Dziennikarstwo w czasach PRL-u nie zajmowało się informowaniem społeczeństwa tylko wypełnianiem wytycznych partii.
Dziennikarstwo to zawód zaufania społecznego, a media, przynajmniej od dziesięcioleci, stanowią czwartą władzę. Te dwa stwierdzenia nijak się miały do peerelowskiej rzeczywistości.
Wystarczy sięgnąć do grudniowego numeru Biuletynu IPN, żeby się o tym przekonać. Po raz kolejny pracownicy IPN poruszają w nim temat, który do tej pory nie został całościowo opracowany. Realizowany w IPN projekt badawczy, dotyczący środowisk dziennikarskich w PRL, podsumowany zostanie ogólnopolską konferencją pod koniec bieżącego roku. Opublikowane zostaną również materiały źródłowe, m.in. dotyczące działań SB wobec środowisk dziennikarskich.
Realia, w jakich przyszło funkcjonować dziennikarzom, przybliża wywiad ze Sławomirem Cenckiewiczem i Danielem Wincentym. Pracownicy gdańskiego IPN przypominają w Biuletynie o podstawowych, dziś już zapomnianych, elementach „systemu medialnego” w komunistycznej Polsce. Telewizja i radio w całości podporządkowane władzy, cenzura, centralny przydział papieru, monopol w dziedzinie druku i kolportażu, czyli RSW w 95 procentach należąca do PZPR. W takiej sytuacji trudno mówić o jakimkolwiek pluralizmie. Do tego wszystkiego dochodził odpowiedni dobór kadr. Jak to zwykle bywa, wykorzystywano element kija i marchewki. Zwłaszcza ten drugi sprawdzał się znakomicie. Awanse, wyjazdy zagraniczne, czy też możliwość zakupu deficytowych towarów często stanowiły kluczowy element w pozyskiwaniu lojalnych i oddanych władzy dziennikarzy. Oczywiście metody te nie przynosiły zamierzonego przez komunistów skutku, czyli 100-procentowej kontroli środowiska i dziennikarskich redakcji. Należało więc sięgnąć po jeszcze jedną metodę - pozyskiwanie tajnych współpracowników. Co ciekawe, wielu z nich donosiło nawet na tych, do których władza miała pełne zaufanie. Pracujący w „Polityce” Kazimierz Koźniewski ps. „33” w swych raportach nie oszczędzał nikogo, począwszy od Mieczysława F. Rakowskiego, poprzez Daniela Passenta i Barbarę Pietkiewicz na Jerzym Urbanie skończywszy. Nie należy oczywiście całego okresu PRL traktować w taki sam sposób. Inaczej wyglądała sytuacja w czasach stalinowskich, a inaczej w latach osiemdziesiątych. Wydaje się, że akurat w czasach pierwszej Solidarności, a później stanu wojennego znaczna część dziennikarzy zdała egzamin. Warto sięgnąć do artykułu Grzegorza Majchrzaka „Wierność albo weryfikacja”, aby się o tym przekonać. Po wprowadzeniu stanu wojennego przeprowadzono ponad 10 tysięcy rozmów z dziennikarzami radia, prasy i telewizji. W ich wyniku, jak stwierdza badacz IPN, zwolniono z pracy ponad 10 procent środowiska dziennikarskiego, a dalszych 10 procent poddano różnym szykanom, przenosząc ich choćby na inne stanowiska.
Historia jednej współpracy
O sposobach pozyskiwania tajnego współpracownika i wypełnianiu przez niego swoich zadań mówi artykuł Adama Chmieleckiego – „+Jot+ nadaje”. Autor opisuje historię współpracy Jerzego Bekkera. Służba Bezpieczeństwa zainteresowała się nim w maju 1977 roku, gdy pełnił funkcję kierownika redakcji satyry Polskiego Radia. Oceniony przez SB, jako osoba o rozległych znajomościach w warszawskim światku kulturalnym, a jednocześnie człowiek niezwykle towarzyski i ujmujący sposobem bycia, wydawał się idealnym kandydatem na TW. Formalnie współpraca rozpoczęta została 13 maja 1977 roku. Co ciekawe, Bekker nie zgodził się na podpisanie zobowiązania do współpracy, co motywował „etyką” i tym, że wystarczy zgoda ustna. Według Adama Chmieleckiego, nowi przełożeni Bekkera nie byli do końca z niego zadowoleni. „Jot”, bo taki przyjął pseudonim, był często nieszczery i niedokładny w swoich relacjach. Co interesujące, a właściwie szokujące, nabytek SB twierdził, że trudno mu donosić na znajomych, natomiast nie miał żadnych zahamowań w stosunku do osób obcych. Jak wynika z materiałów przeanalizowanych przez Chmieleckiego, Jerzy Bekker do swoich „obowiązków” podchodził bardzo pragmatycznie. Informował tylko o tych sprawach, „które są mu znane i nie będą wymagały nakładu jego czasu prywatnego”. Kilkukrotnie „Jot” zwracał się do SB o „drobne” przysługi. Najczęściej chodziło o płacenie za mandaty drogowe. Według wyliczeń Adama Chmieleckiego, w czasie dwuletniej współpracy, SB wydała na „Jota” 4500 złotych. Koniec współpracy Bekkera z organami bezpieczeństwa był dość zaskakujący. Z powodu anulowania możliwości wyjazdów zagranicznych, 30 stycznia 1979 roku „Jot” odmówił dalszej współpracy. Nie wszystkie dokumenty, dotyczące współpracy Jerzego Bekkera, zachowały się, dlatego trudno stwierdzić na ile jego donosy zaszkodziły inwigilowanym osobom. Z jednej strony – jak stwierdza Adam Chmielecki - SB wysoko oceniała przekazywane przez niego materiały, z drugiej bez większych oporów zakończyła współpracę, a materiały przekazała do archiwum.
Bekker jeszcze do niedawna w różnych mediach komentował wydarzenia międzynarodowe. Nie unikał również tematów, dotyczących rozliczania się z przeszłością. 9 marca 2007 roku na pytanie o projekt lustracji wśród dziennikarzy odpowiadał: „Dziennikarz nie jest pracownikiem państwowym. Dziennikarzy oceniają czytelnicy, telewidzowie, słuchacze po tym, co mówi. Albo mu ufają albo nie. Zakładam, może niesłusznie, że przyzwoity, szanujący się dziennikarz pisze lub mówi zgodnie ze swoim przekonaniem.”
W rozmowie z Polskim Radiem online Bekker mówił, że lustracja dziennikarzy mediów publicznych może być słuszna. - Może słuszna jest decyzja, że lustracji powinni podlegać dziennikarze, którzy kierują publicznymi środkami informacji masowej. Oni odpowiadają za ogólny kierunek firmy, którą kierują. A jeśli mogą być podatni na szantaż, na wpływy to oczywiście ich sytuacja byłaby niesłychanie kiepska. Jeśli idzie o zwykłych dziennikarzy to jest to decyzja szefa - albo chce z nimi pracować, albo nie – tłumaczył. Zaznaczył, że decyzja o lustrowaniu dziennikarzy w mediach prywatnych powinna leżeć w gestii pracodawcy. - On odpowiada za to, kogo zatrudnia i za to, co ewentualnie ci ludzie mówią, piszą, pokazują. To jest jego sprawa – zaznaczył Bekker.
Jerzy Bekker, komentując swoją współpracę z SB, dziś po 30 latach, mówi o poczuciu wstydu i niesmaku, że dał się przyłapać i wciągnąć. Szybko jednak dodaje, że opowieść o jego współpracy jest śmieszna. - Penetracja środowiska dziennikarskiego w czasach Gierka była tak duża, że wszyscy, czy prawie wszyscy, byli wtedy wiernymi synami partii. Przynajmniej co drugi był pracownikiem, bądź współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa i nie wymagali żadnego rozpracowania – dodaje. Według Bekkera, niektórzy jego koledzy podejmowali swego rodzaju grę z SB. On tego nie zrobił, a zaszantażowany nie miał wyjścia i podjął współpracę. Jednak – jak zaznacza - na nikogo nie napisał donosu i nigdy nie słyszał, żeby ktoś z powodu „jego spotkań” doznał jakiejkolwiek krzywdy. Nie wyklucza, że mógł powiedzieć coś nieświadomie, nie zdając sobie sprawy z wagi tego, co mówił.
Były dziennikarz stanowczo zaprzecza, by dostawał jakieś pieniądze. Jednoczenie przyznaje, że SB „skasowało” mu dwa mandaty. - Miewałem swoje wpadki bolesne zresztą, bez pracy, bez mieszkania, bez środków do życia, więc może stąd pewna słabość i brak siły, żeby powiedzieć temu nieszczęsnemu człowiekowi (chodzi o oficera prowadzącego kpr. S Delakowicza – red.), żeby się po prostu odwalił – mówi Bekker.
Opisując rzeczywistość pracy dziennikarza w czasie PRLu, Bekker wspomina, że było to niezwykle lojalne środowisko wobec władz. - Nie wyobraża pan sobie chyba, żeby ludzie związani z PAP, telewizją, radiem, zwłaszcza z informacyjno–publicystycznymi redakcjami mogli być nieprawomyślni. Jeśli byli, to musieli ukrywać to tak głęboko, że nawet sami o tym nie wiedzieli – tłumaczył.
Piotr Dmitrowicz