Film jest najważniejszą ze sztuk...
Bomba poszła w górę - zanim w warszawskiej Kinotece ustawił się
cierpliwy ogonek kinomaniaków, na niektóre seanse zabrakło biletów -
wszak była przedsprzedaż...Ale uśpiony instynkt weterana kolejek budzi
się w momencie otwierania kas, co obarczone jest ryzykiem braku dostępu
na wybrany film, trudno, jest w czym wybierać. Achaaa, może niektórzy z
Państwa nie wiedzą, o czym mowa - ano o 25tym Warszawskim Festiwalu
Filmowym, na którym nie pachnie popcornem, nie ma reklam i zwiastunów
przed projekcjami i który wciąż puchnie od nadkompletów wiernej
publiczności. A ma ona w czym poszukiwać - bo to jedyna okazja, aby
zobaczyc filmy z mniej popularnych kinematografii: Estonii, Węgier,
Austrii, Rumunii, Grecji, Kazachstanu, Izraela, czy Kolumbii. Na
dystrybucyjne pewniaki z USA, UK czy Niemiec nie pcham się, bo i tak
pewnie będzie szansa je zobaczyć. Mam za sobą dwa świetne obrazy i
jeden marniutki, więc z lubością od niego zacznę. Jeśli coś jest
opatrzone etykietką: argentyńskie kino eksperymentalne, zapowiedziane
jako pochwała buntu i nonkonformizmu, to już nie brzmi najlepiej, no
ale czasami trzeba wyjść naprzeciw młodemu kinu z dalekiego
kraju...Film pt: "Castro" jest opowieścią o facecie w tzw średnim
wieku, który programowo nie pracuje i programowo jest drobnym
złodziejaszkiem, bo na bułę trzeba mieć. Dla uwypuklenia swej postawy
sprzeciwu wobec reguł tego wstrętnego świata śpi w szafie, z której
wyrzuca go co rano coraz bardziej zniecierpliwiona przyjaciółka. Za nim
ugania się była żona oraz stado jemu podobnych szemrańców, którym wisi
pieniądze. Cóż, poetyka kamery z ramienia, wyblakłe kolory ORWO i
narracja wyznaczana bieganiem po mieście jest może i usprawiedliwiona
przy filmowaniu rodzinnych uroczystości,ale jak na kino to za mało,
dlatego nie doczekałam finału pogoni za tytułowym Castro - buntownikiem
naprawdę bez powodu. Za to inne filmy zrobiły na mnie ogromne wrażenie
i - o dziwo - przypadkowo dobrane na podstawie kraju produkcji okazały
się mieć wspólny mianownik. Francusko- algierski film pt: "London
river" i izraelski pt: "Jaffa" mówią o braku tolerancji wobec "innego",
o uprzedzeniach, o fobiach i o historii, która dzieli ludzi bez ich
woli i udziału. Pierwszy film to historia rodziców poszukujacych swych
dzieci po zamachach terrorystycznych w Londynie w 2005 r; jednym z
owych rodziców jest prosta angielska farmerka, genialnie zagrana przez
Brendę Blethyn, a drugim - afrykański muzułmanin z dredami, który tak
na dobrą sprawę nie znał swego poszukiwanego syna, bo wyjechał z Afryki
za chlebem, gdy ten miał zaledwie 6 lat. Ona patrzy na niego z efektem
obcości i rosnącą odrazą, on obserwuje pęd życia Europejczyków z
wyższością i lekko wzgardliwą godnością. Okazuje się, że dzieci tych
dwojga były parą...reszty nie ujawnię w nadziei,że "London river" trafi
do naszych kin. Ale klasę i scenarzysty i reżysera przy podjęciu tak
trudnego tematu widać w jednej króciutkiej scenie - otóż kiedy oboje
przypadkowo związani wypadkami rodzice przybywają na posterunek w celu
złożenia zeznań, ów Afrykanin mówi do białego angielskiego policjanta:
- Jestem muzułmaninem,na co policjant odpowiada: -Ja też...
To zdanie
jest także dobrym wstępem do izraelskiego filmu "Jaffa", opowiadającego
historię zakazanej miłości Żydówki do Araba. A wokół nich - wiadomo:
wrogość jednych do drugich, konflikt i uprzedzenia rodzinne. I kolejny
dowód na to,że sztuka i jej twórcy wolni są od takich uprzedzeń - Jaffę
wyreżyserowała izraelska dokumentalistka, pracująca stale z trudną
młodzieżą. Potrafiła w swym obrazie pokazać zaciętość Żydów i potrzebę
normalnego życia u Arabów - tu raczej rodzina żydowska jest tą gorszą,
ba! momentami nawet karykaturalną, z mamcią siedzącą całymi dniami
przed telewizorem i nadpobudliwym synalkiem. Oba filmy to pokazanie
kawałka świata tu i teraz,ale nie takiego z newsów - przez pryzmat
domów i rodzin, po których przejechał się walec historii. Że co, że to
daleko od nas? Ależ wystarczy zmienić scenografię i reszta jakby
znajoma...A teraz nie mam czasu z Państwem gadać, bo lecę na kolejny
pokaz...
Komentarze do artykułu (5)
-
1
11.10.2009 20:18
No pięknie , nasza Pani Małgosia nie ma czasu z nami gadać...
Jeszcze trochę , a przeczytamy słynny? cytat filmowy -" nie chce mi się z wami gadać". Mam skromną nadzieję , że nie nastąpi to, cytat
" Już za parę dni , za dni parę..."
Mieszkańcy stolicy muszą uważać na nisko przelatujących dziennikarzy , którzy lecą na kolejny pokaz...
Chciałbym się zabrać z naszą Panią Małgosią na ten lot , chociaż jako bagaż podręczny.
Filmy nieznanych twórców mają to, cytat " Inne spojrzenie" i taką naturalność. Do tego ludzie takiego kina , nie są po uszy utytłani w g...i nie piszą petycji w obronie kogoś utytłanego tak samo , lub jeszcze bardziej. Może naprawdę tam powstaje prawdziwe kino i my widzowie powinniśmy dać przejść na zasłużoną emeryturę lub przynajmniej pozwolić odpocząć Pani Cywińskiej, Panu Wajdzie, Panu Kutzowi oraz Panu Zanussiemu. To tak z naszego podwórka.
Wypalili się oni,jak żarówki w starych projektorach z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych minionego stulecia i jedyne na co ich stać , to kręcenie żałosnych gniotów za pieniądze podatników i obrażaniem ludzi słowami o trzynastoletnich prostytutkach. Dobrze , że w polskim kinie , młodzi robią dobre filmy i oby tak dalej.
Pani Małgosiu , niech Pani nie odlatuje na zbyt długo , a kiedy będzie Pani lecieć z powrotem , to proszę dać znać , cytat "... na lotnisko przybiegnę". Mam nadzieję , że nie sam. Bogowie , co mnie tak w niedzielę wieczorem na te cytaty?
Pozdrawiam
Jacek z Poznania
-
2
12.10.2009 19:12
Czytając blog pani Raduchy mozna wyczuć nezwykłą pasję w "przeżywaniu" filmów"- mamy coś wspólnego. Pasja ta dotyczy równiez pracy- w sposobie prowadzenia audycji słychać radość("Raduchy"...-przepraszam) z wykonywania swoich zawodowych obowiazków. Jak to dobrze odbierać takie samospełnienie( bo w sieci fast- food"ów jest to trudne do osiągnięcia, tym bardziej jeśli trzeba to godzić ze studiami). Nie chciałbym żeby ta wypowiedż była malkontencka, ale szczęście w życiu jest jak śnieg w kwietniu- wszystkim zapiera dech... a tu nagle... słońce. Więcej słońca dla wszystkich. Pozdrawia- kinoman.
Mateusz
-
3
13.10.2009 11:36
Pani Małgosiu, ale proszę lecieć na tyle nisko, żeby Pani kruk Hektor nie wypatrzył, bo wtedy Pan Jacek będzie musiał faktycznie się w bagaż podręczny :-)
A ja w kontekście filmów w ogóle to mam bardzo własnie zdanie. Że w największym gniocie może się znaleźć jedna pojedyncza perełka, dla której warto. Bez względu na to, czy to chiński, meksykański czy nasz krajowy gniot. No chyba że gniot taki, że się z niego kompletnie nic nie da wygrzebać...
Agata z Wrocławia
-
4
13.10.2009 13:43
A u nas "Miasto z morza". Nikt nie przyszedł na seanse.
Waldemar z Kołobrzegu
-
5
23.10.2009 12:34
film, podobnie jak kawa czy papierosy, po prostu uzależnia. Nie jestem oglądaczem, a na oglądaczy patrzę trochę z zatroskaniem. Tyle pożytecznych rzeczy można by w tym czasie zrobić...
zając
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników. Polskie Radio S.A. nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Komentarze zawierające wulgaryzmy (art. 3 Ustawy o języku polskim z dnia 7 października 1999r.), będą usuwane.