X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem
Radio Chopin

Osiągnięcie, którego lepiej nie powtarzać

Ostatnia aktualizacja: 21.05.2019 10:24
Nigdy ich nie omijam, ale w tym roku na festiwalu Katowice Kultura Natura wręcz nastawiłem się na koncerty orkiestrowe: występ wspaniałego zespołu symfonicznego to rzecz jedyna w swoim rodzaju. Tym razem jednak był to błędny wybór.
Viktoria Mullova
Viktoria MullovaFoto: materiały promocyjne

Słyszałem jedynie zachwyty słuchaczy zarówno występem Sary Connolly, jak i Jerusalem Quartett, a wreszcie i recitalem Nikolaia Lugańskiego, na które nie udało mi się dotrzeć. Pojawiłem się dopiero na orkiestrze Mozarteum – świetniej orkiestrze kameralnej, specjalizującej się w muzyce czasów swojego patrona i nieco późniejszej – i zostałem do końcowego koncertu londyńskiej The Philharmonia.

W obu wypadkach sprawcami kłopotów okazali się dyrygenci. O ile jednak w Mozarteum stojący na jej czele Riccardo Minasi – znany dotąd jako skrzypek i kierownik zespołów barokowych (Il Pomo d'Oro) – po prostu niczym szczególnym nie ujął, nadając symfoniom Haydna właściwie tylko tempo, a nie charakter, a później bez wizji i bez wyczucia frazy prowadząc IV Symfonię Mendelssohna, nomen omen Włoską, to z Alondrą de la Parra sprawa przedstawiała się znacznie poważniej.

Zatrzymując się jeszcze przy Mozarteumorchester Salzburg: to po pierwsze orkiestra kameralna, która wręcz i bez dyrygenta w tym repertuarze świetnie potrafi sobie poradzić (co pokazała w jednym z bisów). Po drugie – ma zwyczaj czynić swymi szefami instrumentalistów, którzy zmieniają profesję na dyrygenturę, a nie rasowych, słynnych kapelmistrzów. Ryzyko jest tu wpisane w zasadę, ale bywa opłacalne. Czy tym razem akurat – śmiem wątpić. W Mendelssohnie męczyły mnie mechanistycznie smyczki, nie wydobywające ze swych figuracji melodii, a także swoista czkawka: krótkie, urywane frazy i brak konsekwencji w interpretacji (np. raz ciekawie ukazany motyw w rogach nie wraca jako echo w innych instrumentach, choć jest tam zapisany itp.). Zdaje się, że koncepcja Minassiego ogranicza się do narzucenia tempa i odczytywania muzyki na bieżąco, bez zastanowienia nad całością, a nawet sensem poszczególnych cząstek. Mimo wszystko utrzymujemy się tu w granicach wykonawczej poprawności, która dzięki klarownie brzmiącemu zespołowo może nawet się podobać – tym bardziej, że trzecia część Symfonii Włoskiej wyjątkowo zyskała kształt pełen wdzięku. The Philharmonia jednak – którą poprowadziła młoda Meksykanka – to zupełnie inny kaliber: wielka orkiestra symfoniczna, grająca najbardziej skomplikowany repertuar. Tutaj nie ma żartów, nie można zejść z podium, dyrygent ma za zadanie nie tylko interpretowanie, ale i panowanie nad przebiegiem bardzo złożonych utworów. A z tym Alondra de la Parra okazała się mieć kłopoty nieprzezwyciężone. Wprawdzie utwór początkowy, Téenek – Invencioces de territorio Gabrieli Ortiz, w którym Meksyk spotyka Święto wiosny, zabrzmiał błyskotliwie, ale już od pierwszych dźwięków Koncertu skrzypcowego Sibeliusa weszliśmy w środek chaosu. Zaczęło się od metafizycznego szmeru, z którego wyłania się melodia solowych skrzypiec – tutaj szmer został poukładany w równe jednotaktowe cegiełki – no i mieliśmy okazję przekonać się, dlaczego nikt nigdy nie słyszał o metafizycznych cegłach. To jednak tylko zwiastun problemów interpretacyjnych – po prostu elementarnego rozumienia sensu wykonywanej muzyki – lecz kulminacja problemów przyszła niebawem, gdy tańcząca na podium dyrygentka w nieskoordynowany sposób wychylając się do przodu, mimo wysiłku nie pokazała dokładnie wejścia fagotowi – i po pierwszym długim fragmencie solowych skrzypiec, wypowiedzi solistki, która miała być podjęta i skontrapunktowana właśnie przez pierwszy fagot usłyszeliśmy... wciąż jedynie solowe skrzypce – aż po czterech taktach pojawił się głos drugiego fagotu, grającego akompaniament do melodii, której nie było (allegro moderato, cyfra 7). Coś takiego nie powinno się zdarzyć w żadnej profesjonalnej orkiestrze – w połączeniu z kompletnym niezrozumieniem roli frazy, struktury, faktur (dyrygentka potrafiła nawet przeoczyć znaczenie drugiego sola altówki!), muszę przyznać, że dyrygentce udało się skutecznie zdeklasować znakomitą The Philharmonia. Szczególne osiągnięcie, do którego jednak nie chciałbym wracać. Alondra de la Parra odnalazła się dopiero w ostinatowym finale, który też nie miał w sobie żadnego oddechu – nic poza monotonnym, siłowym graniem, ale przynajmniej był uporządkowany.

Tę bardzo niepiękną katastrofę udźwignąć musiała solistka, Viktoria Mullova – i mieliśmy szczęście, iż padło właśnie na nią: zawsze doskonała firma, wprawdzie nigdy w życiu nie zdołała mnie poruszyć (dlatego w ostatnim Uchu nienasyconym proponowałem słuchaczom w jej wykonaniu zimny z założenia Koncert Strawińskiego), ale też nigdy nie zawiodła. Nawet w tak ekstremalnych warunkach, w których łatwo polegliby inni artyści, o nieco mniejszym doświadczeniu, mniejszej pewności, potrzebujący współpracy z dyrygentem. Mullova świetnie poradziła sobie mimo dyrygentki, choć oczywiście całej kreacji nie było to w stanie uratować.

Z najgorszymi przeczuciami oczekiwałem więc na V Symfonię Czajkowskiego – na szczęście obyło się bez podobnych wpadek, choć nie zaryzykowałbym twierdzenia, że chaotyczna dyrygentka odczuła cokolwiek z tragizmu tej muzyki, z jej melodycznej istoty. Mieliśmy pozbawione oddechu frazy (ale przynajmniej były!), eksponujące elementy marszowe, jednak szybkie i nasycone energią, co zawsze zostawia słuchaczy w dobrym nastroju – po efektownym finale. Chętnie też podkreślę wyraziście ukształtowany temat rogu w II części. Mimo wszystko – jeśli ktoś przypomina sobie moje rozczarowanie tą samą Symfonią w wykonaniu Kiryła Pietrenki, muszę przyznać, że zatęskniłem do jego berlińskiego koncertu.


Jakub Puchalski