołu, z dna, z ulicy wyjętych, ani konkretnych losów, ani fabuły, ani kulminacji. Nie będzie opowieści, którą streścić można, punktując jej przesłanie, morał, naukę. Będzie tylko seans słów Miłosza, bawiących się sobą i z sobą nad beczącym dnem, na wysokości spokojnych dachów miasta. Oni więc. One - sześć widm o imionach bezimiennych. W programie stoi jeszcze napisane: Jerzy Trela. Lecz jego nie ma. Została tylko wyświetlana na ścianie ogromna podobizna jego twarzy, znikająca, by po chwili znów się pojawić. Na samym końcu, po godzinie, wybrzmi głos Treli, a w głosie – słowa Miłosza, jedna z wielu Miłosza intonacji pożegnania, ale to na końcu. Teraz jest cisza. Długie, cierpliwe czekanie znieruchomiałych widm na chwilę, kiedy będzie można czysto ruszyć ręką, głową, i czysto powiedzieć pierwsze słowo, biorąc z parapetu jedną z marniejących drobin, albo tylko dotykając którąś z nich, albo budząc białą suknię, leżącą na pianinie z boku sceny, albo ożywiając stojącą przy pianinie gitarę.

Te drobiny na parapetach - żałośnie ich mało. Lecz nie trzeba więcej. Do odpominania niegdysiejszych smaków wystarczy mało, choćby ciastko maczane w herbacie. Zatem - cymbałki dziecięce. Pani O Nagich Nogach wystuka z nich pałeczkami kilka dźwięków – początek lub koniec sunącej skądś muzycznej frazy Pawła Mykietyna. Niska szklanka z resztką koniaku na dnie. Niczym szklany instrumentalista, który na krakowskim Rynku, krążąc palcami po krawędziach w różnym stopniu napełnionych kieliszków, wygrywa całe uwertury – Pierwsza Dojrzała Kobieta, pozwalając Miłosza słowom o nieuchronnym wystyganiu dotyku bawić się, dobędzie ze szklanki z koniakiem ciemny refren, przeznaczony dla Dojrzałego Pana, który chyba jeszcze ufa, że koniec można odwlec. Nie można. Kostka Rubika. Dziewczyna będzie ją układać, marząc o czymś nie w pełni pensjonarskim. Stadko ptaszków z papieru w pocieszających kolorach, stadko japońskich żurawi, co zwiastują rychłe nadejście szczęścia w życiu. Widma, każde w swojej chwili nadziei skazanej na fiasko, będą się im przyglądać z ukrywaną chciwością. Dziewczyna, grająca na pianinie, i grający na gitarze Dojrzały Pan, przez moment towarzyszyć będą Mykietynowi. Później, albo trochę wcześniej, kiedy Druga Dojrzała Kobieta przyłoży do ciała białą suknię, Dojrzały Pan powie dla niej, do niej, „Orfeusza i Eurydykę”, pozwoli bawić się tym czarnym, doskonałym słowom Miłosza, które przyszły do niego po śmierci kobiety najbliższej. Korale. Pęknie nitka w palcach któregoś widma, rozsypią się groszki, na amen, nieodwracalnie. Wreszcie to, co jest ulotne prawie doskonale – kikut białej kredy. Pani O Nagich Nogach położy się i niespiesznie obrysuje swe ciało kredą. I tylko to zostanie po niej – sypka biała nitka na ziemi. A wcześniej, bądź może później trochę, pozwoli igrać słowom wiersza „TO”, słowom, co próbują złowić sedno, dotąd omijane. Czy da się o istocie powiedzieć coś więcej niż jedynie tautologię: to jest to?
TO jest podobne do myśli bezdomnego,
kiedy idzie po mroźnym, obcym mieście.
I podobne do chwili, kiedy osaczony Żyd
widzi zbliżające się ciężkie kaski niemieckich żandarmów.
TO jest jak kiedy syn króla wybiera się na miasto
i widzi świat prawdziwy: nędzę, chorobę, starzenie się i śmierć.
TO może też być porównane do nieruchomej twarzy kogoś,
kto pojął, że został opuszczony na zawsze.
Albo do słów lekarza o nie dającym się odwrócić wyroku.
Ponieważ TO oznacza natknięcie się na kamienny mur,
i zrozumienie, że ten mur nie ustąpi żadnym naszym błaganiom.
Czymże są te frazy jak nie doklejaniem do liter „TO” iście teatralnych obrazów, scen czystych, zrobionych ze słów dobranych bezbłędnie? Czymże są, jeśli nie tańcem metafor, które można na scenie ucieleśnić? Owszem, można. Lecz można też – jak Cyz – tańczącym, bawiącym się słowom pozwolić pląsać i igrać samodzielnie, w pustce wysoko nad bełkotliwym dnem, przy dyskretnej, taktownej pomocy spokojnych dachów miasta za oknami, papierowych żurawi, nitki korali, kawałka białej kredy, szklanki z resztką koniaku, cymbałków dziecięcych, kostki Rubika, pianina, gitary, białej sukni, podobizny starej twarzy na ścianie i sześciu widm o bezimiennych imionach.

I bawią się tak słowa Miłosza przez godzinę, może trochę dłużej. Tak jak mówi się o czymś – tak one bawią się o miłości, o wielu jej, w ostatecznym rachunku nigdy jedynie pastelowych, ciepluchnych wcieleniach. Bawią się o wystygających namiętnościach, parciejącym dotyku, nieuchronnych niespełnieniach, utratach, których nie dało się powstrzymać. Bawią się o ciemności. A kiedy skończy się doskonale czysty, doskonale ciemny pląs, trzeba po spiralnych kamieniach wrócić na dół. Tak. Tego jednak nie warto opisywać.

Paweł Głowacki


Zobacz więcej na temat: Czesław Miłosz Kraków
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Pierwszy elektryczny tramwaj 

Ostatnia aktualizacja: 18.05.2017 20:05
Ile jest rzędów w teatrze? Ile jest rzędów w każdym kolejnym dniu? Wystarczająco wiele, by jako tako dociągnąć do własnego końca, mozolnie powtarzając „Z pani to taki kozaczek...” i bezradnie przyjmując widok pleców jako odpowiedź.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Baba Bach

Ostatnia aktualizacja: 26.05.2017 16:24
Niewykluczone, że kiedy nowa władza w osobie Marka Mikosa pojawi się po wakacjach w Starym Teatrze, trzymająca w dłoniach kolorowe balony reprezentacja rycerzy starej władzy przyjmie Mikosa słowami: "Witaj nam, Bachu złamany!"
rozwiń zwiń

Czytaj także

Kilka małych samotności

Ostatnia aktualizacja: 02.06.2017 15:35
Kredowe sypkie widma trwały tak sobie na płaskim próchnie dzień cały. A o zmierzchu przyszedł uporczywy deszcz i wiatr potężny. Lało do świtu, zacinając.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Tu kiedyś była Wenecja

Ostatnia aktualizacja: 09.06.2017 14:49
Idzie na scenę, by pokazać swą aktorską maestrię. I gra, w istocie nie grając, gra poniekąd, bo trzeba mu czekać.
rozwiń zwiń