Radio Chopin

Waldemar Dąbrowski

Ostatnia aktualizacja: 06.12.2017 11:26
Waldemar Dąbrowski, Dyrektor Naczelny Opery Narodowej
Waldemar Dąbrowski, Dyrektor Naczelny Opery NarodowejFoto: str.int.W. Dąbrowski

Moje pierwsze spotkanie z Chopinem…

Chopin od wczesnego dzieciństwa był w sposób bardzo znaczący obecny w moim świecie. Musiał być bardzo mocno zakorzeniony w mojej świadomości, skoro pamiętam doskonale, że przez długi czas byłem przekonany, że Mazurek Dąbrowskiego, od zawsze bardzo bliski mojemu sercu jest autorstwa… Szopena właśnie! I to Chopina pisanego właśnie przez „Sz” – bo przecież takiej pisowni uczyły nas elementarze, podręczniki do pierwszych klas szkoły podstawowej, zawierające opowiadania o małym Frycku. Zapewne też było to skojarzenie czysto intuicyjne: dziecka, które w naturalny sposób łączyło twórczość niosącą w najbardziej czytelny, niezbywalny sposób idiom polskości – z jej podstawowym znakiem, muzycznym godłem.
Rodzice, z wielką starannością podchodzący do kwestii naszej edukacji, zadbali i o naukę gry na fortepianie dla całego rodzeństwa. Starałem się! Jednak w siódmej klasie szkoły podstawowej chyba właśnie jeden z Chopinowskich mazurków stał się bezpośrednią przyczyną rozpaczliwego gestu: to piękno, którego nie potrafiłem w żaden sposób dosięgnąć, sprawiło, że zatrzasnąłem klapę fortepianu – z deklaracją, że nigdy więcej do instrumentu nie siądę. Słowa dotrzymałem…

      Myślę Chopin, mówię…

…że nie ma piękniejszego rozwinięcia idei polskości niż to, które przekazał Polsce i światu Fryderyk. Czasami zadaję sobie pytanie, jak wyglądałaby kultura polska, gdyby pozbawić ją tego genialnego dzieła, praktycznie określającego genotyp polskości? Jak kształtowałyby się nasze aspiracje: kulturowe, społeczne, cywilizacyjne, gdyby on nie wyznaczył ich dla nas na tym najwyższym poziomie. Jaka byłabym Warszawa, gdyby nie była nasycona sensem jego obecności? To miasto, które ukształtowało go we wspaniały sposób, w którym spędził praktycznie połowę swojego krótkiego życia, zrodziło geniusza – ale ten geniusz też ofiarował mu siebie: swoje dzieło i – dosłownie przecież także: swoje serce. Dziś, w czasach gdy wciąż trwa debata, jaka to dokładnie choroba skróciła życie Chopina, ja nie mam wątpliwości i nie potrzebna mi żadna medyczna edukacja, by wiedzieć, że Chopin umarł po prostu z tęsknoty: za Warszawą, za Polską.  
To Chopin uczył, uczy i jestem pewien, że wciąż uczył będzie nas wrażliwości na urodę dziedzictwa narodowego, narodowej tradycji, jej głębokiego pojmowania… Chopin to miara naszego zobowiązania wobec tego, co w naszej historii najlepszego, najbardziej wartościowego.
Podczas Roku Chopinowskiego 2010 jako Pełnomocnik Ministra Kultury ds. obchodów dołożyłem wszelkich starań, by nazwisko Chopina znalazło się w Krypcie Wieszczów Narodowych na Wawelu. Nie wyobrażałem sobie, by nie był on upamiętniony w gronie twórców fundamentalnych dla kultury polskiej. Starania zwieńczone zostały sukcesem i dziś, obok Mickiewicza, Słowackiego, Norwida w symboliczny sposób wpisany jest w kartę wiecznej pamięci narodu polskiego.

Mój najbardziej osobisty utwór Chopina to…

Absolutnie Scherzo h-moll op. 20. Szalenie mocne w wyrazie, pełne dramatyzmu, ale i liryczne zarazem… zawsze, gdy go słucham, mam wrażenie jak bym przenosił się do Wiednia, w czas Świąt Bożego Narodzenia, do katedry św. Szczepana, gdzie w pustej, ogromnej, strzelistej świątyni, wzniesionej na chwałę Boga, Chopin rozpaczliwie Go wzywa: siedząc z jednej z ław, samotny, próbuje zrozumieć, co się w jego życiu stało, przytłacza go świadomość dramatycznych, tragicznych wydarzeń, które na nie wiadomo jak długo oddzieliły go od najbliższych, przyjaciół, ukochanej ojczyzny. Być może przeczuwał już wówczas, że na zawsze. Że nie będzie powrotu. Po pierwszej, tryumfalnej wręcz wiedeńskiej wyprawie ta była jakże odmienna! Drzwi najprzedniejszych salonów, uprzednio szeroko przed Chopinem otwarte, teraz nie uchylały się już tak gościnnie. Nie z tego powodu jednak zapewne rozpaczał. To rozdzierająca tęsknota za tym, co bliskie i drogie, kazała mu wydobyć z fortepianu brzmienie tak bardzo poruszające, dotykające najczulszych miejsc w głębi duszy.
W Scherzo h-moll wpisany jest motyw jednej z najpiękniejszych polskich kolęd, Lulajże Jezuniu – wszyscy rozpoznajemy go, poddajemy się temu specjalnemu wzruszeniu… ja widzę w tym także odwołanie do tradycji ludowej w jej najlepszym wydaniu, tej zakorzenionej w obyczaju i wartościach zupełnie fundamentalnych. Chopin jak nikt potrafił ludowości właśnie nadać rangę sztuki najwyższej, widząc w niej źródło kultury, która jest naszą tożsamością.

Chopin na współczesnym steinwayu czy na historycznym erardzie, pleyelu, broadwoodzie?​

Dla mnie ta kwestia w ogóle nie istnieje. Mam w sobie takie przekonanie, że gdyby steinway istniał w czasach chopinowskich, Chopin grałby na nim. Nie widzę potrzeby – ani celowości – jakiegokolwiek wartościowania w tej sferze. Wykonawstwo na instrumentach współczesnych i historycznych ze sobą nie „rywalizują”, a raczej użyczają sobie nawzajem energii. Fortepian jest wspaniałym, bogatym instrumentem wyrazu – i każdy jest na swój sposób odmienny, każdy ma swoje ograniczenia i stwarza nowe możliwości. Wykonawstwo na instrumentach historycznych, coraz szerzej się rozwijające, daje nam wspaniałą szansę zbliżenia się do aury dźwiękowej czasów, w jakich dany utwór powstawał, przywołania atmosfery tamtej epoki… daje nam to szczęśliwe poczucie, że być może dzięki temu bliżej nam do duszy, do serca kompozytora, łatwiej podążyć tropem jego inspiracji…
Nie mogę sobie odmówić natomiast innej refleksji: czy zwrócili Państwo uwagę na fakt, że każdy pianista, którego zaszczycamy mianem „chopinisty”, siadając do fortepianu (czy to współczesnego, czy historycznego) w pewien sposób upodabnia się do Chopina?....