X
Aby nas słuchać lub oglądać potrzebujesz najnowszego Adobe Flash Player | Pobierz Flash
POLSKIE RADIO - HISTORIE DOBRZE OPOWIADANE OD 90 LAT
Trójka

Szczaw koński na dziko, czyli warsztaty kulinarne na wsi

18.05.2011
0 0 0
Jest doktorem biologii, który kilkanaście lat temu porzucił życie miejskiego naukowca i wyjechał na wieś. Teraz prowadzi warsztaty kulinarne z rozpoznawania i przyrządzania roślin, które dla niewprawionego oka i podniebienia są jedynie chwastami.
Posłuchaj
15'16 Szczaw koński na dziko

Na urokliwym Pogórzu Dynowskim w okolicy Krosna położona jest niewielka wieś - Pietrusza Wola. Tam przed kilkunastu laty osiadł Łukasz Łuczaj. Kawałek ziemi zakupił dzięki stypendium z Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Teraz śmieje się, że fundacja wspierająca naukę, na zawsze zniszczyła jego karierę naukowca.

Dzisiaj zarabia na życie prowadząc dla osób z całej Polski nietypowe warsztaty kulinarne. - Gdy przeniosłem się na wieś zrozumiałem, że mogę wykorzystać swoją wiedzę, umiejętności i inspiracje tam, gdzie mieszkam. To dobre miejsce do prowadzenia takich zajęć, bo jesteśmy pogrążeni w naturze. Gatunki, które próbujemy jeść rosną same wokół nas – tłumaczy bohater reportażu.

Od dziecka jego pasją były dzikie rośliny oraz ich zastosowanie. Momentem przełomowym w życiu Łukasza Łuczaja okazały się uczelniane zajęcia z botaniki praktycznej prowadzone przez pracowników ogrodu botanicznego Uniwersytetu Warszawskiego. - Ci ludzie zarazili mnie roślinną fascynacją, znali skomplikowane nazwy i ich znaczenie w kulturze. Uczyłem się gastronomicznego oraz kosmetycznego zastosowania roślin. Poznałem ich lecznicze wartości i biblijną historię, jednym słowem całą gamę informacji interesujących nie tylko biologa, ale także każdego ciekawego świata człowieka – wspomina.

Edukacyjna działalność biologa rozpoczęła się od zlotów przyjaciół. Teraz do Pietruszej Woli na kulinarne warsztaty przyjeżdżają przedstawiciele różnych profesji z całego kraju. Pojawiają się uczniowie szkół średnich, studenci, managerowie, dyrektorzy dużych firm, hipisi oraz mechanicy samochodowi.

/

- To osoby wrażliwe na przyrodę i jakość jedzenia w Polsce. Nie znają się jednak na roślinach, bo nigdy nie mieli w swoim otoczeniu człowieka, który pokazałby im czym różni się dąb od klonu – mówi Łukasz Łuczaj.

Adepci sztuki kulinarnego podejścia do powszechnie uznanych za chwasty roślin poznają, między innymi, walory smakowe szczawiu końskiego, czy ostrożnia polnego.

- Istnieją kraje, gdzie coś co jest liściem z założenia nie nadaje się do jedzenia. Polska na razie jest właśnie takim miejscem – podsumowuje bohater reportażu.

Reportaż "Dzikie gotowanie" przygotował Ewelina Karpacz-Oboładze.

Reportaży można słuchać na antenie Trójki od poniedziałku do czwartku o 18.15. Zapraszamy.

Naszych reportaży mogą Państwo również słuchać na stronie internetowej Studia Reportażu i Dokumentu.

Zapraszamy też na naszą stronę na Facebooku!

(dmc)

0 0 0
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Jemioła – pasożyt czy lek?

W czasie Bożego Narodzenia oprócz choinki nasze domy często zdobi jemioła.

W okresie świąt Bożego Narodzenia oprócz choinki nasze domy często zdobi jemioła. Zawieszona u sufitu ma przynosić miłość i szczęście. Skąd wziął się ten zwyczaj? Tysiące lat temu druidzi uważali jemiołę za roślinę magiczną i wykorzystywali ja do leczenia wielu schorzeń. Szczególną moc miała mieć jemioła ścięta w noc przesilenia zimowego, czyli właśnie tuż przed obchodzonymi przez chrześcijan świętami Bożego Narodzenia.

W Polsce występuje jeden gatunek jemioły – jemioła biała lub pospolita. Jest ona półpasożytem, to znaczy, że z drzewa, na którym rośnie pobiera tylko wodę z solami mineralnymi. Resztę związków potrzebnych do życia wytwarza sama, gdyż jej liście zawierają chlorofil i prowadzi ona aktywną fotosyntezę. Roślina ta uważana jest przez niektórych za szkodliwą dla drzew, na których rośnie. Może powodować ich usychanie, szczególnie, jeśli występuje w większej ilości na pojedynczym drzewie. Inni twierdzą, że jemioła nie wyrządza drzewom krzywdy a niekiedy może być dla nich pomocna. Ciekawej obserwacji dokonali amerykańscy biolodzy. Zauważyli oni, że owoce pewnego gatunku jemioły rosnącego na cisach w Arizonie przyciągają ptaki, które zjadając owoce jemioły, a przy okazji cisu przyczyniają się do ich rozsiewania. W rejonach, gdzie rosła jemioła występowało też więcej młodych cisów.

Liście i młode gałązki jemioły używane są od dawna przez zielarzy. Ziele to zawiera wiele substancji, które są aktywne biologicznie. Co ciekawe, właśnie jemioła zbierana zimą zawiera najwięcej substancji mogących uchodzić za lecznicze. Obecnie dostępnych jest wiele preparatów zawierających wyciągi z jemioły. Uważa się, że pomagają one w problemach z oddychaniem i z układem krążenia, na przykład obniżają ciśnienie. Używa się ich także jako preparatów moczopędnych i w leczeniu miażdżycy. W większych ilościach preparaty z jemioły mogą być toksyczne, należy więc stosować je z umiarem.

Wyciągi z jemioły używane są także w leczeniu raka. Uważa się, że mogą one zwiększać szanse przeżycia i podnoszą jakość życia pacjentów. Na temat działania substancji zawartych w jemiole na komórki ludzkie powstało już ponad 700 prac naukowych. Wiele z nich wskazuje, że substancje te wykazują efekt przeciwnowotworowy oraz mobilizują komórki układu immunologicznego pacjentów. Brak jednak niezbitych dowodów w tej materii.


Monika Klejman

Zobacz więcej na temat: miażdżyca owoce Polska
0 0 0

Czytaj także

"Marzenie Tomka" Ewelina Karpacz- Oboładze i Agnieszka Walewicz

Tomek Filipowicz ma trzynaście lat i walczy z chorobą nowotworową. Żyje w dwóch światach, w domu i w szpitalu. Kiedy ma wolny czas, ogląda telewizję - najchętniej programy kulinarne.

„W domu to ja gotuję obiady, a mama tylko obiera ziemniaki - mówi Tomek. - Moją specjalnością są zawijane piersi z kurczaka”. Od lat chłopiec marzył, by ugotować obiad razem ze swoim mistrzem - Robertem Makłowiczem. Dzięki fundacji "Mam Marzenie", która pomaga ciężko chorym dzieciom, jego marzenie się spełniło. Tomek i pan Robert ugotowali razem przepyszne spaghetti.

0 0 0

Czytaj także

Pyłki jak naboje

Z pozoru mało ruchliwe rośliny potrafią być szybsze niż karabin maszynowy, kiedy dochodzi do rozmnażania. Wyrzucają istne fajerwerki pyłków lub nasion - informuje "New Scientist".

Joan Edwards trafiła do księgi rekordów Guinnessa jako odkrywczyni najszybciej na świecie otwierającego się kwiatu. Odkrycia dokonała z pomocą fizyka Dwighta Whitakera oraz pożyczonej kamery, zapisującej do 500 000 klatek na sekundę.

Nagranie ujawniło, że kwiaty derenia kanadyjskiego (Cornus canadensis) otwierają się w czasie krótszym niż pół milisekundy. Pyłek wylatuje w powietrze trzy razy szybciej niż kula karabinu. Nic dziwnego, że mający 2,5 milimetra kwiat miota pyłek pionowo na odległość 2,5 centymetra.

Płatki derenia odchylają się w ciągu 0,2 milisekundy, a pręciki wysuwają się, osiągając prędkość 22 kilometrów na godzinę w ciągu 0,5 milisekundy. Oznacza to przyspieszenie 2400 razy większe od ziemskiego, a 800 razy - od przyspieszenia osiąganego przez startujący prom kosmiczny. Wszystko to jest możliwe dzięki wyposażeniu każdego z pręcików mechanizm przypominający dawną machinę oblężniczą - katapultę. Pręciki rosną szybciej od płatków, co prowadzi do naprężeń, które nagle się rozładowują, gdy na płatku usiądzie odpowiednio ciężki owad. Jak dowiodły fachowe obliczenia Whitakera, mechanizm jest idealnie zoptymalizowany - kombinacja sztywności i wymiarów elementów kwiatu idealnie odpowiada potrzebom.

To nie jedyny „wystrzałowy” kwiat. Mech torfowiec ma kapsułki z zarodnikami, które stopniowo wysychają, zmieniając kształt z kulistego na cylindryczny. Spręża to powietrze wewnątrz kapsułki, co prowadzi do rozrzucającej zarodniki eksplozji. Działa wówczas przyspieszenie rzędu 36 000 g, a zarodki rozpędzają się do 82 km/h. Rozpędu starcza im na pokonanie przeciętnie 11 centymetrów. W dodatku powstaje przypominający kółko z dymu papierosowego wir powietrzny w kształcie pierścienia, który ułatwia rozprzestrzenianie zarodników w stojącym powietrzu macierzystego bagna.

(ew/pap)

Zobacz więcej na temat:
0 0 0

Czytaj także

Przychodnia dla roślin

Na świecie powstaje coraz więcej tak zwanych “przychodni dla roślin”. Ich celem jest pomoc rolnikom i większa produkcja żywności, głównie w krajach rozwijających się.

Przychodnia dla roślin działa trochę tak, jak gabinet lekarza pierwszego kontaktu. Rolnik może przyjść do specjalisty i dowiedzieć się, jak dbać o swe uprawy oraz jak radzić sobie ze szkodnikami i chorobami.

Eksperci ostrzegają też przed nadchodzącymi epidemiami chorób roślin. Obecnie przychodnie dla roślin istnieją w 15 krajach w Afryce, Azji i Ameryce Łacińskiej, i - jak twierdzą szefowie projektu - rolnicy cenią sobie zdobywane informacje, a czasem przemierzają dziesiątki kilometrów, by zasięgnąć porady.

Docelowo przychodni ma być 400 w ponad 40 krajach. W ich powstawaniu pomoże nowa dotacja w wysokości prawie siedmiu milionów dolarów, którą przekazały rządy Szwajcarii i Wielkiej Brytanii.

(iar)

0 0 0