Witam, dzisiaj będzie krótko i na temat.
To nawet nie felieton, tylko raczej wytłumaczenie się z jego braku. Kilka osób mnie pytało, więc wyjaśniam. Po kolei.
1. Dlaczego dopiero teraz?
Dobre pytanie – marzec 2010, gdy o roku 2009 już nikt nie pamięta, słuchacze są skoncentrowani na wyczekiwaniu premier, a nawet podsumowania dekady 2000-2009 są w większości za nami? Cóż, byłem ostatnio ostro zapracowany. Ale mam też lepszą wymówkę.
2. Dlaczego bez podsumowania, jak w 2008 i 2009?
Nie widzę powodu, by mnożyć byty. O wielu płytach z 2009 pisałem w serwisie Porcys lub/i na swojej prywatnej stronce (tam również ich zestawienie włącznie z precyzyjnymi ocenami, wciąż aktualizowane). Zapraszam! Single? Polecam bloga obecnego redaktora naczelnego Porcys. Blog nazywa się Carpigiani (carpigiani.wordpress.com). Wojtek przedstawił tam wyczerpujący ranking 100 najfajniejszych kawałków minionego roku, okraszając je paroma słowami komentarza, w formule telegraficznego skrótu, którą sam na stronach Offensywy praktykowałem w latach ubiegłych. Polecam to zestawienie z bloga Carpigiani. Mogę się pod nim podpisać w 90%, ewentualnemu przestawieniu uległyby tylko miejsca na liście, co dla całościowego obrazu nie ma większego znaczenia (dodam tylko, że mój singiel roku to "Want You Back" Nite Jewel).
3. Jakieś przekrojowe spostrzeżenia w związku z 2009?
Dla mnie to był rok jednego człowieka, który nazywa się Chaz Bundick. Jego publikowane nieoficjalnie, w Internecie utwory utwierdziły mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z wizjonerem i artystą sporego formatu. Nieważne, czy sygnuje swoje nagrania jako Toro Y Moi, czy Les Sins, czy działa w ramach (fikcyjnego chyba jak dotąd) projektu Sides of Chaz, czy ramię w ramię z Ernestem Greene’em (Washed Out) w grupie Life Partners, czy wreszcie w swoim wcześniejszym zespole The Heist and the Accomplice – zawsze są to rzeczy godne uwagi. Wydany w lutym 2010 debiutancki album Bundicka pod nazwą Toro Y Moi, zatytułowany Causers of This, to dla mnie piękne zwieńczenie trwającej od wakacji fascynacji stylem klasyfikowanym jako "chillwave" i dorobkiem Bundicka w roli głównego ogniwa tego nurtu. Zresztą, za parę lat "puryści" gatunkowi będą udowadniać, że "prawdziwy chillwave" (!) to był latem 2009 – jako wyluzowana, "chłodząca" ścieżka dźwiękowa do gorących, słonecznych dni. I w sumie to racja. Obecnie rosnącego w dużym tempie (jesienią wydaje drugi album dla oficyny Carpark) dorobku Bundicka nie podpinałbym już pod żadne nośne marketingowo hasło. Causers of This to wypowiedź całkowicie autorska, osobista i w sporym stopniu bezprecedensowa, która spaja większość bliskich mi tendencji w muzyce (shoegaze, instrumentalny progresywny hip-hop, komercyjny pop, r&b, synth-pop lat 80-tych, harmonie wokalne w duchu Beach Boys i tak dalej) w obrębie niesamowicie wzruszających, kunsztownych post-piosenek. Stąd z mojej, prywatnej perspektywy, to album, który na dziś wytrzymuje porównanie z każdą płytą na świecie. Nie znaczy to, że z każdą płytą wygrywa, ale też nie przypominam sobie krążka, który mógłby Causers of This znokautować, zdeklasować, zmiażdżyć tudzież wyraźnie nad nią zatriumfować. Ewentualnie pada remis ze wskazaniem na. I to też rzadko. A najfajniejsze w Bundicku jest to, że za kilka lat każdy będzie miał swoją inną, ulubioną płytę w jego dyskografii, bo to szalenie zdolny młody muzyk, dla którego fala glo-fi/hypnagogic była tylko mniej lub bardziej przypadkową odskocznią – i to już wyraźnie słychać.
Z innych zjawisk? Tak w skrócie, to... Inny wykonawcy zainspirowani Arielem Pinkiem spod znaku wyżej wspomnianej szkoły: Washed Out, Neon Indian czy Memory Tapes, a także twórczy tygiel Los Angeles, na czele z Dam-Funkiem, Nite Jewel i Kennym Gilmore'm (w 2010 proszę uważać na Teen Inc). Greg Kurstin (Bird and the Bee i drugi longplay Lily Allen) górujący nad konkurencją w kategorii popowej piosenki. Utalentowani i obiecujący początkujący "znikąd" (Baxter, Body Language). Potężne dzieła Flaming Lips i Sa-Ra oraz sensacyjny komercyjny sukces Animal Collective (choć przyznaję, że w świetnej formie artystycznej, co godne podkreślenia). Ciąg dalszy nostalgii za amerykańskim niezależnym rockiem z lat 90-tych – tak u żółtodziobów (Japandroids), jak i w udanych powrotach rutyniarzy (Polvo, Dinosaur Jr., Built to Spill). W Polsce objawienie na sporą skalę: Jazzpospolita, kreatywny splot czterech indywidualności, z pogranicza post-rocka, ambientu, jazzu, funku i czegoś jeszcze... I parę płyt przyzwoitych, nawiązujących poziomem do świata. O wykonawcach i dziełach powszechnie przereklamowanych nie chce mi się nawet pisać, choć byłoby tego sporo. Do tego dochodzi niepowtarzalne doświadczenie dwóch koncertów My Bloody Valentine w Barcelonie. A w sprawie mniej oficjalnych radości, smutków, zaskoczeń i rozczarowań to... "wiecie gdzie tego szukać", Drodzy Czytelnicy.
4. Co dalej?
Kończę epicką pracę nad swoim kolejnym albumem (nagrania rozpoczęliśmy niemal rok temu). Sporo "didżejuję" i czasem napiszę coś o muzyce, tu czy tam. Czyli po staremu. W 2010 czekam między innymi na wydawnictwa Jazzpospolitej, Nerwowych Wakacji, Furii Futrzaków, Cieślaka I Księżniczek, Ścianki, Eryki Badu, Uffie, The-Dreama czy Ciary. Zaś już niedługo obiecuję opublikować tutaj obszerny artykuł o latach dwutysięcznych w muzyce, pełen reminiscencji z perspektywy osobistej. No i ekscytuje mnie wizja koncertu Pavement w Polsce. Będzie się działo.
I to chyba tyle,
Pozdrawiam,
Borys Dejnarowicz