Radio Chopin

Karl Böhm w Dreźnie: Schubert 1942 i 1979

Ostatnia aktualizacja: 19.06.2019 15:01
Nie jestem wielkim miłośnikiem Karla Böhma... ale jest kilka wyjątków. Należą do nich nagrania zebrane właśnie na tej płycie.
okładka
okładkaFoto: Profil

Znałem z nich dotąd jedno: niezwykłe, zatrzymane w czasie, choć wcale nie powolne (przeciwnie, pod dzisiejszą batutą Marissa Jansonsa ta muzyka trwa znacznie dłużej, choć np. Karajan jest szybszy) wykonanie Symfonii C-dur Schuberta, tzw. Wielkiej (jakiś czas temu nosiła nr IX, w tej chwili często oznaczana jest jako VIII – przy Schubercie nie powinniśmy się przyzwyczajać do numeracji, jeżeli już, to raczej do numerów katalogowych: D. 944). Pochodzi ono z wyjątkowego koncertu: pożegnania dyrygenta z orkiestrą Staatskapelle Dresden, 12 stycznia 1979 r. W swoim czasie było opublikowane na płytach NRD-owskiej Eterny. Przypomnienie tego nagrania w serii archiwaliów Staatskapelle na płytach firmy Profil jest elementem hołdu dla całej 45-letniej historii współpracy drezdeńskiej orkiestry – jednej z najważniejszych w Niemczech – z pochodzącym z Grazu dyrygentem.

Przybył on do orkiestry w nieszczególnie chlubny sposób: na miejsce usuniętego przez hitlerowców sprzeciwiającego się im Fritza Buscha (sympatie Böhma były odwrotne), i pozostał niemal do końca wojny. Po czym wrócił do Austrii, a w Dreźnie pojawiał się już tylko dla nagrywania płyt – przede wszystkim z muzyką Richarda Straussa, z którym zaprzyjaźnił się właśnie objąwszy orkiestrę drezdeńską, wówczas będącą także orkiestrą Opery. Stolica Saksonii była miejscem prawykonań oper Straussa, do czego przyłożył się także Böhm, otrzymując też od kompozytora dedykację Dafne.

O wszystkim tym mowa jest też w książeczce, w której znajduje się również angielskie tłumaczenie umieszczonej na płycie autobiograficznej wypowiedzi dyrygenta z 1956 roku. Esencją jest jednak muzyka: tym razem nie Straussa (jest go dużo na komercyjnych płytach), lecz wyłącznie Schuberta. Obok Symfonii C-dur podczas koncertu pożegnalnego zabrzmiała także Symfonia h-moll Niedokończona – i okazała się dziełem jeszcze wyższego skupienia, jeszcze szerzej zaplanowanej dramaturgii (kontrasty między drewnem a tutti!), przedstawionej z równą swobodą, olimpijskim spokojem. Jakby wszechwiedzące spojrzenie sędziwego kapelmistrza mogło sobie przy tym pozwolić na pozorny brak precyzji – pozorny jednak, gdyż w rzeczywistości Böhm wykorzystuje z premedytacją ówczesne cechy orkiestry, niekoniecznie celującej np. w wirtuozerii blachy. Koncepcja dyrygenta nie wymaga więc niemożliwego, a pozwala zabrzmieć atutom: wręcz nieokiełznanej śpiewności, układającej frazy w dramatyczne, dialogujące ze sobą warstwy. Rzekomy brak precyzji, który należałoby określić raczej jako orkiestrowe rubato, pozwala każdej z tych warstw oddychać w naturalny sposób, różnić się od innych. Obie ostatnie symfonie otrzymały kreacje będące swoistą summą mądrości – wyjątkowe nie tylko w dorobku Karla Böhma, ale i w ogóle w ich dyskografii. Przy tym też jednak – jedne z najbardziej dramatycznych, z gigantycznymi kulminacjami.

Inaczej jest z pierwszym, wczesnym nagraniem. Jest to V Symfonia B-dur, zarejestrowana przez Reich-Rundfunkgesellschaft w 1942 roku. To wykonanie nader dynamiczne, wyraziste, i jak najbardziej precyzyjne. W Scherzo ostra artykulacja brzmi niemal drapieżnie – ale nigdy nie przełamuje granicy swoistej elegancji. Na tym też polega urok tej interpretacji – zadziornej, co znakomicie pasuje do tego żwawego, młodzieńczego jeszcze utworu, lecz nigdy nie popadającej w przesadę. Interpretacja nowoczesna? Chciałoby się! Bo którego z dzisiejszych mistrzów stać na podobne wyrafinowanie?


Jakub Puchalski


Orlen - Mecenas Kultury