Wiesław Molak: Jesteśmy
w Brukseli, w studiu Polskiego Radia Paweł Kowal, europoseł z Prawa i
Sprawiedliwości. Dzień dobry, panie pośle, witamy.
Paweł Kowal: Dzień
dobry, witam.
Henryk Szrubarz:
Panie pośle, dosyć szybko politycy Unii Europejskiej wybrali i szefową
dyplomacji Unii, a także prezydenta Unii Europejskiej. Łatwo poszło.
P.K.: Tak. Ja,
oczywiście sam nie brałem udziału w tym szczycie, ale wygląda wszystko na to,
że...
H.S.: Ale jest pan blisko wydarzeń.
P.K.: Tak, no
więc komentowane jest to w ten sposób, choć tych komentarzy nie ma jeszcze zbyt
wiele, bo wszystko się działo wczoraj wieczorem, że wygląda na to, że głównych
stolicach, w głównych gabinetach Europy ta sprawa była już ustalona, że
wczorajsze wieczorne obrady były tylko swego rodzaju potwierdzeniem. Szkoda, że
polski rząd mimo pewnych prób, z których zresztą szybko zrezygnował, jakoś stał
z boku tego wszystkiego. Mówiąc szczerze, kiedy słuchałem komentarzy takich na
gorąco czy pana premiera, czy innych osób, miałem wrażenie, jakby relacjonowali
coś, co się działo daleko od nich, w czym nie uczestniczyli. Widać...
H.S.: No,
uczestniczyli, przecież rząd proponował sposób wybrania.
P.K.: Tak, ale
później zaczął się z tego wycofywać. Widać było, że...
H.S.: Bo nie było
szans.
P.K.: I widać
było, że wobec tych wydarzeń, które wczoraj nastąpiły, Polska mimo tego, że
tyle razy czytamy, choćby w ostatnim wywiadzie ministra Sikorskiego dla Polski, jak Polska jest znaczącym i
liczącym się krajem w Europie i na świecie, że Polska jakoś wobec tego stała z
boku. Przypomnę – kilka lat temu, kiedy był negocjowany traktat lizboński, że
jednak wówczas polska delegacja do ostatniej chwili była w głównym nurcie wydarzeń,
w ogniu wydarzeń, negocjowaliśmy do końca. Myślę, że szósty kraj Europy, tak
znaczący kraj, największy kraj z ostatnio przyjętych do Unii Europejskiej
powinien mieć ambicję, więcej mieć do powiedzenia w tego rodzaju decyzjach.
H.S.: Kto
zadecydował o tym, że Herman Van Rompuy jest szefem Unii Europejskiej, a
Catherine Ashton przewodniczy dyplomacji europejskiej?
P.K.: Tutaj
nazywa się to koalicją La Manche. To jest troszeczkę złośliwe. Pokazuje, że
główne kraje na kontynencie Unii znalazły takie rozwiązanie, które nie będzie
jakoś dotkliwe dla nich politycznie, które będzie takim najprostszym do
przygotowania kompromisem i porozumiały się w taki sposób, by drugie ważne stanowisko
zostało obsadzone przez przedstawicielkę Wielkiej Brytanii, godząc w ten sposób
wszelkie takie, powiedziałbym, narodowe interesy, narodowe egoizmy. Tu, oczywiście,
powstaje pytanie, pytanie może najbardziej fundamentalne, wobec którego
stajemy, że przecież tyle razy, choćby w trakcie tej wielomiesięcznej powiedzielibyśmy
kampanii lizbońskiej, także w Polsce, wielu polityków, polityków Platformy
Obywatelskiej mówiło, no, że jak będzie traktat lizboński, będzie wszystko
inaczej. I my musimy sobie dzisiaj zadawać pytanie, czy to jest wszystko
inaczej, czy na pewno ta Unia Europejska, w której chcielibyśmy być, czy jest
bardziej demokratycznym organizmem, czy obywatele państw Unii mieli większy
wpływ, tak jak nam obiecywano, na te nominacje, czy więcej o nich wiedzieli,
czy to musi być tak, że premier jednego z najważniejszych europejskich krajów mówi:
dopiero poznamy naturę, dopiero dowiemy się, o co tak naprawdę w tym wyborze
chodziło. To z tego punktu widzenia było dość zdumiewające, choć z drugiej
strony...
H.S.: Ale i tak,
panie pośle, nie mieliśmy większych szans, dlatego że przewodniczącym Parlamentu
Europejskiego jest Polak, Jerzy Buzek.
P.K.: Nie ma
takiego związku. Hiszpania kilka lat temu miała podobną sytuację i potrafiła
zabiegać skutecznie o obsadę komisarza do spraw (...)
H.S.: Pan narzeka,
pan się martwi, a premier Donald Tusk mówi: to wybór najzwyczajniej dla nas
bezpieczny.
P.K.: No i w innych
słowach podkreśla, że to jest jakby taki wybór minimalny. Jest zawsze pytanie:
czy my musimy w Europie jako faktycznie znaczące państwo w Europie – i tu się
zgadzam z konkluzjami częstych wywiadów czy ministra Sikorskiego, czy pana
premiera – zgadzać się na to, by te wybory były takie najmniejsze, bezpieczne,
wystarczająco, żeby nie były tylko groźne. Myślę, że przez tyle miesięcy
mówiono tyle o traktacie w Polsce, że wiele osób naprawdę w dobrej woli
wyobrażało sobie, że to będzie jakaś wyraźnie nowa jakość, że coś się wyraźnie
zmieni. I ja tu mam wątpliwości, szczególnie co do trybu tego wyboru, co do
tego, w jaki sposób przebiegała debata wokół tego wyboru.
H.S.: No a ma pan
zastrzeżenia i do Hermana Van Rompya i do Catherine Ashton w ogóle?
P.K.: Dzisiaj
to nie jest kwestia, byśmy mieli zastrzeżenia. Dzisiejszy Guardian pyta, czy samochody Brukseli albo Pekinu przystaną na te
nazwiska. Oczywiście możemy sobie zadawać pytanie, czy te nazwiska są
wystarczająco silne, by czołowe postaci na świecie w Chinach, Stanach
Zjednoczonych, przywódcy tych państw czy przywódcy Rosji uważali właśnie, że to
jest ten główny partner w Europie. To pokaże czas. Kiedy oni zostali wybrani,
trzeba życzyć im wszystkiego najlepszego, trzymać kciuki szczególnie za to
tworzenie się zewnętrznej polityki Unii Europejskiej. To szalenie jest ważne
dla Polski, to jest takie żłobienie kolein, po których będziemy w Unii
Europejskiej przez wiele lat się potem przemieszczali. Więc my nie mamy powodu,
żeby życzyć źle. Mamy powód, żeby życzyć dobrze, ale mamy też obowiązek i prawo
pytać, dlaczego w taki sposób dokonuje się ten wybór na tak ważne stanowiska,
szczególnie że przez wiele miesięcy obiecywano nam, że pod rządami traktatu
lizbońskiego będzie zupełnie inaczej. I ja myślę, że wiele osób w dobrej woli w
to uwierzyło. I mamy prawo o to pytać i pana premiera, i polityków
europejskich, nie ma w tym nic nadzwyczajnego.
W.M.: Ale w Polsce
komentarze są takie: przywódcy największych państw nie chcą silnych instytucji Unii
Europejskiej, które miał stworzyć traktat lizboński, i to nie powinno cieszyć
Polski.
P.K.: No więc
zastanówmy się. Jeśli nie chcą silnych instytucji europejskich, a przez tak
długi czas wmawiano nam, że właśnie chodzi o to, żeby ten instytucje
europejskie były silne, jeśli sam pan premier Buzek, dzisiaj przewodniczący Parlamentu
Europejskiego, mówi, że jeśli już, to ten główny telefon to będzie telefon do
pani Catherine Ashton, a nie do nowego przewodniczącego czy tego prezydenta
Unii, więc jeśli to tak jest, to zastanówmy się, dlaczego tak jest? No pewnie
jest dlatego, że jednak w Unii dominują te narodowe egoizmy. Takie są
dominujące komentarze też wśród tych, którzy obserwują życie brukselskie.
Wczoraj z kilkoma osobami miałem okazję dłużej porozmawiać i widać wyraźnie, że
nawet dla takich najbardziej proeuropejskich komentatorów te egoizmy, które się
pojawiły w ostatnich latach, są bardzo mocne, są niepokojące, dlatego że to
jest właśnie zawsze to pytanie: czy szukamy takich rozwiązań, w których przywódcy
Europy będą reprezentowali szersze spektrum interesów, spraw, w tym szczególnie
nabrzmiałe problemy Europy Środkowej, czy też zgadzamy się na to, że to będzie jedynie
gra kilku dużych państw, czyli to, co niektórzy nazywają właśnie koalicją La
Manche?
W.M.: Mamy w Polsce
kolejną sprawą, sprawę ze wsi Narty na Mazurach. No, niestety, albo „stety”
według prawa, niech pan to skomentuje – obywatelka Niemiec przejmie prawdopodobnie
swój dawny dom, a polskie rodziny zostaną na bruku.
P.K.: To jest
kolejna z tych spraw, w których nie wystarczyły obietnice i takie łatwo
wypowiedziane słowa, słowa, że nie ma problemu. Przypominam, że kilka lat temu
w trakcie kampanii wyborczej myśmy te kwestie podnosili i wówczas mówiono nam,
że nie ma potrzeby wywoływać strachów, że nie ma potrzeby się bać, że dzisiaj w
Europie takich problemów nie ma. No, okazuje się, że są...
H.S.: Ale prawo
jest prawem, panie pośle.
P.K.: Prawo
jest prawem, ale państwo szczególnie w stosunku do tych osób, które podjęły
wielki trud życia w takich miejscach właśnie, jak Narty czy w wielu innych miejscach na
Zachodzie Polski, państwo musi gwarantować bezpieczeństwo także tej własności.
W.M.: A co zrobiło
Prawo i Sprawiedliwość w tej sprawie?
P.K.: Panie
redaktorze, w tej sprawie Prawo i Sprawiedliwość proponowało rozwiązania, kiedy
byliśmy u władzy, zwracaliśmy uwagę na ten problem w trakcie kampanii
wyborczej. Wówczas byliśmy atakowani. Dzisiaj jesteśmy w opozycji i myślę, że i
na tę sytuację zareagujemy. Ale ja jestem absolutnie przekonany, że to dzisiaj
jest pytanie nie do Prawa i Sprawiedliwości.
W.M.: Ale to może być
precedens.
P.K.: To może
być niebezpieczny precedens. Mówiliśmy o tym, zwracaliśmy uwagę jeszcze w
czasie negocjowania traktatu, zwracaliśmy uwagę na problem własności ziemi
wielokrotnie, proszę sobie przypomnieć. Dzisiaj pytanie nas o to to jest
pytanie o to, czy mieliśmy rację. I cóż z tego, że człowiek ma na koniec taką
gorzką rację?
W.M.: Polska
ziemia cieszy się olbrzymim wzięciem w Unii, w zeszłym roku poszło aż 1285
hektarów. To trzy razy tyle niż w 2007. Te grunty będą się jeszcze bardziej
sprzedawać, najwięcej kupują u nas Niemcy i Holendrzy. To chyba nie powinno nas
martwić. Czy powinno?
P.K.: Panie
redaktorze, ziemia jest bardzo ważnym czynnikiem kształtującym tożsamość,
ziemia jest bardzo ważna także dla współczesnych społeczeństw i własność ziemi,
i państwo nie może wobec tej kwestii pozostawać obojętne. Decyzje dotyczące
tego, w jaki sposób będzie można handlować ziemią, zapadały w czasie, kiedy
wstępowaliśmy do Unii. Być może wówczas trzeba było pomyśleć o jakichś
rozwiązaniach dodatkowo, może nie tyle powiedziałbym zabezpieczających, co
lustrujących ten proces obrotu ziemią właśnie z punktu widzenia bezpieczeństwa,
z punktu widzenia bezpieczeństwa własności. Być może dzisiaj trzeba do tego
tematu wrócić.
H.S.: Panie pośle,
już na zakończenie – sprawa abonamentu. Płaci pan abonament?
P.K.: Tak,
płacę abonament i myślę, że wszyscy, którym droga jest kwestia kultury
narodowej, którzy uważają, że... Znowu – tu mówiliśmy o własności ziemi,
pewności własności w Polsce, pewności decyzji polskich urzędów. W jakimś sensie
pyta mnie pan o to samo, bo jakby drugim obliczem tego problemu tożsamości jest
kwestia kultury narodowej, jest kwestia możliwości dysponowania środkami, za
które możemy tworzyć, możemy mieć kontakt z kulturą, możemy prowadzić edukację kulturalną,
możemy mieć dostęp do informacji, do szerokiej informacji pluralistycznej,
możemy się zapoznawać z różnymi punktami widzenia. Co jest fundamentem tego w
Europie? Fundamentem tego w Europie jest w każdym kraju publiczne radio,
publiczna telewizja. U nas od kilku lat mamy do czynienia z takim zmasowanym
atakiem, przykro to powiedzieć, dziś partii rządzącej no właśnie na publiczne
media. Myślę, że...
H.S.: Swego czasu
premier namawiał wręcz do niepłacenia abonamentu.
P.K.: Tak,
więc oprócz tego, że to jest szereg prób rozwiązań ustawowych, by wyraźnie
osłabić publiczne radio i telewizję, no to były również takie demoralizujące
wezwania do tego, by nie płacić, osłabiać płacenie abonamentu, nie zwracać na
to uwagi. Myślę, że to wszystko w takim działaniu bez opamiętania ze strony
rządu, dlatego że nie mogę sobie wyobrazić, dlaczego w tej sprawie nie
wypowiada się publicznie minister kultury, który przecież musi rozumieć, że
radio i telewizja to nie są tylko wypowiedzi polityków, to nie są tylko
audycje; to są ogromne przedsięwzięcia kulturalne, w przypadku radia chyba
łącznie z dwoma orkiestrami na przykład, ale już nie mówię o orkiestrach, mówię
o archiwach, mówię o aktualnej działalności...
W.M.: Jest jeszcze
chór.
P.K.: Właśnie,
jest jeszcze chór w Krakowie. Dlaczego...
H.S.: No, minister
kultury rozumie trudną sytuację, ale mówi, że nie może pomóc.
P.K.: To jest
kwestia odpowiedzialności. Wtedy, kiedy rząd tak znowu jak w poprzednich sprawach,
o których mówiliśmy, kiedy rząd rozkłada ręce i mówi: my za to nie odpowiadamy,
my nic nie możemy zrobić, my nie dajemy rady, to nie jest w naszych
kompetencjach, to jest zdumiewająca postawa rządu, dlatego że ja myślę, że
wszyscy – niezależnie od poglądów politycznych, temperamentów – chcieliby
takiego rządu, który się czuje odpowiedzialny za sprawy bezpośrednio, a jeśli za
jakąś sprawę nie jest odpowiedzialny bezpośrednio, nie może jej rozwiązać
dzisiaj, to proponuje jakieś rozwiązania, stara się wpłynąć na jakieś
rozwiązania. Powiedzenie, że nas nie interesuje kultura narodowa, że nas nie
interesuje własność, że tak już jest i tak musi być, to nie jest powiedzenie...
to nie są słowa poważnego rządu w dojrzałym kraju w Europie. I trzeba na to
zwracać uwagę.
W.M.: Dziękujemy za
rozmowę. Paweł Kowal, europoseł Prawa i Sprawiedliwości, z brukselskiego studia Polskiego Radia.
P.K.: Dziękuję
bardzo.
(J.M.)