Udzielałem ostatnio wywiadu dla jakiejś telewizji i zostałem zapytany o rolę muzyki w moim życiu. O to, czy dużo słucham, czy jestem na bieżąco z nowościami, czy uważam, że muzyka łagodzi obyczaje, sublimuje zwierzęcą część, edukuje, otwiera drzwi do alternatywnych światów – a może wcale nie o uwznioślenie tu chodzi, tylko o zwyczajne wyżycie się, wytracenie pewnej porcji energii...
Mam problem z odpowiedzią na takie pytania. W sumie mam problem z odpowiedziami jako takimi, ale ten rodzaj pytań uwiera mnie jakoś szczególnie. Patrzę z podziwem na egzaltowane, pełne stylistycznych zawijasów wypracowania, które wylatują z rozmaitych światłych umysłów i czuję się przy nich jak Kaliban, który dopiero co nauczył się pierwszych liter ludzkiego alfabetu.
Właśnie przed chwilą rzuciłem okiem na elaborat innego offensywnego felietonisty, który z nadęciem godnym fundamentalistycznego samobójcy oraz manierą przywodzącą na myśl wypracowania licealnego prymusa-pięknoducha wypruł z siebie srylion nazw zespołów, które ułożyły się w jego subiektywną listę wydarzeń muzycznych roku 2007. Szacun. Ja naprawdę nie wiem jak się to robi. Nie wiem jak, po co, którą częścią mózgu lub serca. Czy jest to jakaś choroba? Syndrom patologicznego fana? Sposób na życie? Jakaś forma „semiotycznego kleju”, który umożliwia piszącemu ukonstytuowanie swej własnej, pokawałkowanej tożsamości?
A może tak naprawdę to ja jestem pokawałkowany, popsuty, niekompletny? Bo jako ten, który nie wie, nie potrafi przyjąć żadnej jasno zdefiniowanej pozycji, ułożyć się w klarowny ranking, przepytać, wyjaśnić, napisać, powiedzieć, jestem chyba bardziej skalejdoskopowany niż poczet potworów z „Doctora Who”. Podziwiam wzniosłe deklaracje ludzi, którzy twierdzą, że „muzyka jest sprawą najważniejszą, wręcz świętą”, ale jednocześnie – a może przede wszystkim – takie enuncjacje budzą we mnie wstręt. Tak samo, jak nie mogę znieść religijnych proroków albo ludzi opisujących odmienne stany świadomości po zażyciu psychotropów. To jest obrzydliwe. To się wylewa z ust jak smoła.
No i co ja mam z tą moją ułomnością zrobić? Znalazłem takie zdjęcie na majspejsie Perspects
http://static.flickr.com/60/188793581_381d5c6e3a.jpg
To zdjęcie chyba najlepiej uzmysławia mój stosunek do muzyki. Ciężka robota wykonywana przy użyciu protezy. Jest z tego sporo zabawy, ale źródło wygląda właśnie tak, jak na załączonej fotografii. I jak tu mówić o wzniosłych odczuciach, artystycznej sublimacji, wirtuozerskim przebieraniu palcami? Czym mam się nadmuchać, żeby wznieść się na taką wysokość, z której widać kulturalny horyzont roku 2007? A może te wszystkie wyżyny to jeden wielki pic?
Jak ja bym podsumował mijający rok? W pierwszym odcinku „Berlin Alexanderplatz” Fassbindera jest taka scena, kiedy Franz Biberkopf wychodzi z więzienia. Otwierają przed nim bramę, Franz wychodzi na ulicę. Słychać zgiełk. Bohater zasłania uszy i krzyczy z bólu. Za dużo tego wszystkiego.
Pozdrawiam
Kuba Wandachowicz