X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem
Radio Chopin

Weekend na festiwalu

Ostatnia aktualizacja: 20.08.2018 12:57
Chopin i Jego Europa przekroczył półmetek i można chyba powiedzieć, że ulubionym tu utworem ponownie jest Koncert fortepianowy e-moll. A zarazem najwdzięczniejszym materiałem do przeróbek. W miniony weekend nie zabrakło jednak i prawdziwych odkryć.
Julianna Awdiejewa podczas festiwalu Chopin i Jego Europa, 19 VIII 2018.
Julianna Awdiejewa podczas festiwalu Chopin i Jego Europa, 19 VIII 2018.Foto: Wojciech Grzędziński / NIFC

Opus 11 zabrzmiało już w wersji z orkiestrą smyczkową, grane przez Juliannę Awdiejewą i orkiestrę Kremerata Baltica Gidona Kremera (Awdiejewa i Kremer wystąpili też w niezwykłym koncercie z muzyką Wajnberga – o tym na końcu recenzji), na historycznym fortepianie pod palcami Krzysztofa Książka, a także dwukrotnie w postaci skameralizowanej, z kwintetem smyczkowym (dwoje skrzypiec, altówka, wiolonczela i kontrabas). W obu wypadkach na fortepianie grał Kevin Kenner, w pierwszym jednak był to instrument współczesny – pianiście towarzyszył zaś kwartet Apollon Musagètes, w drugim natomiast, w sobotę, instrument historyczny, a swych smyczków użyczył legendarny Quatuor Mosaïques (z udziałem kontrabasu Grzegorza Frankowskiego).

Kwartet Mosaïques jest zespołem, który już 30 lat temu wprowadził instrumenty dawne w repertuar klasycznej kameralistyki, a na dodatek zrobił to w sposób mistrzowski. Do dziś trudno komukolwiek dorównać ich monolitowi idealnie zespolonego brzmienia, ich subtelności, ale i sile. Wszystko to usłyszeliśmy w Kwartecie G-dur D. 887 Schuberta – którego intepretacja stawała zdecydowanie po stronie czystego piękna: piękna dźwięku, piękna muzycznego gestu. Wszystkie śmiałe pomysły, jakie kompozytor zawarł w utworze, zostały złagodzone i wprzęgnięte logicznie w całość – wykonanie zdawało się idealnie klasyczne, ale z całym urokiem i najwyższą jakością, jaka mieści się w tym terminie.

Inne zadanie postawił przed muzykami Koncert e-moll Chopina. Przypomnijmy: wersje kameralne dziwnym są tworem, gdyż przez zredukowanie orkiestry do pojedynczych instrumentów przestają wprawdzie być koncertami fortepianowymi (fortepian nie ma za konkurenta masy brzmieniowej orkiestry, równoważącej jego szaleństwa), a z drugiej nie stają się utworami kameralnymi, kwintetami bądź sekstetami (koncertująca partia fortepianu przytłacza smyczki, którym pozostaje rola nieśmiałego akompaniamentu, nie partnerów). Mają jednak, na co zwrócono mi uwagę, pewną zaletę: pianista ma tu niespotykaną wręcz swobodę w budowaniu swojej interpretacji. Faktycznie: to on rozdaje karty, on kształtuje całość. Może szeptać, śpiewać, gadać i krzyczeć na fortepianie – stoi przed nim otworem cała skala ekspresji, gdyż kameralne smyczki dostosują się i nie stanowią realnej konkurencji.

Jak skorzystał z tego Kenner, ograniczony dość cichym instrumentem buchholtza? Niestety, nie wiem. Siedząc z boku w Salach Redutowych, dochodziły do mnie niereprezentatywne szczątki dźwięku. Pierwsze skrzypce, które zmagały się z Chopinowską frazą, wyrównana, piękna wiolonczela, raz czy drugi wyraźny, ciekawie brzmiący głos altówki. Fortepian – urywany, stłumiony – ani śladu długich fraz, gdzieś zapodziana między ścianami harmonia; instrument w pół drogi między rolą solisty, a akompaniatora. Chętnie usłyszałbym buchholtza pod palcami Kennera w jakichś normalnych, poprawnych warunkach.

Podobnie było podczas następnego koncertu, już na estradzie i widowni wybudowanej na scenie Teatru Wielkiego. Tu, po efektownej, późnoromantycznej Rapsodii symfonicznej Stojowskiego (przy fortepianie Michał Szymanowski, o którym również mogę raczej powiedzieć, jak wyglądał od tyłu, nie jak grał), ciekawy byłem Koncertu skrzypcowego Ludomira Różyckiego. Okazał się interesującym dziełem, niepozbawionym zabawnych elementów, w postaci charakterystycznego i nieco demonicznego tematu fagotu (choć to demonizm raczej swojskiego Boruty, niż Mefistolesa; nieodparcie nachodziło mnie skojarzenie z Griegowskim tematem W grocie króla gór z Peer Gynta), obsesyjnie powracającego – co zresztą zdecydowanie ożywiało utwór. Janusz Wawrowski sprawdził się znakomicie w roli solisty, choć jego skrzypce (obecnie jedyny polski stradivarius) pełniej usłyszałem dopiero w błyskotliwie zagranych bisach.

Stwierdziwszy: dość eksperymentów, przeniosłem się do przodu, co okazało się słuszne; choć zarazem trzeba przyznać, że wariacyjne Obrazy symfoniczne Noskowskiego, szumnie zatytułowane Z życia narodu, nie wymagały aż tak wielkiej uwagi. Ile można wycisnąć z nader prostego tematu Preludium A-dur Chopina? Okazało się, że da się dojść nawet do stylistyki rosyjskiej rodem z baletów Czajkowskiego, z rzewnymi, rozlewnymi melodiami – choć inspiracja Chopinem nie jest już wówczas słyszalna w ogóle. Pojawia się jednak na koniec, gdy w zadziwiającej polirytmii puzony (!) grają temat Preludium (nie bardzo się on jednak dla nich nadaje...), a skrzypce skocznego mazura. Wykonanie pod dyr. Grzegorza Nowaka nie dodało utworowi blasku, zaskoczyła mnie natomiast nieszczególna dyspozycja blachy, która regularnie ograniczała się do wygrywania dźwięków, bez nadawania im jakiejkolwiek frazy.

Wprowadzanie na estrady nieznanych utworów jest jednak wyjątkową zaletą Festiwalu. Odznaczały się tym także największe wydarzenia koncertowej niedzieli, rozpoczynającej się bardzo ciekawą Sonatą skrzypcową Władysława Żeleńskiego. Niedoceniany za życia późny romantyk z Krakowa, ojciec Boya, wciąż czeka na odkrycie: dosłownie, gdyż jego dwie symfonie po prostu zaginęły. Sonata, pełna spektakularnego rozmachu, została błyskotliwie wykonana przez Sergieja Dogadina i świetną pianistkę Plamenę Mangovą. Podobna prezentacja nie przysłużyła się jednak Sonacie wiolonczelowej Chopina (Mangova i Alexander Kniazev) – w niezwykle skupionej i bardzo starannie skonstruowanej muzyce mimo energii raził brak refleksji.

Oczekiwanym koncertem był występ Orkiestry Kameralnej Polskiego Radia Amadeus z Poznania, pod batutą Agnieszki Duczmal. Po kolejnym cymelium, Suicie G-dur na orkiestrę smyczkową, młodzieńczej kompozycji Paderewskiego – jakby niedokończonej, ale świetnej! – pozwolono sobie na dwa zabawne eksperymenty. Wykonanie Koncertu wiolonczelowego C-dur Haydna przez trzech laureatów ostatniego Konkursu dla wiolonczelistów im. Witolda Lutosławskiego nie oddało w pełni sprawiedliwości znakomitemu utworowi (dzięki wydanej właśnie przez NIFC płycie można przypomnieć sobie, jak fantastycznie Koncert ten grała ta sama orkiestra z tą samą dyrygentką, ale z Miszą Majskim – 20 lat temu...), za to ciekawe okazało się potraktowanie jednego z najpopularniejszych Koncertów fortepianowych Mozarta, Es-dur KV 271, zwanego Jeunehomme, jazzującą swobodą. Solistą był bowiem pianista Makoto Ozone, na co dzień właśnie jazzem się parający – i przemycający do muzyki Mozarta elementy improwizacji. Powstała ciekawa gradacja: o ile improwizacja, poprzez wstawki ozdobników czy pewne urozmaicenia akompaniamentu, a nawet drobne zmiany w oryginalnej harmonii, łączyła się z muzyką Mozarta – o tyle miała charakter pikantnej przyprawy. O ile wyprowadzała nas w kierunku jazzu, ale wciąż opartego na Mozarcie – o tyle przyprawiała mu głębię puszki piwa (głównie w drugiej części i coraz śmielej wstawianych solowych kadencjach w części trzeciej). Gdy jednak – jak stało się w ostatniej kadencji – wyprowadziła nas zupełnie w świat jazzu, znaleźliśmy się w brzmieniach, z których (zadziwiające!) nie chciało się już wracać do ostatnich, końcowych taktów Koncertu. Dobrze więc, że na bis pianista zagrał utwór Tomasza Stańki – tu potrafił być olśniewający. Miał jednak coś do powiedzenia i w samym Mozarcie – gdy na przykład podkreślał partię akompaniamentu, tworząc dialog ze śpiewną melodią.

Koncert zakończyło pokoleniowe „przekazanie batuty“: Sinfoniettę Serockiego bardzo efektownie i dynamicznie poprowadziła córka Agnieszki Duczmal, Anna Duczmal-Mróz. Z podobną fryzurą, podobnymi gestami – przypomniały się dawniejsze czasy Amadeusa.

Na porcję mistrzostwa szykowaliśmy się na ostatnim koncercie, o późnej godzinie 22. I dostaliśmy ją, trzeba było jednak poczekać do drugiej części występu. Wprawdzie już początkowa krótka Sonata skrzypcowa Mieczysława Wajnberga (będę trzymał się jednak tej pisowni nazwiska, gdyż taką stosował kompozytor przed opuszczeniem Polski) zagrana została błyskotliwie (o ile można tak powiedzieć o dynamicznej, ale raczej ciemnej, dusznej muzyce), to jednak trio w składzie Gidon Kremer, Giedrė Dirvanauskaitė oraz Julianna Awdiejewa jakoś po macoszemu potraktowało główną pozycję pierwszej połowy: Trio g-moll Chopina. Wprawdzie pewne momenty – jak pierwszy temat skrzypiec – podane zostały z charakterem, całość jednak rozpadała się na niepowiązane ze sobą elementy, zamiast długich fraz brillante brnęliśmy przez szereg pustych przebiegów, a słychać też było, że chyba niewiele muzycy nad tym utworem pracowali. Niepokój wzbudziła też we mnie wiolonczelistka, grająca bardzo delikatnym, nosowym dźwiękiem, i niestanowiąca żadnej podpory basowej dla konstrukcji, ani też autorytatywnego partnera w zespole – co powtórzyło się i w Trio Wajnberga w drugiej części. To już jednak była zupełnie inna rozmowa: od pierwszego taktu jasne było, że tę muzykę wykonawcy noszą w sercu, i z sercem grają. Przejmująca, świetnie skonstruowana interpretacja rozbudowanego, ale wciągającego, niezwykle ekspresyjnego utworu.

Wcześniej jeszcze Awdiejewa zagrała w dający do myślenia sposób I Sonatę fortepianową Szostakowicza – z jego awangardowego, eksperymentalnego okresu, niebawem stłumionego przez stalinizm. Sonata wykonana została znakomicie – a zarazem jednostronnie. Awdiejewa, zda się, coraz lepiej gra na fortepianie: obok techniki rozwinęła wrażliwość na barwę – i efekty brzmieniowe, jakie uzyskała w Sonacie, były wręcz fascynujące. Jednocześnie jednak jej myśl interpretacyjna ogranicza się do starannego liczenia i odczytywania nut: z Sonaty (ale rzecz dotyczy całego koncertu) nie wyłoniła się żadna struktura horyzontalna – temat, fraza. Brak jakiejkolwiek narracji. Prawda, że takie wykonanie mogłoby może nawet pod wieloma względami podobać się kompozytorowi (znając jego styl gry), choć zapewne miałby żal o całkowite zgubienie elementów sarkazmu, ironii, której jest tam przecież niemało (np. zwinna melodyjka na tle dudniących akordowych brzmień w Adagio – tutaj nieczytelna). Ale by odkryć ironię, trzeba skonstruować opowieść. A do tego nie wystarczy grać nuty. Choćby najsprawniej.


Jakub Puchalski