X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem
Radio Chopin

Z fali na falę. Berlińczycy i Nézet-Séguin w NOSPR

Ostatnia aktualizacja: 25.02.2019 15:21
Ma 43 lata, od siedmiu szefuje wielkiej Orkiestrze Filadelfijskiej, od niedawna też Metropolitan Opera w Nowym Jorku, a równolegle kilku jeszcze innym zespołom. Regularnie – a właściwie niemal wszechobecnie – pojawia się też na płytach, często będąc ich najmocniejszym atutem. Koncert Filharmonii Berlińskiej, który Yannick Nézet-Séguin poprowadził w katowickiej sali NOSPR, pozwolił mi wreszcie skonfrontować wrażenia nagraniowe z odbiorem na żywo.
Kanadyjski dyrygent Yannick Nzet-Sguin
Kanadyjski dyrygent Yannick Nézet-SéguinFoto: HANS VAN DER WOERD/mat. prasowe

Jakiego Nézeta-Séguina znałem dotąd? W repertuarze klasycznym i romantycznym: „post-HIP-owego”, czyli dyrygującego pod wyraźnym wpływem nurtu historycznego. Raczej szybko, przejrzyście, przede wszystkim z precyzyjnie rysowaną artykulacją, krótkimi staccatami, wybuchającymi sforzatami, czytelnie podaną fakturą. W repertuarze XX-wiecznym: wirtuozowskiego, barwnego dzięki wyraziście ukazywanemu drewnu, tętniącego pulsem rytmicznym, wyrazistego. Ogólnie – zmysłowego; w żadnym momencie dyrygent nie był filozofem ani metafizykiem: jego krainą jest piękno dźwięku, natomiast przedmiotem każdej kolejnej kreacji – to, jaki nada mu kształt, jak ujmie je we frazy.

Filharmonicy Berlińscy pozostawili mu w tej kwestii pełną swobodę. To zespół, z którym można osiągnąć każdy zamierzony efekt, trzeba tylko mu go wskazać. W efekcie zarówno La Mer Debussy'ego, jak i V Symfonia Prokofiewa – pozycje składające się na katowicki koncert – zaskoczyły mnie. Każda odmiennie – i z odmiennymi rezultatami.

Czym jest La Mer – trzy szkice symfoniczne Morze Debussy'ego, zjawiskowego mistrza subtelnego rysunku i brzmieniowych barw, kształtującego je nie tylko doborem instrumentów, ale i harmonią, a właściwie każdym drgnięciem swej wyobraźni? Czy po prostu impresjonistycznym uchwyceniem w muzyce ruchliwej zmienności fal, jak sugerują tytuły kolejnych części? Czy symbolicznym ukazaniem w nich duchowej esencji natury: siły witalnej, która w morzu znajduje swoje wyjątkowe spełnienie? A może wyrazem uczuć samego kompozytora, który morze uwielbiał, wzdychając, że powinien był zostać marynarzem? Lub obrazem zapośredniczonym, powstałym z inspiracji – choćby nieoczywistej – np. japońskimi drzeworytami; więc dźwiękowym obrazem artystycznego obrazu finezji morza? A może wszystkim po trochu?

Śledząc dziesiątki interpretacji arcydzieła Debussy'ego – jednego z najpiękniejszych utworów w historii muzyki – zastanawiam się, jakie jego odczytanie przekazują dyrygenci. Są wśród nich naturaliści, są impresjoniści – a każdy rodzaj ma jeszcze liczne odmiany. Każdy jednak jest skutkiem interpretacji, jakiej dokonał sam dyrygent, analizując nie tylko oznaczenia w partyturze, ale i koncepcję całości. Nézet-Séguin nie zaproponował mi jednak żadnej odpowiedzi. Utwór był wykonany, rzecz jasna, znakomicie – z tematami narastającymi z piano lub pianissimo i powracającymi do tego stanu, lecz pozostałem przy wrażeniu, że wszystkie one wyłaniają się właśnie z partyturowego zapisu, a nie z ich obrazu, miejsca, jakie mają w wizji dyrygenta. Może dlatego, że wykonanie, które można było nie bez słuszności nazwać „organicznym”, oparte właśnie na naturalnym wyłanianiu się i zamieraniu kolejnych cząstek, nie łączyło ich w większą całość – gdzieś umykała architektura całego morskiego falowania, która w sztuce Debussy'ego, w przeciwieństwie do morza realnego – jednak istnieje.

Weźmy jako przykład część pierwszą – i jej finałową apoteozę, rozpoczynającą się od ustępu Très lent. Crescenda zawsze budują tu podniosły nastrój – ale by apoteoza się spełniła, musi być podsumowaniem tego, co działo się wcześniej, a nie kolejnym kawałkiem doklejonym do poprzednich. Powinna więc być przygotowana – choćby oddechem, na który tak bardzo czeka się w paru momentach, w których cząstki się ze sobą łączą. Jak przy wcześniejszym przejściu do fragmentu Un peu plus mouvementé, gdzie subtelne tremolo kotłów i pojedyncze dźwięki przechodzące w końcową pauzę chyba jednak powinny na ułamek sekundy zatrzymać się, by oddzielić i pozwolić nabrać przestrzeni wkraczającemu teraz tematowi wiolonczel. Zabrakło nie tylko tego momentu, w którym rozmigotana w rozbryzgu woda zapada w pamięć podziwiającego ją widza – ale oddechu, który pozwala każdej frazie znaleźć właściwe dla niej miejsce. Tymczasem kolejne ustępy zaczęły siedzieć sobie na ogonach, ginęło też znaczenie szczegółów, jak następująca w kolejnym Presque lent szybka, szesnastkowa triola trąbki – jakoś schowana w bogato brzmiącym tle (mimo że mezzoforte na tle piano i pianissimo). Ta miękkość wyłaniających się organicznie tematów, likwidująca kontrasty, spowodowała z kolei, że uspokojenie (Très modéré i krótkie Retenu) zabrzmiało zwyczajnie płasko – i nadchodząca teraz wspominana na początku apoteoza Très lent nie miała czego podsumowywać, nie miała czego uwieńczyć. Na narzuconej przez dyrygenta krótkiej fali pozostała pustym gestem.

Jeszcze bardziej dojmujące było to wrażenie w części III (Rozmowa wiatru z morzem): zadyszka po krótkim, ósemkowym uderzeniu fortissimo i pauzie generalnej w momencie przejścia do fragmentu Cédez très légèrement et retrouvez peu à peu le mouvement initial. W tym kontekście nie dziwi, że końcówka nabrała charakteru czysto koncertowego i choć nie brakowało jej efektowności, nie wciągnęła w plastyczny wir żywiołów.

Po La Mer pozostałem z myślą, że jeżeli Nézet-Séguin jest dziś bardzo dobrym dyrygentem od wszystkiego – może nie ma czasu, by stać się dyrygentem od czegoś konkretnego? Po czym okazało się, że może jednak potrafi ten czas wygospodarować – choć nie da się ukryć, że interpretacja V Symfonii Prokofiewa również zrealizowana została wedle pewnego modelu, a nie w wyniku analizy charakteru każdej kolejnej frazy – czy choćby części. Muszę jednak przyznać, że tu koncepcja „organiczna” sprawdziła się nadzwyczajnie, być może z powodu odmiennych tradycji interpretacyjnych tego utworu i na pewno dzięki znakomitości berlińskiej orkiestry. Największe symfoniczne dzieło rosyjskiego neoklasyka znamy zazwyczaj jako utwór ekspresyjny, kontrastujący lirykę z kanciastą agresywnością (mistrzem takiego odczytania był Mrawiński), albo po prostu niezwykle efektowny, konsekwentnie eksponujący wszelkie walory brzmieniowe i dynamiczne (w swoim czasie celował w tym Szell). Co natomiast zaproponował Kanadyjczyk? Łagodność? Poniekąd. Śpiewność? Oczywiście, ale przecież nie górującą nad innymi elementami. Przede wszystkim naturalny rozwój, żywy organizm, utkany z przenikających się tematów i cząstek, zamiast wyliczonej, stalowej struktury, z której buduje się różnego rodzaju napięcia. U Nézeta-Séguina każdy ruch wynikał z zakończenia poprzedniego: Symfonia rozwijała się jak roślina, wypuszczająca swe kolejne pędy, które nie zderzają się ze sobą nawet wtedy, gdy – wydawałoby się – byłoby to właśnie jak najbardziej naturalne. Jednocześnie każda z części zachowała swój charakter, nie w pełni zindywidualizowany, gdyż pozostała częścią całości, niemniej – odmienny. Powstała kreacja wyjątkowa i – tu nie waham się użyć tego słowa – wybitna.

Znamienne, że to nie pierwszy raz, gdy kanadyjski dyrygent zachwyca w muzyce Prokofiewa. Świetne jest m.in. jego nagranie I Koncertu skrzypcowego D-dur, które parę lat temu zarejestrował z Lisą Batiashvili (słuchacze Radia Chopin znają je dobrze, gdyż wracało w Uchu nienasyconym). Z drugiej strony ze skrajnie lirycznego II Koncertu g-moll ci sami wykonawcy zrobili mdłą papkę. Ewidentnie Nézet-Séguin posiada klucz do Prokofiewa – ale działający wówczas, gdy utwory są bardziej wielostronne, łącząc lirykę z drapieżnym pazurem, a przynajmniej z pikantną wirtuozerią. Bogactwa wrażeń musi przede wszystkim dostarczyć sam utwór. Pospieszna lektura dyrygenta nie będzie potrafiła ich wyszukać.


Jakub Puchalski