X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem
Radio Chopin

Cavalli w Krakowie

Ostatnia aktualizacja: 05.07.2019 14:19
Tego kompozytora zabrakło w wędrówce po Wenecji, na jaką zabieram Państwa w sobotę w Uchu nienasyconym. Tymczasem właśnie Francesco Cavallemu, poniekąd następcy Monteverdiego – mniej sławnemu ale też znakomitemu – cały swój koncert poświęcił Philippe Jaroussky. Przy okazji udowadniając w krakowskim ICE, że wciąż jest jednym z najwspanialszych śpiewaków – nie tylko w dziedzinie muzyki dawnej.
Philippe Jaroussky i Ensemble Artaserse w ICE Kraków.
Philippe Jaroussky i Ensemble Artaserse w ICE Kraków.Foto: Robert Słuszniak

A miałem już co do tego poważne wątpliwości. Parę lat temu słyszałem go po dłuższej przerwie w recitalu podczas Wratislavii Cantans, gdzie śpiewak po raz kolejny sprzedawał swoje gwiazdorstwo – i nie wiem, co bardziej mnie martwiło: czy fakt, że wciąż nie bojąc się kiczu tak samo wykonuje ten sam (od czasu zarobkowej współpracy z Christiną Pluhar) repertuar, ze skrojonymi pod publiczkę, wyreżyserowanymi żartami (również tymi samymi), czy też to, że prezentuje go mniej świeżym, mniej nośnym, bardziej wysilonym niż dotąd głosem. W ciągu dekady niebezpiecznie zaczęła zanikać ta niezwykła, naturalna emisja, pozwalająca Jarousskiemu śpiewać z naturalnością mowy, głos zesztywniał, nabrał nieco ostrości – choć wciąż słyszalne były ślady lejącego się aksamitu, jaki znamy z dawniejszych jego produkcji. Zaprawdę – głos kontratenorowy dobrem jest nietrwałym.

W Krakowie śpiewak wprawdzie nie uległ cudownemu odmłodzeniu, jednak podszedł do występu z innego punktu – raczej od strony skupienia, nie kolejnego „joba” do wykonania. I to było słychać. Arie z oper Cavallego, zanurzone w języku i w tekście (Fabio Biondi wyznał mi kiedyś, że nie podejmuje się wykonywania Cavallego poza Italią, bo w tym wypadku publiczność naprawdę musi rozumieć każde słowo – tym razem wspierana była tłumaczeniami Madaleny Wrany – i rzadko spotykam taką jakość wsparcia, jeżeli chodzi o język włoski!), arie w dużej mierze recytatywne, prozodyczne, o ograniczonej wirtuozerii i melodyjności – w porównaniu nie tylko do późniejszego Handla, ale i współczesnego Monteverdiego – wymagają od śpiewaka więcej, niż wokalne popisy. Wymagają interpretacji, przemyślenia. W kilku momentach francuski sopranista pokazał wręcz, że stać go aż na intymne spotkanie z muzyką – trudno będzie zapomnieć arie „Negatemi respiri”, „Lucidissima face” lub „Uscitemi dal cor” – i cieszę się, że Jaroussky nadal potrafi śpiewać w ten sposób i w ten sposób traktować muzykę. Jak można zauważyć, wszystkie przykłady to właściwie rodzaje lamentów – ta elegijna nuta ewidentnie najbardziej pasuje artyście, zawsze zresztą była jego najmocniejszą stroną. To tutaj potrafi sięgnąć magicznych, gładko wyrównanych pian, w których na dodatek jego głos wciąż brzmi aksamitnie, budując subtelną frazę na długim, zupełnie niewysilonym oddechu. To tu potrafi też odczuć i przekazać emocje, które w ustępach dramatycznych czy też po prostu wymagających ekspresji awanturniczej (a takich nie brak w weneckich operach, także u Cavallego) okazują się jakby wyuczone i realizowane nieco bez polotu, bez ognia. Tak, Jaroussky, choć świetnie występował kiedyś u boku Cecilii Bartoli, jest jej przeciwieństwem.

Gdyż kultura wokalna, którą śpiewak przypomniał, nie oznacza bynajmniej, że wszystko w całym koncercie było tak samo udane. Z jego strony wprawdzie interpretacje nigdy nie schodziły poniżej poziomu bardzo dobrego, co pozwalało cieszyć się całym programem (i budzi nadzieje w związku z płytą, jaką wydał z ariami Cavallego, a jakiej nie miałem jeszcze okazji słuchać), do plusów ujemnych zaliczyłbym natomiast towarzyszący mu zespół. Z ansamblem Artaserse Jaroussky występuje od wielu lat, to stali jego współpracownicy akompaniujący mu podczas standardowych recitali – i niestety tylko o akompaniamencie można tu mówić. Mimo min, podskoków i dynamicznego pierwszego skrzypka, instrumentaliści nie zaproponowali żadnej wartości dodanej, nawet jeżeli grali przerywniki w postaci sinfonii (czyli uwertur) do oper weneckiego kompozytora, lub też gdy płynnie przeszli do Passacaglii Biagia Mariniego (jedynego utworu w programie, który nie spłynął spod pióra Cavallego). Owszem, ciekawym pomysłem było zagranie przeprowadzenia tematu na zasadzie alternatim – wymiennie skrzypce i cynki, póki obie grupy nie spotkały się w dalszym toku majestatycznego tańca. No właśnie jednak, czy majestatycznego i czy tańca? Skoro zespół nie wprowadził do obsady bębnów (a robił to nader ochoczo, co stało się męczące na długo zanim wstęp do arii „Delizie, contenti” zamienił się w rodzaj samby), okazało się, że nie potrafi nadać pulsu muzyce, a wraz z nim nie potrafi nadać jej charakteru. Kilkuosobowa orkiestra robiła tyleż hałasu, co chaosu, i nie dość dobrzy cynkiści, nierzadko grający nieczysto, tylko dopełniali tego obrazu, bynajmniej nie będąc jego główną przyczyną.

Mimo to, i mimo też puszczania co jakiś czas oka do publiczności, w postaci przypominania „popowych” wyczynów Jarousskiego i zespołu, całość – trzeba przyznać – nie tyle godnie, ile pięknie zakończyła tegoroczny cykl koncertów ICE Classic w Krakowie. Co wlało w serce nadzieję, że słuchacze Philippe'a Jaroussky'ego wciąż mają może jeszcze na co czekać. Przyszłość wciąż przed nami!


Jakub Puchalski