• narzędzia

Charles Darwin

czwartek, 1 stycznia 2009

Przeciętny Brytyjczyk patrzy w twarz Charlesa Darwina kilka razy dziennie. Jego oblicze widnieje bowiem na 10 funtowych banknotach, chyba najpopularniejszym nominale w Wielkiej Brytanii. Kim był człowiek, który zasłużył sobie na tak zaszczytne miejsce w naszej rzeczywistości?

Charles Darwin w wieku 7 lat, źr. Wikipedia.
Strzelają butelki od szampana, dyrektorzy muzeów zacierają ręce w oczekiwaniu na tłumy, które już za niedługo będą szturmować ich progi, a szkoły ogłaszają konkursy na najbardziej odkrywczą pracę o ewolucji. Jednym słowem rozpoczął się Rok Darwinowski. Dokładnie 200 lat temu, 12 lutego 1809 roku, w niewielkiej miejscowości Shrewsbury znanej głównie dzięki corocznej wystawie kwiatów, rodzinie Darwinów urodził się chłopczyk. Byłby on zapewne pupilkiem swojego dziadka Erazma, ponieważ jak głoszą niemal już hagiograficzne podania o młodości Darwina, od najmłodszych lat interesowało go wszystko, co związane z naturą. Gdyby nie jego przedwczesna śmierć, młody Darwin znalazłby wspaniałego mentora w osobie Erazma Darwina, wybitnego naturalisty i jednego z ojców założycieli Lunar Society, koła dyskusyjnego, którego członkowie omawiali najgłębsze tajniki filozofii i nauk ścisłych.

200 lat od narodzin jubilata to jednak nie jedyna okazja do świętowania. Również w tym roku upływa 150 lat od publikacji jego wiekopomnego dzieła, kilkusetstronicowej księgi, która obróciła ówczesne postrzeganie świata do góry nogami. To właśnie dzięki O pochodzeniu gatunków drogą naturalnego doboru czyli o utrzymywaniu się doskonalszych ras istot organicznych w walce o byt, bo tak brzmi pełny tytuł chyba najbardziej znanej publikacji z dziedziny biologii, Darwin wszedł do panteonu wielkich myślicieli, a jego nazwisko stało się synonimem nowego nurtu w badaniach naukowych. I bez względu na to, czy jest się gorącym orędownikiem idei ewolucji, czy też spluwa się pod siebie na sam dźwięk nazwiska Darwin, rok 1859 trzeba uznać za przełomowy, i to nie tylko dla biologów, ale i dla wszystkich naukowców.

W ciągu pięćdziesięciu lat, jakie dzielą te dwie jakże hucznie uhonorowane daty, Darwin bynajmniej nie próżnował. W 1825 roku jego ojciec, cieszący się znaczną reputacją lekarz, wysłał go na studia medyczne do Edynburga. Jednak młody Charles wykazywał raczej skłonności by pójść w ślady dziadka a nie ojca - i zamiast skrupulatnie uczęszczać na zajęcia, uczył się wypychać zwierzęta. Wkrótce też stało się jasne, że kariera lekarska nie jest szczytem marzeń studenta który wolał przesiadywać na wykładach Stowarzyszenia Pliniuszowego gdzie omawiano najnowsze odkrycia z dziedziny nauk biologicznych. W rezultacie ojciec zapisał go do Christ’s College na Uniwersytecie w Cambridge, licząc po cichu, że jeśli już nie doktorem, to jego syn zostanie przynajmniej duchownym. I wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku, jako że Charles zdał egzaminy z całkiem niezłymi ocenami, aż do momentu gdy w 1830 roku na domowy adres Darwina przyszedł list z propozycją pracy u boku Roberta FitzRoya na pokładzie statku Beagle. Miał on wyruszyć już miesiąc później na kilkuletnią podróż wzdłuż wybrzeży Ameryki Południowej. Jak się okazało, ten list był przepustką Darwina do wielkiego świata nauki.

Podróż na Beagle

To, co miało być dwuletnia podróżą wzdłuż wybrzeży Ameryki Południowej, zmieniło się w pięcioletni rejs dookoła świata. Większość tego czasu naukowcy spędzili na lądzie, łowiąc rzadkie okazy nieznanych w Europie gatunków i, po wypchaniu, wysyłając je do Wielkiej Brytanii. Darwin prowadził też dziennik, w którym notował wszystkie swoje spostrzeżenia dotyczące świata z którym stykał się na co dzień. Pojawiły się w nim także zapiski dotyczące ptaków śpiewających z Wysp Galapagos, które zostały później nazwane ziębami Darwina. To właśnie one stały się podstawą jego teorii, która pierwsze swoje kształty zaczęła przybierać tuż po powrocie do Londynu 2 października 1836 roku. Ku swojemu zdziwieniu, Darwin dowiedział się, że 13 ptaków, które przywiózł ze sobą, a które na pierwszy rzut oka nie różniły się praktycznie niczym, być może, poza kształtem dziobów, należą tak naprawdę do 13 odmiennych gatunków. To dało mu do myślenia i choć w tym czasie rozważał zaledwie możliwość zmiany jednego gatunku w drugi (co zapisał w swoim czerwonym notatniku), to niedługo później, bo w 1837 roku rozpoczął spisywanie swoich bardziej rewolucyjnych idei dotyczących mechanizmu takich zmian w zeszytach, zwanym przez historyków nauki, notatnikami o transmutacji. W ten sposób poczęła się teoria doboru naturalnego.

Rozterki młodego badacza

Jednak z jej opublikowanie Darwin się nie śpieszył. Sprawdzenie szczegółów, przemyślenie mechanizmów świata istot żywych i w końcu, co być może najważniejsze, ustabilizowanie swojej pozycji na arenie naukowej, zabrały mu z górą dwadzieścia lat. W tym czasie zapoznał się on z dziełem Thomasa Malthusa pod tytułem Prawo ludności, w którym to autor stwierdził, że przyrost ludności, jeśli nie ograniczony żadnymi czynnikami zewnętrznymi typu epidemia lub ubóstwo, będzie rósł w postępie geometrycznym. W tym samym czasie zasoby, z których ta sama ludność może korzystać rosną zaledwie w postępie arytmetycznym. Łatwo obliczyć, że po upływie niedługiego czasu dla niektórych przestanie ich wystarczać. To dało Darwinowi do myślenia i pozwoliło sformułować pierwsze nieśmiałe próby wyartykułowania teorii doboru naturalnego.

Również w strefie prywatnej Darwin nie próżnował. To właśnie w tym czasie podzielił się swoimi przemyśleniami z kuzynką Emmą Wedgwood, by następnie oświadczyć się jej. Sam fakt, że zdecydował się na ten krok, świadczy o metodyczności umysłu badacza. Znany jest zapis w jednym z jego notatników, w którym w dwóch tabelkach spisał wszystkie ‘za’ i ‘przeciw’ małżeństwu. W pierwszej kolumnie widniało między innymi "zawsze to towarzyszka życia (i przyjaciółka na stare lata), (…) w każdym razie lepszy od psa", podczas gdy pod "przeciw" znalazło się "okropna strata czasu" i "ograniczanie wydatków na książki". Jak widać priorytety Darwina były dość specyficzne, ale w ostatecznym rozrachunku korzyści z posiadania kogoś u swojego boku przeważyły i w 1839 roku odbył się ślub. Jak się potem okazało, Darwin zrobił na nim całkiem niezły interes, ponieważ przez całe życie trapiły go rozmaite dolegliwości i napady do dziś nierozpoznanej choroby, w trakcie których Emma troskliwie się nim opiekowała. Mimo tych życiowych zawirowań niestrudzenie pracował on nad swoją teorią, troskliwie ważąc argumenty i dobierając przykłady, a także dając się poznać jako znakomity specjalista w tak różnorodnych dziedzinach jak geologia, gleboznawstwo czy studia nad morskimi bezkręgowcami.

Ewolucja – niebezpieczna idea

Tym większa musiała być jego konsternacja, gdy niemalże w przeddzień publikacji okazało się, że na to samo wpadł młody badacz Alfred Russel Wallace, pracujący w tym czasie zbierając rzadkie okazy na Borneo. Sytuacja okazała się na tyle trudna, że Darwin wraz z przyjaciółmi, wybitnym geologiem Charlesem Lyellem oraz botanikiem Josephem Hookerem, postanowili, że szkic nowej teorii zostanie ogłoszony na spotkaniu Towarzystwa Linneuszowskiego jako wspólna praca Darwina i Wallaca. Co ciekawe, wykład ten przeszedł niemal niezauważony, i dopiero publikacja O pochodzeniu gatunków w 1859 roku wzbudziła ogromne emocje, które nie cichną po dziś dzień. Darwin podważył w niej panujące w tych czasach przekonanie, iż Bóg stworzył wszystkie gatunki zwierząt raz i na zawsze, tak że od dnia piątego, aż po chwilę obecną nie zmieniły się ani o jotę. Być może nawet spostrzeżenie, że obecnie występująca fauna i flora musi wywodzić się z prymitywniejszych okazów, przeszłoby bez echa, gdyby nie narzucająca się prawda, że skoro ewolucja działa na wszystkie organizmy żywe, to i człowiek jest prawdopodobnie jej wytworem.

Sam Darwin jak ognia bał się tej kwestii, co zaowocowało dość lakonicznym stwierdzeniem w jego dziele, że "i na pochodzenie człowieka musi w końcu paść światło". Nie uchroniło go to od powszechnej interpretacji jego teorii jako próby udowodnienia że ludzie pochodzą od małp. I tak też został zapamiętany. Jego liczne karykatury gdzie przedstawiony jest jako małpa z ludzką głową przystrojoną niebagatelnych rozmiarów brodą przetrwały do dnia dzisiejszego w powszechnej świadomości i składają się na obraz ‘ojca ewolucjonizmu’.

Do rozwiązywania tej kwestii Darwin przystąpił w kolejnym bestsellerze O pochodzeniu człowieka, w którym tym razem jasno przedstawił swoje poglądy na temat naszych przodków, a nawet, zapewne przypadkowo, zgadł, że kolebką pierwszych ludzi była Afryka. Jednak w tym czasie (był już rok 1871) w jego postulatach nie było już nic zaskakującego. Najwyraźniej ludzkość zdołała się przyzwyczaić do tej jakże niewygodnej myśli, że nasi dalecy przodkowie skakali po drzewach. Nie powinno więc dziwić, że człowiek, który nam to uzmysłowił, został pochowany ze wszystkimi honorami obok Isaaca Newtona w Opactwie Westminsterskim.

Darwina można rozmaicie oceniać, ale trudno nie zauważyć, że miał niesamowite szczęście. Urodził się w czasach, gdy wszystkie elementy układanki zostały już odkryte lub były powoli ujawniane w trakcie jego życia. W tym czasie rozwinęła się geologia, coraz więcej szczątków wymarłych gatunków znajdywano w pradawnych osadach pochodzących z najróżniejszych zakątków globu, a w końcu nawet i dogmat dosłownej interpretacji Biblii zdawał się chwiać w posadach. Świat naukowy potrzebował kogoś, kto stanął na barkach gigantów, w końcu zebrał wszystkie elementy i ułożył je w całość. Tym kimś okazał się być Charles Darwin.

Iza Romanowska

W trakcie pracy korzystałam z książki Roberta Wrighta Moralne zwierzę. Dlaczego jesteśmy tacy, a nie inni: psychologia ewolucyjna a życie codzienne. Stamtąd też pochodzą wszystkie cytaty.


Zobacz gdzie »
Drukuj   |    Poleć znajomemu   |    Dodaj do:
Komentarze do artykułu: 19 Dodaj nowy komentarz
kopik
2009-01-01 17:17:10
List pasterski Episkopatu Polski na Niedzielę Świętej Rodziny


Siostry i Bracia!
Umiłowani w Chrystusie Panu!
Radość wielka, która z okazji Bożego Narodzenia staje się udziałem całego ludu, to radość z narodzenia Dziecka. Niestety, nie wszyscy dostrzegają w Nim nadzieję dla świata. Herod widzi w tym Dziecku zagrożenie i poleca mordować dzieci. Ponieważ i dzisiaj narasta agresja wobec rodziny i życia ludzkiego, pragniemy umocnić rodziny w pełnieniu ich powołania, a równocześnie prosić wszystkich, aby bardziej zdecydowanie troszczyli się o życie każdego człowieka.

Rodzino płodna w dzieci,
bądź błogosławiona!
Najpierw serdecznie, z szacunkiem i wdzięcznością pozdrawiamy wszystkie katolickie rodziny. Niech Bóg błogosławi matkom i ojcom, którzy zjednoczeni we wzajemnej i nierozerwalnej miłości wychowują swoje dzieci, traktując to jako życiowe powołanie. Jesteście piękni w Waszej Miłości. Jesteście wielcy w Waszym poświęceniu. Cenne jest Wasze świadectwo, że dojrzała Miłość i rodzicielstwo idą razem. Wasze dzieci są nie tylko Waszymi "skarbami". One naprawdę są nadzieją Kościoła i świata. One, patrząc na Was i na Waszych przyjaciół, chłoną świat Waszych wartości. Jakąż radością i nadzieją napełniają się nasze serca, gdy patrzymy, jak dzieci kochają dzieci. O stosunku do życia w następnych pokoleniach zadecydują dzieci wychowane w rodzinach otwartych na życie! Uściskajcie je od nas, gdy wrócicie do domu.
Ze szczególnym szacunkiem pozdrawiamy rodziny wielodzietne. Ostatnio lansuje się dziwne przekonanie, że rodzina z trójką dzieci to już rodzina "wielodzietna". Dzięki Bogu są też w Polsce naprawdę wielodzietne rodziny, które zgodnie ze wskazaniami Soboru Watykańskiego II potrafią zarazem roztropnie i wielkodusznie planować większą liczbę dzieci. Ta wielkoduszność zasługuje na szczególną wdzięczność Narodu, bo bez niej nie miałby przyszłości. W tym miejscu ciśnie się bardzo poważne pytanie: Czy państwo daje należyty wyraz tej wdzięczności?
Niech Bóg błogosławi matkom i ojcom, którzy wspólnie oczekują narodzin dziecka. Ten czas oczekiwania niech służy pogłębieniu Waszej jedności małżeńskiej. Niezastąpione są także chwile, które małżonkowie spędzają razem; chwile pełne rozmów i wzruszeń nad misterium życia. Zadbajcie, aby dziecko rozwijające się pod sercem matki narodziło się też w sercu ojca. Trzeba przecież, aby żona nie była samotna ani w oczekiwaniu na dziecko, ani w rodzeniu, ani w wychowywaniu dzieci.
Rodzice dojrzali do rodzicielstwa rozumieją, że naprawdę urodzić to nie tylko dać życie, ale także zapewnić dzieciom utrzymanie oraz wprowadzić je w świat wiary i kultury. W tym kontekście patrzymy z niepokojem na plagę rozwodów. Z całym naciskiem trzeba bowiem powiedzieć, że ojciec, który przekazuje dziecku życie, a następnie opuszcza rodzinę, nie jest godzien nazywać się ojcem. Podobnie matka, która odchodzi z dzieckiem do innego. Żadne spotkania ani prezenty nie zastąpią zwyczajnej, codziennej obecności w rodzinie. Do pełnego rozwoju dziecko potrzebuje bowiem obojga rodziców i musi widzieć ich wzajemną miłość. Inaczej nie nauczy się być w przyszłości mężem czy żoną i będzie musiało stawić czoła niezawinionym spaczeniom swojej osobowości.

Tylko Bóg jest Panem życia
Jest w Polsce bardzo wiele małżeństw, które z niewypowiedzianą tęsknotą oczekują od lat na dziecko i proszą o nie Boga jak o największy dar. Pamiętamy o Was w modlitwie. Zachowajcie pogodę ducha. Darzcie siebie jeszcze tkliwszą miłością. Chrońcie Wasze serca przed rozgoryczeniem i pretensjami do Boga. Nie traćcie nadziei. Wiele rodzin, które jeszcze niedawno były w Waszej sytuacji, dzisiaj już cieszy się dziećmi.
Trzeba powiedzieć, że również Wasze oczekiwanie ma sens. Ono jest nie tylko ogromnie potrzebnym, ale też niepodważalnym świadectwem. Ze słowami można bowiem się spierać. Któż jednak odważy się zakwestionować Wasze życie szarpane tęsknotą za dzieckiem i jej niemalże podporządkowane. Chociażby czytając Wasze wypowiedzi na forach internetowych, można się przekonać, że Bóg tak głęboko zapisał w sercu człowieka powołanie do macierzyństwa i do ojcostwa, że bez dzieci małżeństwo nie potrafi być w pełni szczęśliwe.
Wyczekujący narodzin dziecka często doświadczają dramatu poronienia samoistnego. Każdego roku dotyka on w Polsce około 40 tysięcy rodzin. Zważywszy, że powodowany nim ból dotyka również rodziców i teściów, każdego roku cierpi w Polsce z tego powodu około 250 tysięcy osób. Usilnie prosimy w ich imieniu lekarzy i administrację szpitali, aby zechcieli uszanować ich ludzkie i rodzicielskie uczucia. Tym bardziej że poronienie samoistne często dotyka młode małżeństwa, które leczyły się, modliły i z niepokojem oczekiwały szczęśliwej chwili porodu. W takich wypadkach stajemy więc nie wobec "jednostki chorobowej", ale wobec rodziców, dziadków, a często też wobec młodszego rodzeństwa, którzy boleśnie przeżywają śmierć oczekiwanego i już kochanego przez nich dziecka, które ma prawo do szacunku i godnego traktowania. Natomiast ich niezbywalnym prawem jest pożegnać, opłakiwać i pochować to dziecko. To są światowe standardy. Rodzina ma prawo do pomocy duszpasterzy w zorganizowaniu godnego pochówku, a także życzliwego przyjęcia jej prośby o wydanie ciała dziecka przez odpowiednie władze szpitalne. Apelujemy o ludzką wyobraźnię.
Niestety, nikt nie może zagwarantować, że każde z oczekujących małżeństw będzie miało szczęście rodzić dzieci. Rozumiemy targające Wami myśli i emocje. W imię odpowiedzialności za prawdę musimy jednak powiedzieć, że w żadnym wypadku nie jest moralnie dozwolone uciekać się do zapłodnienia in vitro. Bóg i tylko Bóg jest Panem życia. Dzieci są Jego darem, a nie jednym z dóbr konsumpcyjnych. Nie istnieje "prawo do dziecka". Nie jest to opinia - jak czasami usiłuje się sugerować - Episkopatu Polski, ale zwyczajne nauczanie Kościoła katolickiego, dawno już wyłożone w oficjalnych dokumentach.

Adopcja i rodzinne domy dziecka
Nieprzeniknione są [Boże] drogi, ale zawsze pełne miłości. W wielu wypadkach bezdzietność pozostaje tajemnicą, którą być może zrozumiemy dopiero po drugiej stronie życia. Zawsze jednak warto rozeznać, czy Bóg nie powołuje nas w ten sposób do szczególnej odpowiedzialności za dzieci już urodzone, które z różnych powodów nie mogą wychowywać się w swoich rodzinach naturalnych. Szczytnej odpowiedzialności poprzez adopcję, rodzicielstwo zastępcze czy też prowadzenie z całym oddaniem rodzinnego domu dziecka. Nie bójcie się adoptować dzieci. Nie bójcie się rodzicielstwa zastępczego. A może czujecie powołanie, by założyć rodzinny dom dziecka? To musi być powołanie, a nie tylko praca zawodowa. Trudności będą jak w każdej rodzinie, ale satysfakcja i radość może nawet większa. Sieroctwo społeczne to bardzo wyniszczająca sytuacja. Pozwólcie dzieciom poznać ciepło rodzinnego domu. Wprawdzie ktoś inny urodził ich ciało, ale Wy możecie "rodzić ich serce" i walczyć o kształt ich człowieczeństwa. Tutaj w szczególny sposób brzmią Chrystusowe słowa: "A kto by jedno takie dziecko przyjął w imię moje, Mnie przyjmuje". Całym sercem błogosławimy Wam, Rodzice, którzy w taki sposób służycie dzieciom. Rozumiemy Wasze oczekiwanie na dostosowanie prawa polskiego tak, aby matka adoptująca niemowlę mogła od razu otrzymać urlop macierzyński. Niepokoją nas sygnały o zbyt zbiurokratyzowanym podejściu pracowników socjalnych. Niepokoi nas opieszałość sądów przy wydawaniu zgody na
adopcję. Życzymy Wam wiele ludzkiej życzliwości i zrozumienia ze strony wszystkich, że tutaj chodzi nie o "problem", ale o żywe dzieci, dla których ludzkiego rozwoju miłość i ciepło rodzinnego domu mają zasadnicze znaczenie.

"Przyszłość ludzkości idzie przez rodzinę"
Siostry i Bracia! Nasze pełne ciepła, szacunku i wdzięczności słowa biorą się stąd, że zarówno jakość życia poszczególnych osób, jak i przyszłość świata zależą od rodziny. Od najdawniejszych czasów było to oczywiste dla wszystkich ludów na wszystkich kontynentach. Historia kultury ludzkiej dostarcza na to niezliczonych świadectw.
Dzisiaj - niech Bóg nam będzie miłosierny - ataki na małżeństwo i rodzinę stają się z każdym dniem coraz silniejsze i coraz bardziej radykalne zarówno na płaszczyźnie ideologicznej, jak i w sferze prawodawstwa. Stolica Apostolska - zawsze wyważona w słowach - ubolewa, że "nigdy do tego stopnia, co dzisiaj, naturalna instytucja małżeństwa i rodziny nie była ofiarą tak gwałtownych ataków".
Oto zaprzecza się najbardziej oczywistym faktom. Wypacza się i ośmiesza najbardziej ewidentne rzeczywistości. W czasie poważnych kongresów światowych usiłuje się przedefiniować podstawowe pojęcia związane z płcią, małżeństwem i życiem. W ramach tzw. genderowej rewolucji głosi się, że bycie pod względem płci kobietą bądź mężczyzną to jedynie wynik ograniczeń kulturowych, z których "nowoczesne" społeczeństwo musi się wyzwolić. Próbuje się nazywać małżeństwem związki dwóch osób tej samej płci. Nagłaśnia się i idealizuje mniejszości seksualne. Takie pary domagają się tych samych praw, jakie są zarezerwowane dla męża i żony. Nawet "prawa" adoptowania dzieci. Mówi się o tym w kategoriach "praw człowieka" i "wolności". To wszystko niszczy człowieka i urąga jego godności. Gdy na początku XX wieku zgubna ideologia komunistyczna zaczynała docierać do Polski, wielu przestrzegało przed niebezpieczeństwem błędnego myślenia o człowieku. Zlekceważono ich albo poddano zaciekłym prześladowaniom. I oglądaliśmy na własne oczy, jak tenże błąd antropologiczny doprowadził do upadku całego systemu. Dzisiaj nurty postoświeceniowe popełniają ten sam błąd w myśleniu o człowieku. Stolica Apostolska ostrzega, że może to doprowadzić do cywilizacji postludzkiej. Czy chcemy wyciągnąć z tego wnioski?

Na ratunek człowiekowi
Wzywamy zatem wszystkich ludzi dobrej woli. Musimy ratować człowieka. Liczymy na pomoc dziennikarzy. Jest pośród Was wielu prawdziwych humanistów. Nie raz pokazaliście ile dobra potraficie wzniecić w świecie i z jakim profesjonalizmem służyć wielkim sprawom.
Odważcie się zatem z prawdziwą wolnością szukać prawdy i służyć prawdzie o człowieku. Po co negować, że człowiek jest powołany i zdolny do miłości, do ofiary i do budowania prawdziwej i trwałej jedności małżeńskiej między kobietą i mężczyzną? Oczywiście, że to wymagająca droga, ale właśnie ona prowadzi do szczęścia, którego sami pragniecie. Czyż wędrowcy, którym chwilowo zabrakło sił, aby się wspinać na szczyty, muszą dla polepszenia swego samopoczucia gwałtownie zaprzeczać ich istnieniu? Po co jako ideał ludzkiej wolności przedstawiać karykaturę człowieka, schlebiając najniższym instynktom ludzkim? Równocześnie zaś po co stwarzać wrażenie, że wszelkie słabości i nieprawości, przez które miłość ludzka bardzo często doznaje sprofanowania, a które Pismo Święte ukazuje od tysiącleci jako zupełnie sprzeczne z powołaniem człowieka do świętości, stanowi poszukiwaną przez wielu wartość? Przecież to nieprawda.
Jest też inne pytanie: czy to normalne, że razem z wolnością wypowiedzi wszedł - przede wszystkim na antenę radia i telewizji - wulgarny język ulicy? Czas skończyć z przemocą, brutalnością, mrocznością, obscenicznością, cynizmem. W imię odpowiedzialności za człowieka opowiedzcie się bardziej zdecydowanie po stronie dobra i piękna.

Rodzina drogą Kościoła
Wzywamy zatem wszystkich ludzi dobrej woli do pomagania rodzinie. Liczymy na pomoc dziennikarzy. "O szczególny wysiłek w tym względzie czuję się zobowiązany prosić synów i córki Kościoła" - pisał Jan Paweł II. Ci, którzy przez wiarę poznają w pełni wspaniały zamysł Boży, mają jeszcze jeden powód, ażeby wziąć sobie do serca rzeczywistość rodziny w naszych czasach, tych czasach próby i łaski. Winni oni kochać rodzinę w sposób szczególny. Polecenie to jest konkretne i wymagające. Kochać rodzinę to znaczy umieć cenić jej wartości i możliwości i zawsze je popierać. Kochać rodzinę to znaczy poznać niebezpieczeństwa i zło, które jej zagraża, aby móc je pokonać. Kochać rodzinę to znaczy przyczyniać się do tworzenia środowiska sprzyjającego jej rozwojowi. Zaś szczególną formą miłości wobec dzisiejszej rodziny chrześcijańskiej, kuszonej często zniechęceniem, dręczonej rosnącymi trudnościami, jest przywrócenie jej zaufania do siebie samej, do własnego bogactwa natury i łaski, do posłannictwa powierzonego jej przez Boga. "Trzeba, aby rodziny naszych czasów powstały! Trzeba, aby szły za Chrystusem!". Do zadań chrześcijan należy także głoszenie z radością i przekonaniem "dobrej nowiny" o rodzinie - rodzinie, która odczuwa wielką potrzebę słuchania wciąż od nowa i rozumienia coraz głębiej słów autentycznych, objawiających jej własną tożsamość, jej wewnętrzne bogactwa, wagę jej posłannictwa w państwie ludzkim i w Państwie Bożym".
Na koniec prosimy Was bardzo serdecznie: odmawiajcie wspólnie Różaniec w Waszych rodzinach. Przez modlitwę różańcową złączymy się najściślej z atmosferą Domu w Nazarecie, gdzie Jezus "rósł i nabierał mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim".

Przyjmijcie nasze Pasterskie błogosławieństwo. Udzielamy go z Jasnej Góry zwycięstwa, gdzie od wieków zwykli pielgrzymować zakochani, małżonkowie, rodzice i dzieci, szukając światła i mocy. Podążajcie ich śladem.

Podpisali Kardynałowie,
Arcybiskupi i Biskupi obecni na 346. zebraniu plenarnym Konferencji Episkopatu Polski

Jasna Góra, 27 listopada 2008 Roku Pańskiego
emagie
2009-01-01 21:06:28
"(...), rok 1959 trzeba uznać za przełomowy, i to nie tylko dla biologów, ale i dla wszystkich naukowców. " raczej 1859Uśmiech
mała
2009-01-02 11:27:10
do kopika: to jest zdaje się nie na temat tego artykułu
tim
2009-01-02 14:45:59
Bardzo ciekawy artykuł prf. Macieja Giertycha z OPOKI.
Mnie zaintrygował fragment o niezgodności kierunku tworzenia ras z kierunkiem ewolucji. No i jeszcze, czy ktos dzis bierze poważnie tzw Teorie Oparina drugi filar "światopoglądu naukowego" w PRL-u.

O ewolucji w Rzymie

Na przełomie października i listopada odbyła się w Watykanie sesja Papieskiej Akademii Nauk poświęcona teorii ewolucji. Konkretnie tematem był: „Naukowy wgląd w ewolucję wszechświata i życia”. To w związku z Rokiem Darwinowskim, 200 rocznicą jego urodzin i 150 rocznicą ukazania się książki „O powstawaniu gatunków”. Dowiedziawszy się o tej sesji odszukałem adresy wszystkich członków Papieskiej Akademii Nauk (wśród nich ok. 1/3 to laureaci nagrody Nobla) i wysłałem im moją książeczkę (po angielsku) „O ewolucji w szkołach europejskich” wraz z listem przewodnim, w którym przedstawiam się i wyrażam nadzieję, że załączona książeczka przyda im się z okazji sesji, w której mają uczestniczyć.
Kilku akademików przysłało mi zdawkowe podziękowanie, ale kanclerz Akademii bp. Marcelo Sánchez Sorondo napisał dłuższy sympatyczny list. Wobec tego zapytałem go listownie, czy jakaś część tego posiedzenia jest otwarta dla publiczności, a jeżeli nie, to czy można by otrzymać osobiste zaproszenie. Otrzymałem potem informację, że bp. Sánchez Sorondo wyraził zgodę, abym uczestniczył w posiedzeniu w charakterze obserwatora bez prawa zabierania głosu. I tak oto stałem się w dniach 31 X – 4 XI uczestnikiem posiedzenia Papieskiej Akademii Nauk. Niestety, w dyskusji oficjalnej nie mogłem brać udziału, ale wykorzystywałem wszystkie przerwy do rozmów z uczestnikami i udostępniłem wszystkim zainteresowanym moją książeczkę. Podczas sesji dominował język angielski.
Moje spostrzeżenia z tego niecodziennego przeżycia są niepokojące. Wszyscy akademicy są naukowcami z najwyższej półki i referaty rzeczywiście były na najwyższym poziomie, ale niestety, bardzo wielu akademików to ateiści, a pozostali to zwolennicy teorii ewolucji dopuszczający możliwość ingerencji Bożej w jej przebieg. Oklaski po wypowiedziach ateistów były o wiele donioślejsze niż po wypowiedziach ludzi wierzących. We wszystkich dyskusjach po referatach główna linia konfrontacji przebiegała między ateistami a teistami na temat tego, czy Bóg jest potrzebny, czy zbyteczny do wyjaśnienia procesów ewolucyjnych. Wśród prelegentów i dyskutantów nie było żadnego krytyka teorii ewolucji.
Media, niezbyt rade, że Benedykt XVI w swoim przemówieniu do Akademii nie poparł teorii ewolucji, podkreślały głownie to, że Papież czule powitał Stephena W. Hawkinga i omawiały jego referat. Hawking to inwalida, porozumiewający się przy pomocy syntetyzatora głosu. Przeanalizował w swym referacie rozwój myśli ludzkiej na temat początku wszechświata. Pytanie o początek uznaje za tak samo absurdalne, jak pytanie o to, co znajduje się za krawędzią (przy tezie o płaskiej ziemi), czy o kierunek południowy na biegunie południowym. Nie ma go tam, choć biegun ten niczym nie różni się od innych punktów na globie. Hawking doszedł do wniosku, że łącząc ogólną teorię względności z teorią kwantową można uznać, że na pytania, „Czemu tu jesteśmy?” i „Skąd pochodzimy?”, odpowiedź znajdziemy w obrębie nauk ścisłych. Odrzuca tezę, że jest to temat nie należący do nauk ścisłych. Ten agnostyczny wniosek Hawkinga stał się głównym przesłaniem medialnym z konferencji.
Prof. Christian de Duve twierdził, że jesteśmy gatunkiem najskuteczniejszym na tym globie, ale za wysoką cenę. Tą ceną jest wyczerpywanie zasobów naturalnych, redukcja bioróżnorodności, wylesienia, zmiany klimatyczne, kryzys energetyczny, zanieczyszczenie środowiska, przeludnienie, konflikty i wojny. Kończy się zdolność naszej planety do utrzymania nas wszystkich. Konieczna jest redukcja ludności świata. Przywódcy religijni, a w szczególności Papież winni zaangażować się w promocję ograniczenia rozrodczości. Prelegent dostał najbardziej entuzjastyczne oklaski i to od przytłaczającej większości uczestników spotkania!
Prof. Maxine F. Singer mówiła o próbach zdyskredytowania teorii ewolucji przy pomocy tezy o „inteligentnym projekcie”, modnej dziś w USA. Z ubolewaniem podała, że tylko 40% Amerykanów akceptuje teorię ewolucji. Mimo tego, że Amerykańska Akademia Nauk nawołuje do odróżniania nauki od kreacjonizmu, w poszczególnych stanach o szkolnictwie decydują władze lokalne, pozwalając na krytykę ewolucji (np. w Luizjanie zadecydował tak gubernator Robert Jindal). Zagrożeniem dla teorii ewolucji stał się też głośny dziś film „Expelled” i książka Michaela Behe pt. „Darwin’s Black Box”. Według Singer, ewolucja to fakt udowodniony bez jakichkolwiek naukowych zastrzeżeń, a jedyne obiekcje pochodzą od religijnych fundamentalistów.
Prof. Pierre Léna mówił o nauczaniu ewolucji. Apelował, by traktować ją jako fakt naukowy. Dla niego nauka to praktyczny materializm i takie spojrzenie trzeba dzieciom przekazać.
Prof. Govind Swarup mówił o poszukiwaniach życia pozaziemskiego. Istnieją trzy drogi. Szukanie wody, szukanie planet lub księżyców, o warunkach podobnych do ziemskich, lub podsłuchiwanie sygnałów z kosmosu. Są też próby odtworzenia drogi powstania życia na ziemi na drodze syntetycznej. Prelegent spodziewa się wielkich postępów w tych badaniach, ponieważ narzędzia mamy coraz precyzyjniejsze.
Prof. Albert Eschenmoser przedstawił w bardzo ciekawy sposób obecny stan badań nad syntetyczną biologią, nad syntezą różnych związków organicznych i ich współdziałaniem. Przewiduje, że do sukcesu jeszcze daleko, ale podążając różnymi drogami, naukowcy uzyskają życie. Definiuje je jako „system chemiczny, który w danym środowisku jest samopodtrzymujący się i zdolny do darwinowskiej ewolucji”.
Prof. Marshall W. Nirenberg mówił o najnowszych badaniach nad kodem genetycznym, jego wariantach w różnych organizmach, różnicach między dziedziczeniem jądrowym i mitochondrialnym itd. Z wiekiem organizmu system przekazywania informacji genetycznej psuje się. Prelegent zauważył, że łatwiej jest skonstruować nowy organizm niż naprawiać starzejący się i stąd bierze się przemienność śmierci i narodzin.
Prof. Rafael Vicuña mówił o ewolucji bakterii, losowej lub selektywnej. Dał przykład podatnej na mutacje bakterii, która była niezdolna do trawienia arabinozy. Gdy hodowano ją tylko na arabinozie uzyskano dwie mutacje, jedną pozwalającą na trawienie arabinozy, a drugą unieruchamiającą gen blokujący trawienie tego cukru. Dzięki tym mutacjom bakteria ta była zdolna do przeżycia w środowisku, gdzie tylko arabinoza była dostępna jako substrat. Podobnych przykładów podał więcej. Trudne środowisko wymusza adaptację poprzez określone mutacje. To zjawisko uznał za pewien powrót do teorii Lamarcka – dziedziczenia cech nabytych. Vicuña wspomniał też o horyzontalnym transferze genów u bakterii (naturalna inżynieria genetyczna).
Więcej o horyzontalnym transferze mówił prof. Werner Arber. Wektorami (nosicielami) genów z organizmu do organizmu okazują się być plazmidy. Również wirusy mogą być wektorami. Tak więc drogą pozapłciową geny są przenoszone od organizmu do organizmu (my to naśladujemy tworząc organizmy genetycznie modyfikowane – GMO). Klasyfikacja bakterii winna być oparta na danych o genomie. Kryterium wzajemnej płodności jest nieprzydatne.
Prof. Takashi Gojobori mówił o DNA regulującym funkcjonowanie komórek nerwowych różnych organizmów. Im bardziej organizmy odległe systematycznie tym bardziej się różnią ich DNA. Uznał to za dowód na ewolucję. W moim przekonaniu przedstawił dane potwierdzające systematykę Linneusza, a nie filogenezę Darwina.
Prof. Ingo Potrykus mówił o konsekwencjach hodowli. Z jednego gatunku uzyskaliśmy kapustę, brukselkę, kalafior, kalarepę itd. Łączymy rasy, by uzyskać większą zmienność. W rolnictwie nie używamy naturalnych roślin. Teraz stosujemy inżynierię genetyczną, horyzontalny transfer genów. Hodowlę określił jako „sterowaną ewolucję”. Stwierdził, że hodowcy mogą dziś wykorzystywać wszelką informację już utworzoną w procesie ewolucji.
Prof. Yves Coppens (nie członek Akademii) przedstawił zarys obecnych poglądów na temat postulowanych przodków człowieka. Wszyscy praludzie chodzili wyprostowani, na dwóch nogach, żyli w tropikalnej Afryce, a ich mózgi progresywnie wzrastały w zakresie rozmiarów i stopnia skomplikowania. Ocenia on, że „wydarzenie hominizacyjne”, czyli ostatni krok ku człowieczeństwu, dokonał się wraz z wprowadzeniem kultury (technicznej, estetycznej i moralnej).
Prof. Luigi L. Cavalli-Sforza miał referat pt.: „Ewolucja człowieka jako proces historyczny i siły nią sterujące”. Mówił o badaniach nad izolowanymi populacjami ludzkimi (z Korsyki, kraju Basków, Wysp Owczych itd.). Populacje te bardzo różnią się od siebie, gdy porównuje się grupy krwi i DNA. Przez izolację i kojarzenia wewnątrz grupy tworzą się ludzkie rasy. Ostrzegł jednak, że wzywanie do utrzymywania czystości ras jest absurdem, bo takie izolowane rasy są genetycznie uboższe. Dla niego tworzenie ras to siła napędowa ewolucji.
Ten referat jak i wiele innych wskazywał, że procesy prowadzące do tworzenia ras należy traktować jako kroczki w ewolucji. Tymczasem rasy są genetycznie uboższe od populacji, z których się wywodzą. Ewolucja wymaga wzrostu informacji genetycznej, a nie jej utraty. Wymaga nowych funkcji i organów. Żaden z wygłoszonych referatów nie wskazał na jakiekolwiek procesy wspierające tezę o ewolucji, ale wszystkie traktowały ewolucję jako niepodważalny paradygmat.
Ze strony teistycznej najciekawszy referat wygłosił kardynał Christoph Schönborn (nie jest członkiem akademii). Referował dotychczasowe wypowiedzi Benedykta XVI (i kardynała Ratzingera) na temat teorii ewolucji. W dyskusji twardo bronił poglądu Papieża i swego, że Pan Bóg nie jest tylko od ingerencji w luki procesu ewolucyjnego, ale czuwa nad całością rozwoju świata. Na bezpośrednie pytanie, czy wierzy w ewolucję odpowiedział, że do udowodnienia tej teorii wiele jeszcze brakuje.
O tych lukach w ewolucji mówił także prof. Antonio Zichichi. Mówił o trzech wielkich wybuchach: 1) kosmicznym, 2) przy przejściu z materii nieożywionej do żywej i 3) przy przejściu od zwierzęcia do człowieka. Domagał się ingerencji Stwórcy, co najmniej przy tych trzech wybuchach. Zdarzenie jednorazowe nie nadaje się do powtórzenia i dlatego nie podlega naukowej analizie. W historii pojedyncze zdarzenie może mieć ogromne konsekwencje (strzał w Sarajewie, narodziny Napoleona itp.); gdyby ono nie zaszło, byłby inny bieg historii. W naukach ścisłych, gdyby nie było Galileusza czy Newtona, kto inny dokonałby ich odkryć. Na wyjaśnienia naukowe powstania życia lub człowieka ciągle czekamy. DNA jest potrzebne, ale niewystarczające do zdefiniowania człowieka. Zichichi zakończył stwierdzeniem, że największą mutacją było Zmartwychwstanie Chrystusa.
Kardynał Georges Cottier miał bardzo filozoficzny referat o niemożności udowadniania początku poprzez metafizykę. Skoro był początek to musi być Inicjator. Zwrócił uwagę na to, że pierwsze słowa Ewangelii św. Jana i Księgi Rodzaju (In principio...) należy inaczej rozumieć. „Zasada” (u św. Jana) obowiązująca zawsze, jest bardziej fundamentalna niż „początek” (w Księdze Rodzaju), sugerujący dalszy ciąg, o którym dyskutujemy.
Po referacie prof. Jürgena Mittelstrassa, który ostrzegał przed ingerencjami w genetykę człowieka, rozwinęła się długa dyskusja o sensowności takich ingerencji ocenianej z pozycji medycyny, eugeniki i perspektyw ewolucyjnych.
Najbliższy krytyki teorii Darwina był prof. Stanley L. Jaki. Bardziej jednak krytykował metodologię Darwina, niż teorię ewolucji. Skrytykował myślenie okrężne. Mówi się o przeżyciu przystosowanych, a przystosowani to ci, co przeżyją. Zwrócił uwagę na brak równowagi między tym, co się postuluje, a tym, co udowodniono. Ocenia jednak, że jedynie mechanizmy postulowane przez Darwina mogą wyjaśnić mnogość gatunków. Apelował, aby nauczać darwinizmu z jego zaletami, ale i z wadami. Prof. Jaki przyszedł tylko na swój referat i zaraz po dyskusji nad nim poszedł.
Prof. Francis S. Collins (nie członek Akademii), do niedawna dyrektor programu badania genomu ludzkiego, miał bardzo teistyczne wystąpienie. Według niego staramy się wytłumaczyć „jak?”, ale nie możemy wytłumaczyć, „dlaczego?”. Bóg jest poza czasem i dla Niego nic nie jest przypadkowe i nic nie jest skomplikowane. Wszyscy ludzie mają 99,6% genomu identyczne. Im systematycznie dalsze organizmy, tym mniej mamy wspólnych genów. Konkludował, że badania DNA potwierdzają teorię Darwina.
Było też szereg referatów astronomów o ewolucji kosmosu. Nie znam się na tym, więc streszczał nie będę. Stwierdzę tylko, że wszystkie akceptowały paradygmat o Wielkim Wybuchu, o rozszerzaniu się kosmosu i o jego ewolucji.
Siedziałem milcząco. Na przerwach próbowałem dyskutować z uczestnikami prywatnie. W programie sesji brakowało choćby jednego referatu krytycznego wobec teorii ewolucji, krytycznego z pozycji naukowej. Ci ludzie, w większości emeryci, nigdy nie słyszeli o wynikach naukowych kwestionujących teorię ewolucji. Przy takim doborze prelegentów nie usłyszy też o nich Kościół.
Rozumiem, że Kościół chce wiedzieć, co mówi świat nauki, również ten ateistyczny, ale poprzez tak ustawioną konferencję nie dowie się. Usłyszy jedynie głos swoich krytyków, znany na co dzień z wielu źródeł. Krytycy ci nie dostali riposty, przed którą musieliby się bronić argumentami naukowymi. Dostali jedynie zapewnienia, że Pan Bóg ma coś wspólnego z rozwojem świata, co łatwo im odrzucić jako wyraz fundamentalizmu religijnego, którym gardzą.
Podobna konferencja odbędzie się w dniach 3-7 marca 2009 r. Pod patronatem Papieskiej Rady ds. Kultury na papieskim Uniwersytecie Gregorianum ma się odbyć konferencja pt. „Biologiczna ewolucja: fakty i teorie”. Wśród prelegentów mają być znani propagatorzy teorii ewolucji, tacy jak Francisco Ayala, Gianfranco Biondi, Robin Dunbar, Douglas J. Futuyma, Stuart Kauffman, Giorgio Manzi, Lynn Margulis, Simon Conway Morris, Elliott Sober, David Sloan Wilson. Będzie też kilku uczestników omawianego powyżej posiedzenia Papieskiej Akademii Nauk. Oczywiście, będą też teologowie, a nawet jeden przeciwnik teorii ewolucji, adwentysta Dnia Siódmego (Ronald Numbers). Zanosi się na to, że pożytek z tej konferencji będzie podobny jak z tej w ramach Papieskiej Akademii Nauk. Zwolennicy ewolucji znów nie spotkają się z naukową krytyką tej teorii.

do tima
2009-01-02 15:27:56
Jeśli nie potrafisz streścić i napisac w skrócie własnymi słowami, to nie spamuj gigantycznymi wklejkami. I tak nikt tego nie będzie czytał!
tim
2009-01-02 16:10:34
mojemu polemiscie dziekuje za merytoryczną odpowiedz okazany mi szacunek i brak lekceważenia godny czytelnika Gazety Wyborczej Michnika i NIE jego przyjaciela Urbana.
an-tim-otum
2009-01-02 16:21:05
Polecam polski serwis ewolucyjny
http://www.ewolucja.org/ (tam możesz timie wklejać do woli wykładnię twoich poglądów na adekwatnym forum), a redakcję proszę o skrócenie lub usunięcie stąd wyklejanek pana Tima
tim
2009-01-02 16:44:52
proszę o usunięcie

znowy cenzura ---- Lenin -- Stalin -- Wilchelm Pik
tim
2009-01-02 15:49:00
Druga część artykułu prof. Macieja Giertycha z OPOKI.

Równolegle z posiedzeniem Papieskiej Akademii Nauk na temat ewolucji, odbyła się jednodniowa (3.XI.08) sesja na Uniwersytecie Sapienza w Rzymie na temat „Naukowej krytyki ewolucji”. Byłem tam jednym z prelegentów. Celem konferencji było przedstawienie wyników naukowych przeczących darwinowskiej teorii ewolucji.
Guy Berthault z francuskiej Ecole Polytechnique przedstawił swoje wyniki z zakresu sedymentologii (nauki o powstawaniu warstw geologicznych). Pracuje w wielkich laboratoriach hydraulicznych, gdzie za szybą obserwuje, jak materiał niesiony przez wodę porządkuje się w warstwy zanim dochodzi do jego osadzenia. Osady nie spadają z nieba. Najpierw jest erozja, potem transport, a potem osadzanie. W czasie transportu powstają warstwy. Berthault kwestionuje datowanie warstw geologicznych. Twierdzi, że powstają równocześnie, a o ich wielkości decydują ilość i ruchy wody, niosącej osady. Są to wyniki empiryczne, powtarzalne, do sprawdzenia. Dyskredytują wszelkie datowanie skał osadowych używane dziś w geologii i paleontologii.
Dr Jean de Pontcharra, francuski fizyk atomowy, przedstawił najnowsze zastrzeżenia wobec izotopowego datowania skał. Wielokrotnie uzyskuje się absurdalne wyniki, które trzeba odrzucić (np. datując skały o znanym czasie powstania – ze znanych erupcji wulkanicznych). Pierwotnie przyjmowano wiele założeń dotyczących zerowego wieku izotopowego magmy, braku wycieków lub wchłaniania pierwiastków po zastygnięciu, niezmienności procesów rozkładu izotopów itd. Dziś trzeba wiele z tych założeń zakwestionować, a tym samym zakwestionować przydatność metody do datowania skał wulkanicznych (skał osadowych nie datuje się izotopowo).
Dr Josef Holzschuh, geofizyk z Australii, mówił o konsekwencjach II prawa termodynamiki dla teorii ewolucji. Prawo to wymaga, by procesy energetyczne biegły ku wyrównywaniu, ku zużywaniu, ku chaosowi. Procesy samoczynne „pod górkę”, ku zwiększonemu ładowi, ku wyższym stanom energetycznym, ku wzrastającej organizacji są niemożliwe.
Prof. Pierre Rabischong, z Akademii Medycznej w Montpellier, mówił o perfekcji funkcjonujących systemów życiowych. Każdy organ to najlepsze rozwiązanie dla pełnienia danej funkcji, w każdym gatunku. Nie ma stadiów próbnych. Żadne mutacje nie dają nowych gatunków, co udowodniono w wielu doświadczeniach z bakteriami i muszkami owocowymi. Różnorodność powstaje z rekombinacji istniejącej zmienności a mutacje tylko zwiększają liczbę defektów. Wzrost embrionalny i uaktywnianie się funkcji w organizmie jest rygorystycznym realizowaniem programu zapisanego w genach.
Mój referat dotyczył mechanizmu powstawania ras, mechanizmu polegającego na redukcji zmienności genetycznej, a więc na procesie odwrotnym niż postulowana ewolucja. Traktowanie powstawania ras jako małych kroków w ewolucji jest błędem wielokrotnie podawanym w podręcznikach szkolnych. Wykazałem również, że powstawanie form odpornych na wyprodukowane przez człowieka odczynniki chemiczne (herbicydy, fungicydy, pestycydy itd.), nawet na drodze mutacji, to tylko mechanizmy obronne, broniące potrzebnych dla życia funkcji, a nie tworzące nowe.
Niestety wielkie media nie uznały za celowe odnotować tej sesji. Był mój wywiad w Radiu Watykańskim na temat obu sesji, w których uczestniczyłem oraz kilka notatek w niszowych pisemkach.

A mojemu polemiscie odpowiem że nikt głupi nie będzie tego czytał im wystarczy Gazeta Wyborcza Michnika i NIE jego przyjaciela Urbana.
do tima
2009-01-02 15:56:27
człowieku, załóż sobie bloga i tam publikuj swoje wywody i dowody
a wyzywanie od "głupich" ludziom, którzy maja inne poglądy niż Ty, świadczy wyłącznie na Twoją niekorzyść
«12 / 2»

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników. Polskie Radio S.A. nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Komentarze zawierające wulgaryzmy (art. 3 Ustawy o języku polskim z dnia 7 października 1999r.), będą usuwane.

Polskie Radio SA: reklama| archiwum| studia muzyczne| Chór PR w Krakowie|

Polska Orkiestra Radiowa| Orkiestra Kameralna PR AMADEUS| Redakcja Katolicka| Radiowe Centrum Kultury Ludowej| Radiowa Agencja Fonograficzna| Studio Reportażu i Dokumentu|

zamówienia publiczne|

RSS Podcast Kontakt Forum

Copyright © Nowe Media, Polskie Radio S.A. Wszelkie prawa zastrzeżone