Offensywa - Felietony Anny Gacek

KONIEC KRYZYSU

Piątek, 7 listopada 2008

Z przerażeniem stwierdziłam kilkanaście dni temu, że do końca roku 2008 zostało mniej niż 10 tygodni. Ani się obejrzę, a przyjdzie czas, by podsumowywać, katalogować, oceniać, wspominać, zapominać i tak dalej…Wśród wszystkich tych atrakcji szczególne miejsce ma rzecz jasna tworzenie rankingów płytowych. Ścieżki dźwiękowej do serialu „Życie”, odcinek pod tytułem: 2008.

I choć za wcześnie jeszcze na rankingi i podsumowania, jedna rzecz staje się coraz bardziej dla mnie czytelna – że był to szczególny w tej fonograficznej dekadzie rok – jak rzadko kiedy trudno wskazać jednoznacznie lidera zestawień, innymi słowy – najlepszą płytę roku 2008. I to w każdym znaczeniu, obiektywnym czy subiektywnym, masowym czy artystycznym. Co podniecało tłumy, co było niszowym arcydziełem, co zaskoczyło, co zachwyciło? Na wszystkie te zagadnienia są rzecz jasna odpowiedzi, ale raczej zdarzeniowe, zjawiskowe niż albumowe. Tak na świecie, jak i w Polsce.

Moment to o tyle szczególny w kraju, że lata 2006 i 2007 dały po płycie znakomitej. Mowa o „Lake & Flames” The Car Is On Fire i “Terroromansie” zespołu Muchy. Każda świetna według swojej definicji, obie ważne. Pierwsza udowodniła, że polski zespół potrafi i może. Druga, że w kraju z kalką i kopią w artystycznym herbie, można pisać niespecjalnie modne, za to świetne piosenki. Obie kogoś mocno obchodziły. Pierwsza zjednoczyła w entuzjastycznych recenzjach chyba wszystkich krytyków. Druga może poszczycić się niezłą sprzedażą, a przede wszystkim znakomitą rozpoznawalnością materiału, co na polskim „niezależnym” rynku nieczęste. W tym roku takiej płyty zabrakło. Jeśli mówiło się dużo, to okazywało się, że nie do końca o muzyce - patrz „Maria Awaria” Marii Peszek, albo o wszystkim, byle nie o muzyce – jak w przypadku fonograficznego debiutu zespołu Out Of Tune. Z kolei najlepsza moim zdaniem polska płyta tego roku, „Grey Album” Dick4Dick, przeszła trochę bez echa. Tak źle, i tak niedobrze.

Szczęśliwie, tegoroczna jesień dała nam płytę najbliższą ideałowi: mądrzy ludzie mówią/ a ci jeszcze mądrzejsi idą do sklepów i kupują, innymi słowy, podoba się i recenzentom, i słuchaczom. Mowa o płycie „Koniec kryzysu” zespołu Pustki, czekajcie, zerknę w recenzje: „rewelacji jesieni”, „jednej z najlepszych polskich płyt wydanych w tym roku”, czy – nie mogę sobie odmówić złośliwości przytoczenia i tego cytatu: „godnej następczyni fenomenalnej „Miłości w czasach popkultury” (to management zespołu). Czekaliśmy 10 miesięcy, by móc o jakiejś polskiej płycie pisać w tym roku takie słowa! I te wielkie znaczenia Bogu dzięki idą w parze z jakością materiału na tym albumie. Tyle, że przy całej swej znakomitości płyta Pustek nie jest w żadnym miejscu płytą wielką, superważną czy historyczną. Jest tylko i aż płytą bardzo, bardzo dobrą – pozbawioną niestety istotnego czynnika szczęścia, pewnego kontekstu, który chwyci ją mocno łapami i pozwoli opakować w szereg popkulturowych znaczeń. Zresztą, co ja tam wiem. O tym, czy jest to album dziejowy zadecydują wyłącznie słuchacze, nie recenzenci i z całą pewnością nie management zespołu Pustki.

„Koniec kryzysu” jest mocną czwórką w skali pięciogwiazdkowej. Zaczyna się i kończy wybitnie, ich „Senty menty” to najlepsza polska piosenka jaką słyszałam w tym roku, a tytułowy „Koniec kryzysu” wielki jest od czasów pewnej zielonej składanki, przez pewną mityczną EPkę („Shoes & Microphones”, anyone?), aż po swoje właściwe albumowe miejsce. Pomiędzy bywa równie znakomicie (numery 7, 8 i 11), najczęściej bardzo dobrze, a tylko niekiedy… trochę po nic, bo niestety największą wadą „Końca kryzysu” jest to, że to album o jakieś trzy piosenki za długi (tu urocza ironia, bo najsłabsza moim zdaniem piosenka na płycie ma tytuł „Pomyłka”). Te tylko poprawne numery budują może melancholijną całość, ale odciągają uwagę od tego, co naprawdę na tej płycie wartościowe. A jest co wymieniać: wokal Basi Wrońskiej (a star is born...), jej kompozycje, teksty Radka Łukasiewicza (choć należy się bacik za banalne „Chcę zrozumieć źle”), piękne brzmienie albumu, bardzo naturalne, co znakomicie komponuje z charakterem tekstów (te wszystkie przebiśniegi, kałuże, żołędzie, lisy, koty, psy, ćmy i mrówki…), doskonałe ułożenie piosenek, przez co można mówić o tak zwanym „wrażeniu artystycznym”, które najlepiej chyba sumuje się w tytule albumu i niewiele więcej trzeba na ten temat mówić, reszta jest w tekstach. A właśnie…

Tak wielu artystów odmawia drukowania swoich tekstów w książeczkach. Uważają, że słowa na papierze już nabierają innego znaczenia niż wtedy, kiedy są wyśpiewywane. I potrafię to zrozumieć. Potrafię też zrozumieć potrzebę pewnego kompromisu, na który zespół poszedł z wydawcą – nie wydał bowiem płyty, a książkę. Dzięki temu, czy może raczej przez to, znamy myśli i okoliczności dotyczące powstawania każdego z utworów, całego procesu twórczego od A do Z, tego co działo się w zespole i z jego muzykami… Dostaliśmy właściwie instrukcję obsługi płyty, jej odbioru. Szkoda. Słuchacz zespołu Pustki nie musi tego potrzebować. Ale takie czasy…

Aż się prosi o tę grę znaczeń. Zatem jak to jest z tym kryzysem w polskiej muzyce? Nastał wyczekany koniec? Mnie przez tę płytę raczej smutno niż wesoło. Ot, choćby koncert Pustek w Trójce. To jest przepaść między tym, co potrafią oni, a większość tych, których pokazujemy na naszej Offensywnej scenie. Ot, choćby te wszystkie recenzje. Nie było na kogo wylać tego potoku potężnie życzliwych słów, dobrze, że pod koniec roku trafił się „Koniec kryzysu”. Ot, choćby status zespołu – zachwycamy się nie lśnieniem debiutanckiego talentu, a efektem lat ciężkiej pracy, by się przebić, by zaistnieć w co bardziej szerokiej świadomości, by dorosnąć, by dojrzeć do nagrania tak mądrej płyty jak "Koniec kryzysu". 

Paul Weller powiedział kiedyś, że nie ma wstydu w popełnianiu błędów na albumach, w nagrywaniu nierównych płyt. Że takie postępowanie jest uczciwe. Ważne, by te kolejne płyty były, by nie czekać na nie wiadomo jak wybitną formę. To wszystko – te pomyłki i błędy  - pokazuje prawdziwy zespół, to jak czuje, myśli, jak chce grać. I to, zdaniem Wellera, jest jedyna słuszna droga artystycznego dojrzewania. Najważniejsze polskie płyty tego roku nie są zasługą debiutantów, co więcej, tegoroczni nowicjusze spisali się źle, ostatecznie już chyba pogrążając szansę na młodą, sprawną scenę gitarową, alternatywną, jakąkolwiek. Ale to inny temat. Wysoko oceniono w tym roku weteranów - Peszek nagrała płytę ze Smolikiem, Voo Voo – wiadomo, klasa. Powrót do formy CKOD – czwarta płyta, Pustki – czwarta płyta, moja ulubiona polska płyta tego roku – dziesiątkami można wymieniać wszystkie artystyczne zajęcia muzyków Dick4Dick. I tak dalej…

Wniosek z tego jeden. Jeśli cokolwiek uratuje honor polskiej muzyki, to tylko ciężka praca wytrwałych. Nam w tym kraju nie zdarzają się objawienia młodego wielkiego talentu. Trzeba szlifować mocno to, z czym się urodziliśmy na ziemi z zerowym stężeniem rock'n'rolla w powietrzu i mieć nadzieję, że czasem z tej pracy wyłoni się taki diament jak „Koniec kryzysu”.

Anna Gacek
anna.gacek@polskieradio.pl

Archiwum


Polskie Radio SA: reklama| archiwum| studia muzyczne| Chór PR w Krakowie|

Polska Orkiestra Radiowa| Orkiestra Kameralna PR AMADEUS| Redakcja Katolicka| Radiowe Centrum Kultury Ludowej| Radiowa Agencja Fonograficzna| Studio Reportażu i Dokumentu|

zamówienia publiczne|

Mapa strony RSS Podcast Kontakt Forum

Copyright © Nowe Media, Polskie Radio S.A. Wszelkie prawa zastrzeżone