X
Aby nas słuchać lub oglądać potrzebujesz najnowszego Adobe Flash Player | Pobierz Flash
POLSKIE RADIO - HISTORIE DOBRZE OPOWIADANE OD 90 LAT
Trójka

Jasiek Mela: "niemożliwe" nie istnieje

01.06.2012
Jan Mela podczas wyprawy - El Capitan (28.09-10.10.2010)
Jan Mela podczas wyprawy - El Capitan (28.09-10.10.2010) Foto: Serwis fotograficzny Fundacji POZA HORYZONTY/ Weronika Gurdek
- Nie czuję się bohaterem, ale zdaję sobie sprawę, że wzorem może być ktoś zupełnie zwykły. Mamy w sobie piękno, które nie jest zależne od tego jak wyglądamy, czy jesteśmy zdrowi czy chorzy, tylko od tego, co mamy w głowie, a o tym decydujemy zazwyczaj sami - przekonuje w Trójce Jasiek Mela.
Posłuchaj
40'35 "Godzina prawdy" - 1 czerwca 2012
Jasiek Mela: Wszystko dzieje się po coś
Jasiek Mela: Wszystko dzieje się po coś

Mimo krótkiego jeszcze życia przeżył bardzo dużo. Kiedy był mały spłonął jego rodzinny dom, potem utopił się młodszy brat. Po tym wszystkim wydawało się, że już nic złego nie może się stać. Jednak w 2002 roku miał wypadek, który na zawsze zmienił jego życie. Chcą schować się przed deszczem wszedł do stacji transformatorowej. Tam poraził go prąd. Lekarze twierdzili, że nie ma szans na przeżycie. Jednak przeżył, ale stracił rękę i nogę. Mimo tego, razem z Markiem Kamińskim w ciągu jednego roku zdobył dwa bieguny. Potem wspinał się na Elbrus i Kilimandżaro.

- Od wypraw minęło już 8 lat i trzeba iść do przodu. Jeżdżę po szkołach, spotykam się z młodymi ludźmi po to, żeby motywować ich do działania, do niepoddawania się - opowiada Michałowi Olszańskiemu i przekonuje, że spotkania motywacyjne są także po to, by zawstydzić ludzi, pokazać: "zobaczcie, wy macie dwie ręce, dwie nogi, komplet organów w środku i wam się czasami nie chce, wątpicie w siebie. Popatrzcie na mnie i na to co robię. A dlaczego robię? Bo mi się chce. Bo wierzę w siebie”.

- Trzynastka ma w moim życiu przewrotne znaczenie. To wiek, w którym uległem wypadkowi, moment, który bardzo odmienił moje życie na stałe, ale moment, który na początku bardzo wiele mi odebrał, ale po dziś dzień przynosi niesamowite owoce - wyjaśnia Jasiek Mela. Z przekonaniem mówi, że gdyby nie wypadek, byłby innym człowiekiem, nie spotkałby Marka Kamińskiego, nie poznałby Anny Dymnej. - Wierzę, że nie ma złych doświadczeń, są tylko bardzo trudne,  ale jeżeli potrafimy na nie spojrzeć sensownie, to możemy się na nich bardzo wiele nauczyć.

Dziś studiuje psychologię i prowadzi własną fundację "Poza horyzonty", której celem jest pomoc osobom po amputacjach w zakupie protez, ale też wciąganie ludzi w aktywne życie. Przekonuje innych, jak kiedyś jego przekonywał Marek Kamiński, że o marzenia także trzeba zawalczyć. - Jestem niepełnosprawny i nie wstydzę się tego. Taki już zostanę, to mam za sobą i to jest ok. Nie jestem kaleką i kaleką nigdy nie będę. Ograniczenia umysłu usuwam cały czas, "niemożliwe" nie istnieje i staram się cały czas to udowadniać - mówi w Trójce Jan Mela.

Jak pielęgnować w sobie dziecko, cieszyć się życiem i mieć w życiu coś takiego jak „margines kosmiczności”, zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy w ostatniej przed wakacjami "Godzinie prawdy – 1 czerwca 2012".

(ed)

Zobacz więcej na temat: Anna Dymna dzieci owoce

Czytaj także

Poruszające wyznanie wdowy po himalaiście

28.04.2012
Olga Morawska
Olga MorawskaFoto: fot. Anna Bedyńska
Olga Morawska (wdowa po Piotrze Morawskim): Jego śmierć to nie powód, żebym zmarnowała swoje życie. Ono toczy się dalej. To była tylko pauza...
Posłuchaj
40'42 "Godzina prawdy" 27.04.2012

Olga Morawska poznała Piotra na studiach. Razem jeździli po świecie i uprawiali sport. Oboje kochali góry. Ale dla Piotra szybko stały się one nie tylko hobby, ale także sposobem na życie. Zaczął zdobywać ośmiotysięczniki, osiągał coraz większe sukcesy. W kwietniu 2009 roku podczas jednej z wypraw himalajskich spadł w 25-metrową szczelinę...

Nie zdołano go uratować. Olga została sama z dwójką małych dzieci, jednak udało jej się wszystkopoukładać. Jednym z jej projektów jest fundacja "Nagle sami" pomagająca udziom, którzy nagle stracili bliskich. W Trójkowej "Godzinie prawdy” opowedziała o tym, jak podniosła się po stracie męża.

Olga Morawska wyznała, że najgorsze w żałobie jest poczucie, że nie ma kogo kochać. - To koszmarne, dojmujące poczucie, że już się nigdy nie porozmawia, że nie ma na kogo czekać – mówiła. Dodała, że osobiście zna wielu ludzi, którzy po śmierci kogoś bliskiego się rozsypali, nie byli w stanie znaleźć ani motywacji, ani sensu dalszego życia.  

Ją samą ochronił przed apatią fakt, że miała małe dzieci, którymi musiała się zająć. Pomogli także spotkani po drodze ludzie, którzy uświadomili jej, że nie może się poddać. Najbardziej w pamięci zapadły Oldze Morawskiej słowa dwóch Nepalczyków. -  Powiedzieli: "Olgo, to, że Piotrek nie żyje, nie jest żadnym wytłumaczeniem dla tego, żebyś teraz ty zmarnowała swoje życie”. I ja się tego złapałam. Moje życie toczy się dalej, choćby się wydawało, że wszystko się zatrzymało. Ale to była tylko pauza - wspominała.

Bohaterka "Godziny prawdy" postanowiła, że mimo dramatycznej historii, która spotkała jej rodzinę, nie będzie rozczulać się nad sobą, zacznie działać. Oczywiście nie było to proste. -  Łatwo mówić: "przestań myśleć, nie zastanawiaj się”. Tak naprawdę to zawsze wraca, jak natręctwo; od tego nie można się uwolnić tak łatwo  – opowiadała o tęsknocie za zmarłym mężem.

Wdowa po Piotrze Morawskim  podkreśliła, że gdyby przewidziała śmierć męża, to bardziej doceniałaby każdy dzień z nim spędzony.  – Jak mamy ciężkie doświadczenia, jak nas życie dobrze poturbuje, to wtedy zaczynamy je doceniać – podsumowała.

Na "Godzinę prawdy" zapraszamy do Trójki w piątki o godz. 12.05.

(pg)

Zobacz więcej na temat: dzieci toczeń

Czytaj także

Z kopalni na krańce świata

14.05.2012
Z kopalni na krańce świata
Foto: Glow Images
- W kopalni się realizowałem. Byłem szczęśliwym człowiekiem. Nagle wypadek i budzę się w szpitalu. Do pracy już nie mogłem wrócić - opowiada Mieczysław Bieniek Hajer, który nagle odkrył, że jego powołaniem jest zwiedzanie świata.
Posłuchaj
39'38 "Godzina prawdy"

Urodził się i wychował na Śląsku w górniczej rodzinie. Przez lata pracował w kopalni jako górnik strzałowy. Po wypadku musiał przejść na rentę i miał mnóstwo wolnego czasu. Kiedyś, idąc koło biura podróży, zauważył promocję biletów lotniczych do Indii. Bez wahania kupił jeden, wziął plecak i bez planów, ani znajomości języka wsiadł do samolotu. Żonę, o tym gdzie jest, poinformował po dwóch tygodniach. W Indiach spędził sześć miesięcy, przeżywając niesamowite historie. Kiedy wrócił do domu wiedział, że dużo czasu w nim nie spędzi. Tak zaczął zwiedzać świat "na wariackich papierach”.
Gdy skończyły się pieniądze, przypomniał sobie o "Książeczkach Autostopu" i pomysł na tanie podróżowanie był gotowy - Mieczysław Bieniek Hajer stanął w Katowicach z napisem "Iran", podobnie dotarł do Azerbejdżanu, a w 2006 roku odwiedził Papuę Nową Gwineę. Z każdym nowym miejscem rósł apetyt na dalsze wyprawy. Aż zamknęły się w jednym marzeniu.

I znów Katowice, autostop. Tym razem napis: "Dalajlama, Indie”. Po kilku miesiącach dotarł do duchowego przywódcy Tybetańczyków. Całą podróż udało mu się zamknąć w tysiącu dolarów. Dziś przekonuje, że choć pieniądze są podstawą, to nie są w podróżowaniu najistotniejsze. - To poznawanie siebie. Dla tych pięknych chwil podróży warto żyć, warto poznawać inny świat i innych ludzi - mówi gość Michała Olszańskiego w "Godzinie prawdy" w Trójce.

Aby się utrzymać pracował m.in. przy budowie krematorium w Singapurze, był rybakiem w Indonezji. Teraz planuje podróż do Rosji, wysłał już list do Putina z prośbą o spotkanie. - Z marzeń się składa świat. W tym roku będzie Rosja. Moją Afrykę zwiedzaną na rowerze odstawiam na następny rok - zapowiada Hajer.

 

(ed)

Czytaj także

W służbie trędowatym

19.05.2012
Dr Helena Pyz, Jeevodaya, Indie
Dr Helena Pyz, Jeevodaya, Indie Foto: fot. Adam Rostkowski
- W Indiach osoby dotknięte trądem żyjąc są pozbawione prawa do życia. Podobnie ich dzieci, bo w sensie społecznym trąd dotyka nie jednego człowieka, ale całą rodzinę. Praca wśród nich to nie poświęcenie, to bycie razem i miłość - w Trójce opowiadała dr Helena Pyz.
Posłuchaj
43'19 Dr Helena Pyz w "Godzinie prawdy" - 18 maja 2012

Od 23 lat doktor Helena Pyz pracuje w Indiach wśród osób dotkniętych trądem. - To nie był mój pomysł, po prostu wybierałam spośród niespodzianek, jakie niosło mi życie - wyznała z uśmiechem w rozmowie z Michałem Olszańskim. Jedną z takich niespodzianek było spotkanie z pewnym pallotynem, który na imieninach wspólnej koleżanki. Z tego dnia dr Pyz pamięta tylko zdanie, że gdy umrze ksiądz i lekarz, założyciel ośrodka misyjnego w Indiach, kilkanaście tysięcy trędowatych zostanie bez opieki.

- To było dla mnie bezpośrednie wezwanie od Pana Boga. Nic nie wiedziałam o trądzie, nie znałam języka, chciałam tylko zastąpić chorego lekarza - wspomina. Po przyjeździe do Jeevodaya (tł. z sanskrytu - Świt Życia) w 1989 roku – mimo trudności materialnych i klimatycznych wiedziała, że jest to miejsce wskazane jej przez Boga.

- Mitem jest, że chorych na trąd nie wolno dotykać. Wciąż funkcjonuje, głównie w krajach troszeczkę zacofanych gospodarczo i wśród ludzi słabo edukowanych, postrzeganie chorych na trąd jako osób, które trzeba odrzucić, których należy się bać. Tymczasem trąd jest zwyczajną chorobą infekcyjną, choć widoczne zmiany, do jakich nieleczona prowadzi, budzą grozę - wyjaśniła w "Godzinie prawdy".

Ona sama, przez swoją wieloletnią obecność, stała się dowodem, że można żyć wśród trędowatych i nie zachorować. Dzięki temu od jakiegoś czasu do ośrodka nie obawiają się przychodzić pracownicy z zewnątrz. Po pół roku odpowiedzialność za cały ośrodek spadła na nią. - Wiedziałam, że cokolwiek będzie, cokolwiek zrobię, to jest dla tych ludzi, to jest jakaś służba i jeżeli chcą mnie tam mieć, to będę starała się tam być. I tak jestem do dziś.

W Jeevodaya funkcjonuje szkoła dla dzieci osób trędowatych, które nie mają prawa do szkół publicznych. W czasie wakacji wracają do rodziców, którzy mieszkają w koloniach dla trędowatych. - Nie chcemy ich oddzielać, wręcz przeciwnie, po to je uczymy i dajemy możliwość zdobycia zawodu, by wracali do tych środowisk, do okaleczonych rodziców i tworzyli lepszą jakość życia - podkreśla.

Obecnie Jeevodaya to dom dla prawie 500 dzieci z rodzin trędowatych i 100 mieszkańców, którzy kiedyś okaleczeni trafili tam i już pozostali. Teraz dr Helena jest traktowana jak jedna z nich, ale protestuje, gdy jej pracę nazywa się "poświęceniem". Podstawą działania ośrodka jest bowiem służba poprzez bycie częścią społeczności. - Ja chyba więcej zyskuję będąc z nimi, niż daję. Jestem ich.

Jak wygląda zwykły dzień w Ośrodku Jeevodaya? Jak poradziła sobie z chorobą Heinego-Medina i jak wyglądało jej życie przed wyjazdem do Indii? Dlaczego wybrała życie konsekrowane w ramach instytutu świeckiego? Czym zajmują się Sekretariat Misyjny Jeevodaya i Fundacja Heleny Pyz - Świt Życia? Dowiesz się słuchając całej "Godziny prawdy - 18 maja 2012".

 

Więcej o działalności Ośrodka Rehabilitacji Trędowatych Jeevodaya dowiesz się ze strony www.jeevodaya.org . Zapraszamy także do obejrzenia zdjęć z Indii >>

"Godzina prawdy" na antenie Trójki w każdy piątek tuż po 12. Zapraszamy do słuchania!

(asz)

Czytaj także

Pomoc i władza w PZPR. Ona to połączyła

25.05.2012
Ariadna Gierek-Łapińska
Ariadna Gierek-ŁapińskaFoto: mat.prasowe
- Edward Gierek objął władzę, potem ją utracił. Zawsze jednak uważałam, że trudne czasy nie zwalniają mnie z tego, by dalej leczyć pacjentów - o swoim życiu opowiadała w Trójce prof. Ariadna Gierek-Łapińska.
Posłuchaj
39'58 Ariadna Gierek-Łapińska w "Godzinie prawdy"

Dzięki Ariadnie Gierek-Łapińskiej setki tysięcy ludzi mogą lepiej widzieć. Jednak sławę przyniosły jej nie tylko dokonania medyczne. 

Adam Gierek był jej kolegą z klasy, spotkali się na przystanku tramwajowym, a po jakimś czasie on wystąpił z zaręczynami ofiarując jej zegarek przywieziony z Moskwy. - Moje koleżanki dowiedziały się od rodziców, że jego ojciec jest najważniejszą osobą w Komitecie Wojewódzkim PZPR. U mnie w domu nigdy nie było mowy o żadnych partiach i związkach, więc ja długo nie zdawałam sobie sprawy kim jest Edward Gierek - wspominała w Trójce prof. Ariadna Gierek-Łapińska.

Jak dodaje, jej życie toczyło się wtedy wokół domu, sprawy polityki były bardzo odległe. - Po ślubie zarówno Edward, jak i Stanisława Gierek okazali się osobami bardzo bezpośrednimi, opiekującymi się mną, bo Adam pracował za granicą i często byłam sama - opowiadała w rozmowie z Michałem Olszańskim.

Po roku urodziła córkę Stanisławę. Udało jej się pogodzić macierzyństwo z pracą zawodową. Odbywała staże w Związku Radzieckim, Niemczech i Stanach Zjednoczonych. W 1977 roku dostała tytuł profesora nadzwyczajnego. W latach 1974-2007 kierowała Katedrą i Kliniką Okulistyki Śląskiej Akademii Medycznej. - Moje życie toczyło się w okresie zmian różnych systemów politycznych. Edward Gierek objął władzę, potem ją utracił. Zawsze jednak uważałam, że trudne czasy nie zwalniają mnie z tego, by dalej leczyć pacjentów - podkreśla ze spokojem.

Małżeństwo z Adamem się rozpadło, a ona sama stała ofiarą oskarżeń o pracę pod wpływem alkoholu, przyjmowanie łapówek. Ale przeznaczenie miało jeszcze dla niej odrobinę szczęścia w zanadrzu ...

 

Jak wyglądało jej dzieciństwo i dlaczego wybrała studia medyczne? Dlaczego na trzecim roku studiów zdecydowała się na małżeństwo bez miłości i uciekła z niego po 2 miesiącach? Co się działo, gdy Edward Gierek został I Sekretarzem KC PZPR i skąd przydomek "czerwona księżniczka"? Zapraszamy do wysłuchania całej audycji "Godzina prawdy".

(asz)