Marek
Mądrzejewski: Naszym gościem jest Prezydent Rzeczpospolitej
Polskiej prof. Lech Kaczyński. A właściwie powiedzmy prawdę –
to my jesteśmy gośćmi i dziękujemy za zaproszenie, panie
prezydencie.
Lech
Kaczyński: Ja
też bardzo dziękuję, żeście państwo mnie odwiedzili.
M.M.:
Powie pan prezydent nam tak szczerze, co jest w tej Gruzji, że pana
prezydenta tam tak ciągnie?
L.K.:
Polskie
interesy.
M.M.:
O! No to dobrze, to była wizyta robocza wczorajsza. Na czym polegała
jej roboczość?
L.K.:
Znaczy
wizyta robocza, ponieważ w protokole są wizyty państwowe, wizyty
oficjalne i wizyty robocze. Ponieważ ona nie miała statusu ani
pierwszego, ani drugiego, no to miała trzeci status. Natomiast były
to odwiedziny związane z świętem narodowym – z Świętem
Niepodległości Gruzji. Oczywiście, rozmawiałem dłuższy czas z
panem prezydentem Michaiłem Saakaszwilim, ale przede wszystkim to
była pewna demonstracja ze strony naszego kraju: popieramy Gruzję.
Popieramy Gruzję, gdzie odbyły się wybory, wybory zwyciężyła
partia pana prezydenta...
M.M.:
O, i to jak zwyciężyła.
L.K.:
Miała
zwyciężyć jeszcze bardziej, ale przekonywano mnie, że wszelkie
wątpliwości na niekorzyść tłumaczono. Ja powiem tak – ja nie
wykluczam różnych nieprawidłowości. Żyjemy w świecie...
tam, znaczy my żyjemy tu, a oni żyją tam, w świecie trochę innym
niż nasz. Ale myślę, że to były nieprawidłowości, które
nie przekreślały tego olbrzymiego zwycięstwa. A skąd to olbrzymie
zwycięstwo? No, po prostu reakcja na to, co stało się w Abchazji.
Jeżeli ktoś myślał, że za pomocą Abchazji zdestabilizuje władzę
w Gruzji, no to uzyskał efekt całkowicie odmienny od zamierzonego.
M.M.:
Ten ktoś to Rosja.
L.K.:
To
pan powiedział.
M.M.:
Panie prezydencie, jakie interesy mamy dokładnie tam? Jak pan by je
nazwał?
L.K.:
Bardzo
dokładnie to nie są interesy związane z olbrzymią wymianą
gospodarczą; to są interesy związane z tym, że jeżeli mamy
stworzyć rzeczywistą dywersyfikację dla Polski i części Europy
(chodzi o gaz, ropę naftową), to Gruzja jest do tego niezbędna, bo
droga prowadzi przez Gruzję, Gruzję, Ukrainę, dalej do Polski z
Azerbejdżanu. To po pierwsze.
Po
drugie – jeżeli Gruzja zostanie pokonana, podda się wpływom, pod
którymi była przez wiele dziesięcioleci, setek lat nawet, to
wtedy będzie reakcja domina, to będzie dotyczyło również
tych, którzy powoli wybijają się na rzeczywistą
niezawisłość. Jedni bardzo szybko, jak prezydent Alijew w
Azerbejdżanie, inni wolniej. Można powiedzieć, że Gruzja jest
pewną twierdzą, która otwiera drogę do regionu. Jeżeli ta
twierdza zostanie zdobyta, to cały region jest w tych rękach, w
których przez dziesięciolecia był. Proszę tego nie rozumieć
dosłownie, to nie oznacza, że powstanie z powrotem jedno państwo.
Nie, te państwa będą formalnie odrębne, te państwa będą
prowadziły nawet jakąś swoją politykę, będą miały
autentycznych premierów, autentycznych ministrów spraw
zagranicznych, ale dominacja będzie zupełnie oczywista. Proszę
pamiętać, że te państwa to wręcz olbrzymie zasoby ropy i gazu,
także innych minerałów bardzo potrzebnych do funkcjonowania
wielu gospodarek na świecie.
Ale
poza tym wszystkim jest jeszcze pewna tradycja, tradycja polityki
polskiej, która sięga tych regionów. Jest moja
autentyczna sympatia do Gruzji, do twardej – szczególnie w
ostatnich latach – walki Gruzinów. Krótko mówiąc,
elementów jest wiele.
Ale
twierdzenie, że to jest jakaś niepragmatyczna,
romantyczna polityka, to jest twierdzenie polityków
dojutrkowych, takich, którzy myślą kategoriami państwa
pięciomilionowego, gdzieś tam ukrytego dobrze w Europie, które
nie ma żadnych istotnych problemów. Ja nie chcę żadnego
takiego państwa wymieniać, ja wszystkich w Unii Europejskiej bardzo
szanuję, ale są takie państwa, które rzeczywiście są
nieduże, żadnych istotnych problemów nie mają na swoich
granicach, właściwie graniczą wyłącznie z innymi państwami Unii
i one mogą sobie na taką politykę pozwolić.
Polska
nie. Polska ma prawie 40 milionów ludzi, Polska jest na
granicy Unii, Polska ma wiele związków historycznych i Polska
ciągle jest przedmiotem pożądań różnych krajów
jeżeli chodzi o przywrócenie może nie dominacji, bo to jest
już trudne, jeżeli chodzi o taki kraj, jak Polska, ale w każdym
razie bardzo wielkich wpływów.
M.M.:
Mówił pan prezydent o politykach zachodnioeuropejskich. A
jeśli idzie o zrozumienie pana postępowania, zaangażowania w to
zbliżenie z Gruzją wśród polityków polskich, wśród
tych, którzy dzierżą tę drugą część władzy wykonawczej
– Donalda Tuska i jego ludzi?
L.K.:
Ja
myślę, że tutaj, jeżeli chodzi o ministra Sikorskiego, są pewne
różnice w rozumieniu rzeczywistości, ale postawię pytanie:
kto ma rację? To po pierwsze.
Po
drugie – konieczna jest rozmowa, bez przerwy rozmowa. Ja mam
nadzieję, że jeszcze dzisiaj spotkam się z premierem Donaldem
Tuskiem. I ta rozmowa daje rezultaty. Natomiast bardzo by było źle,
gdyby rezultatem naszej polityki było popsucie stosunków na
Północnym Wschodzie – z Litwą, Łotwą i Estonią. W
szczególności z Litwą, gdzie te stosunki zostały bardzo
zacieśnione. Popsucie stosunków z Czechami, które
zostały bardzo zacieśnione. Popsucie stosunków z Ukrainą,
Gruzją i Azerbejdżanem, które zostały też bardzo mocno
zacieśnione w ciągu ostatnich dwóch lat. W zamian za co? Za
niezwykle enigmatyczne korzyści związane z tym, że zbliżymy się
do klasycznych, można powiedzieć, mocarstw światowych, w
szczególności do Rosji.
No
więc powstaje pytanie: co na tym realnego zyskamy? Być może
Cieśninę Pilawską. No, to istotne, tak.
M.M.:
To warto zadać pytanie: co one zyskają, te duże państwa, które
mają swoje interesy?
L.K.:
Oczywiście,
zyskają zwiększenie i tak olbrzymich wpływów w Unii
Europejskiej. Zwiększenie na zasadzie już całkowicie
nieodwoływalnej, bo w istocie bez Polski żaden opór
przeciwko tym nadmiernym wpływom, mówię jasno –
zdecydowanie nadmiernym, nie będzie stawiany. Nie ma mowy, żeby bez
Polski on był w sposób realny stawiany.
J.K.:
Panie prezydencie, pan bardzo zaangażował się w dbałość o
budowanie bezpieczeństwa energetycznego Polski, te szczyty
energetyczne trzy: Kraków, potem na Litwie, w Kijowie niedawno
– są tego dowodem. Czy nie obawia pan się złej reakcji ze strony
Niemców, którzy wprawdzie deklarują, że coś takiego,
jak wspólne bezpieczeństwo Unii Europejskiej jest potrzebne,
ale w gruncie rzeczy robią wszystko, aby w pierwszej kolejności
zadbać o własne interesy?
L.K.:
No
właśnie, taka jest moja odpowiedź.
M.M.:
Jak ocenia pan, panie prezydencie, inicjatywę rządu, rządów
Polski i Szwecji, jeśli idzie o działania Unii Europejskiej na
rzecz państw ze Wschodu, ze wschodniej Europy, które stoją w
kolejce do...?
L.K.:
Znaczy
ja przede wszystkim wyrażałem pewne zdziwienie, że niektóre
inicjatywy polsko-szwedzkie napominały Litwę, której później
Szwedzi przystąpienie do tej inicjatywy proponowali. To Polska
powinna proponować, a nie Szwecja. To jest już taki błąd zupełnie
kardynalny.
Ale
z drugiej strony ja mogę powiedzieć tak: oczywiście, czym więcej
środków Unii Europejskiej pójdzie na kierunek
południowo-wschodni, bo północno-wschodni to jest już Unia
Europejska dzisiaj, tym lepiej. Tylko w żadnym wypadku to nie może
doprowadzić do rozwodnienia tych ścisłych związków z
Ukrainą, Gruzją i także z Azerbejdżanem, a nie może to
doprowadzić do tego, że państwa, które nas bardzo
interesują, będą stały na równi z państwami, które
nas interesują mniej. Oczywiście, niech Unia pomaga wszystkim i
tutaj jestem za tą inicjatywą, ale Polska ma własne interesy,
Polska jest na tyle duża, żeby mieć własne interesy, własną
politykę i sama walczyć o swoje znaczenie w Unii. Bo proszę
pamiętać, szanowne panie i panowie, znaczy ci wszyscy, którzy
nas słuchają, że ja prowadząc tę politykę z Litwą, Łotwą,
Estonią, z Ukrainą, Gruzją, Azerbejdżanem, oczywiście z naszymi
przyjaciółmi z Czech, z którymi się udało przełamać
wielowiekowe wręcz uprzedzenia, nie mające żadnych realnych
podstaw, bo nie ma żadnych realnych podstaw do tego, żeby Polska i
Czechy się bardzo nie przyjaźniły, no ale są pewne przesądy
wzajemne, jeżeli ta polityka zostanie zrealizowana, to Polska w Unii
będzie nieporównanie silniejsza. Jeżeli ta polityka upadnie,
Polska w Unii będzie nieporównanie słabsza.
M.M.:
Czy pan prezydent jest takim samotnym rycerzem, czy ma poczucie jakby
dopełniania swojej koncepcji polityki zagranicznej przez koncepcję
realizowaną przez rząd?
L.K.:
Znaczy
ja myślę, że tutaj jest pewne normalne w warunkach koabitacji
ścieranie się. To nic oryginalnego, żeby było jasne. W warunkach
demokracji i warunkach, kiedy prezydent ma pewne prerogatywy, a rząd
inne, ale bardzo istotne i bardzo potężne, to koabitacja jest
rzeczą normalną. Są państwa, jak Francja, gdzie prezydent jest
szefem rządu, ale i tak jeżeli premier jest z innej partii niż
prezydent, reprezentuje inną opcję, inny obóz polityczny, to
też jest koabitacja, jeszcze może trudniejsza niż w polskich
warunkach. I w tym nie ma nic oryginalnego. A te koncepcje się
powoli ucierają, ja myślę, że krok po kroku w rozmowach z
Donaldem Tuskiem – to chciałem podkreślić – ustalimy koncepcję
całkowicie wspólną. Mam nadzieję, że dzisiaj ją ustalimy,
że chodzi o rozmowę z panem prezydentem Sarkozym.
M.M.:
Który przyjeżdża we środę.
L.K.:
Tak,
jutro.
M.M.:
Co obiecuje sobie pan prezydent po tej wizycie?
L.K.:
Zacieśnienie
naszych relacji, a także wyjaśnienia pewnych spraw. Ja myślę, że
zdołamy z premierem podzielić sprawy, o których będzie on
rozmawiał, i sprawy, o których ja będę rozmawiał z naszym
francuskim partnerem. Ja będę rozmawiał o Gruzji, o Ukrainie. Będę
też starał się rozmawiać o tym, co będzie w Unii po 1 stycznia
2009.
Powiem
konkretnie – Polska musi wiedzieć, kto jest kandydatem na szefa
Rady Europejskiej, kto ma być owym ministrem spraw zagranicznych
Unii, kto, oczywiście, będzie nowym po panu Barroso, ale być może
to będzie sam pan Barroso, przewodniczącym Komisji Europejskiej. My
w tej grze – niezależnie od tego, czy wysuniemy własnych
kandydatów, czy nie – musimy być i musimy być istotni
razem z naszymi przyjaciółmi z Litwy, Łotwy i Estonii.
M.M.:
To nie jest kwestia tylko wiedzy, ale również obsadzenia
części z tych stanowisk. Czy nie dojrzeliśmy, nie dorośliśmy do
tego?
L.K.:
To
nie chodzi o to, czy żeśmy dorośli. Trzeba realnie patrzyć na
sytuację. Jeżeli się od obsadzić, będzie to olbrzymi polski
sukces.
M.M.:
Panie prezydencie, a skoro mówimy o podziale, co sądzi pan o
planach nowego, innego, aczkolwiek nie wiadomo dokładnie, jakiego
podziału kompetencji w ramach władzy wykonawczej między
prezydentem a premierem?
L.K.:
No
właśnie pan dokładnie powiedział: nie wiadomo, jakiego. No więc
jak nie wiadomo, jakiego, to nic nie sądzę. Natomiast jak będę
wiedział, jakiego, to wtedy odpowiem na to pytanie. To nie jest
prosta sprawa, ja sobie z tego zdaję sprawę. W Polsce prezydent ma
mandat pochodzący z powszechnego wyboru, rząd musi reprezentować
większość parlamentarną. Jeżeli reprezentuje jedynie mniejszość,
bo w Polsce bardzo trudno usunąć rząd, tylko w drodze tak zwanego
konstruktywnego wotum nieufności, to wtedy jest to rząd bardzo
bezradny. Ja zdaję sobie sprawę i powtarzam, że tutaj istnieją
pewne problemy. Wszystko jedno, czy premierem jest Donald Tusk, czy
prezydentem Lech Kaczyński, czy na odwrót, to takie problemy
mogą istnieć. No, sytuacja, w której premierem był Jarosław
Kaczyński, a prezydentem był Lech Kaczyński jest sytuacją
rzeczywiście dobrą pod tym względem, co nie oznacza, że czasami
nie mieliśmy różnych opinii, że nawet brat pewnej istotnej
decyzji mi nie wyrzucił kiedyś, to znaczy że on o tym nic nie
wiedział.
M.M.:
Jakiej, nie powie pan prezydent?
L.K.:
No,
tego nie powiem, to w sferze stosunków międzynarodowych
istotna decyzja. No, ale nie było najgorzej.
M.M.:
To prawda.
L.K.:
Ale
w warunkach, kiedy nie bracia-bliźniacy są prezydentem i premierem,
to z istoty jest nieco gorzej. Koabitacja, jak mi powiedział tak
doświadczony i taki człowiek sukcesu, jakim jest prezydent Klaus,
Vaclav Klaus w Czechach, koabitacja jest zawsze. Dzisiaj premierem
jest pan Topolanek, bardzo sympatyczny szef rządu z tej samej partii
co prezydent Klaus, ale mimo wszystko, jak mówi prezydent,
pewien rodzaj koabitacji jest, bo to są dwie oddzielne osoby, które
mają bardzo duże kompetencje i dwa najważniejsze stanowiska w
państwie. Ale proszę pamiętać, że ten system funkcjonuje poza
monarchiami w całej Europie. Oczywiście, można powiedzieć, że w
Republice Federalnej władza kanclerza jest bardzo duża, w Czechach
w pewnych sprawach władza prezydenta, w sprawach zagranicznych,
jest bardziej jednoznacznie określona niż w naszym kraju w
Konstytucji, jeżeli rządziła samodzielnie, to z upoważnienia
prezydenta, ale jednocześnie na przykład weto prezydenta jest dużo
słabsze niż w Polsce, prezydent w Polsce weto ma dosyć silne.
Różnie to bywa w różnych krajach, ale właściwie
wszędzie jest prezydent i premier, chyba że jest monarchia. No i
trzeba jakoś się, że tak powiem, porozumiewać, to jest rzecz
zupełnie oczywista.
M.M.:
Zaczynam rozumieć, panie prezydencie, dlaczego ta polityka
zagraniczna pana prezydenta tak wciąga – bo jak sobie pomyślę,
że czas wrócić do kraju, a tutaj najprzyjemniej nie jest...
No ale wróćmy, no co zrobić?
L.K.:
[śmieje
się] Proszę
bardzo, niech pan wraca, nie mam nic do ukrycia.
M.M.:
Kazimierz Marcinkiewicz postawił ciężki zarzut, padły już takie
słowa, że to właściwie otwarcie drogi do impeachmentu.
Nawiasem mówiąc, nie wiadomo, jak to w polskich warunkach
miałoby wyglądać. Niech pan prezydent powie własnymi słowami
teraz, może Kazimierz Marcinkiewicz nas słucha.
L.K.:
Znaczy
nigdy w życiu nie kazałem go podsłuchiwać czy w inny sposób
prześladować. Jeżeli chodzi o Witolda Marczuka, to jest mój
wieloletni współpracownik jeszcze z podziemia i ja to dzisiaj
powiedziałem dziennikarzom, nie było takiej rozmowy, o tym mogę
zapewnić bardzo solennie. A gdyby była, to pewnie by się nie
znalazła w notatce. To jest jedna wielka bzdura. Ja byłem
przeciwnikiem powołania pana Kazimierza Marcinkiewicza na premiera,
tak, przyznaję. Mogę powiedzieć: nigdy nie kazałem go
podsłuchiwać. Natomiast wyrzucić go kazałem, to jest prawda. I
miałem świętą rację, bo premier musi być określonego formatu.
M.M.:
W zasadzie można powiedzieć, że za tę część krajowych spraw
dziękuję, aczkolwiek ona będzie miała, zważywszy na deklaracje,
iż to prokuratura powinna teraz się tym zająć. Zobaczymy...
L.K.:
Tak,
a pan Marcinkiewicz powinien się poddać badaniu na tak zwanym
poligrafie. To jest wykrywacz kłamstw, żeby było jasne.
M.M.:
Nie wariograf.
L.K.:
To
samo to znaczy – poligraf i wariograf.
M.M.:
W każdym razie mimo takich pierwotnych deklaracji, iż chciałby to
zrobić, potem, kiedy dziennikarze znaleźli drogę, aby to
uskutecznić, zrezygnował. Nie wiem, czy o tym pan prezydent wie –
wycofał się (...).
L.K.:
Pewnie
zmęczony jest...
M.M.:
No, trudno się dziwić.
L.K.:
...tą
trudną funkcją w Londynie, tak że...
M.M.:
Człowiekiem, który chyba też sprawia wrażenie często
zmęczonego jest Janusz Palikot i w kontekście nazwiska pana
prezydenta...
L.K.:
[śmieje
się]
M.M.:
...pojawia się on bardzo często, jakoś współistnieje
dzięki temu.
L.K.:
Ja
muszę powiedzieć o jednym, co mnie trochę zasmuca, znaczy dopóki
pan Janusz Palikot opowiadał różnego rodzaju bzdury
dotyczące mojej skromnej osoby, to było wszystko w porządku. Jak
dotknął szefa swojej partii, to zaczęły się różne
postępowania dyscyplinarne. I to jest niesmaczne. Znaczy muszę
powiedzieć, że to wskazuje na klasę tej partii, która
wygrała wybory. To mnie smuci bardzo.
M.M.:
Skoro mówimy o klasie, porozmawiajmy o tym, co dzieje się, bo
nie wierzę, żeby pan prezydent nie był tym zainteresowany mimo
różnych licznych zajęć, co dzieje się wokół
książki, której jeszcze nie ma, a w każdym razie nie ma w
obiegu powszechnym, publicznym, natomiast opinie na jej temat mają
wyrobioną już niemal wszyscy – książki dwóch historyków
o Lechu Wałęsie.
L.K.:
Znaczy
o pewnym fragmencie życia Lecha Wałęsy. Ja, oczywiście, sobie
wyrobię opinię, jak przynajmniej ją przejrzę, to po pierwsze.
Ale
po drugie – tu jak sądzę, dotykamy niezwykle istotnego problemu w
naszym życiu, w historii naszego nowego establishmentu,
który ukształtował się po roku 89 gdzieś tak do połowy
lat 90. Otóż u nas są ludzie, ja, niestety należę do tej
kategorii, o której wolno pisać każdą bzdurę, każdą
nieprawdę i to nie pociąga za sobą konsekwencji, i to od czasu
afery Telegrafu, od czasów 1989 roku wręcz, od czasów,
jak to mojemu bratu, a nie, powiedzmy, Bronisławowi Geremkowi
została powierzona misja tworzenia koalicji dla utworzenia
późniejszego pierwszego niekomunistycznego rządu, czyli co
najmniej od sierpnia 89. I są ludzie, o których nie wolno
pisać prawdy. Otóż ja tego rodzaju koncepcji autorytetu się
bardzo zdecydowanie przeciwstawiam. Ja jestem za tym, żeby były
autorytety, ale one muszą być autentyczne. Używając terminologii
polskiego wybitnego socjologa profesora Szczepańskiego, istnieją
tak zwane role społeczne, jakby niezależne od osoby. Ktoś pełni
rolę społeczną autorytetu i wszystko jedno, mógłby ojca,
matkę zabić, nie wolno go ruszyć, bo on jest tym autorytetem. To
jest w interesie establishmentu,
powiedzmy sobie trzeciej...
M.M.:
RP?
L.K.:
Znaczy
nie III RP... no, można powiedzieć III RP, ale także w sensie
jakości można użyć tej liczby, tak że bardzo spokojnie. Bo tak,
bo on opiera się o to, że istnieją nienaruszalne autorytety. Ja
nie znam treści książki o Lechu Wałęsie, chociaż bardzo dużo o
niej wiem, i myślę, że o nim wolno pisać prawdę tak jak o każdym
innym. Natomiast o nim nie wolno pisać nieprawdy tak samo jak o
każdym innym.
M.M.:
Najdziwniejsze jest to, tak nawiasem mówiąc, wspominając te
autorytety, jak one łatwo zachowując przekonanie o przynależnej
im, że tak powiem, roli społecznej, jak zmieniają akurat dokładnie
w tej sprawie Lecha Wałęsy zdanie, bo ci sami ludzie, wówczas
kiedy ubiegał się on o urząd prezydencki, a jego kontrkandydatem
był Tadeusz Mazowiecki, mówili o nim zupełnie coś innego.
L.K.:
Znaczy
nie zarzucali mu, o ile pamiętam, wtedy działalności agenturalnej,
chociaż posługiwali się jakby w drugim obiegu tego rodzaju
argumentacją, docierając do różnych polityków. Moja
wiedza na temat pierwszego prezydenta RP nie pochodzi od nich. Ale
jeżeli idzie o ów establishment,
to oczywiście, w 90 roku Lech Wałęsa stanął na czele tej części
społeczeństwa, która chciała dokończyć rewolucję, czyli
całkowicie zmienić także elity społeczne, tylko że Lech Wałęsa
po tym, jak został prezydentem, to stanął na czele tych elit,
które były dotychczas, znaczy tej elity, którą można
nazwać postkomunistyczną. Ale chciałbym, żeby nasze słuchaczki,
nasi słuchacze zrozumieli – postkomunistyczną to nie znaczy, że
zawsze wywodząca się z nomenklatury komunistycznej. Niestety,
nierzadko wywodząca się z antykomunistycznego podziemia, ale
dokooptowana niejako do tamtego środowiska. I o to idzie cały spór.
On nie jest prosty, ja sobie zdaję sprawę, że przy układzie sił
w mediach wkrótce się okaże, że „Bolek” to był
zupełnie ktoś inny, a być może to będzie zbiorowy pseudonim
braci Kaczyńskich.
M.M.:
Panie prezydencie, można panu czegoś życzyć?
L.K.:
Tego,
żebym był, łącznie ze wszystkimi swoimi wadami, które na
pewno mam, jestem człowiekiem takim jak inni, a więc nie brak mi
wad, ja i zresztą były premier, mój brat, żebyśmy byli
traktowani tak jak jesteśmy, a nie na zasadzie bardzo słabo
zrobionej karykatury. Niczego innego sobie nie życzę. Jak tak
będzie, dam sobie radę.
M.M.:
No to w takim razie tego życzymy. A my możemy sobie czegoś życzyć?
Żeby pan prezydent nas częściej zapraszał.
L.K.:
Bardzo,
bardzo chętnie.
M.M.:
Gościem Sygnałów był Prezydent Rzeczpospolitej Lech
Kaczyński. Dziękujemy serdecznie.
L.K.:
Dziękuję
bardzo.
(J.M.)