Radio Chopin

Chopinowskie fugi - cz. 1

Ostatnia aktualizacja: 30.12.2020 09:29
Maciej Grzybowski: Człowiek, mieniący się doczesnym panem Ziemi, jest jedyną na niej istotą, odczuwającą całkowitą bezradność wobec otaczającego ją świata. Nieprzewidywalność wypadków, które za chwilę nieuchronnie nastąpią i ich bezwzględna nieodwracalność – przerażają. Jesteśmy mądrzy, gdy jako teoretycy wyjaśniamy, nazywamy i porządkujemy: w liczby, słowa i hasła – przeszłość; dziwnie zaś bezradni, gdy czekamy na przyszłość, szczególnie pod koniec roku, który – jak mijający 2020 – bezlitośnie przeorał nasze dotychczasowe zachowania, przyzwyczajenia, nasz sposób pracy, podróżowania, spędzania wolnego czasu... Wiedza o tym, co było, nijak nie może pomóc w poznaniu tego, co będzie. Podróż w czasie jest niczym eksploracja dziewiczej dżungli. Obudowujemy się przeto pancerzem, który ma nas uchronić przed wybrykami „czasu następnego”.
Fryderyk Chopin prze fortepianie, 1 rys. : akwar. na szkicu ołówkowym na kremowym pap. żeberkowym ; 17,8x12,7 cm, Teofil Kwiatkowski
Fryderyk Chopin prze fortepianie, 1 rys. : akwar. na szkicu ołówkowym na kremowym pap. żeberkowym ; 17,8x12,7 cm, Teofil KwiatkowskiFoto: NAC/domena publiczna

Mamy więc prawo, którego litery przestrzegania pilnują instytucje budowane przez nas przez długie wieki. Mamy moralność i etykę, które chronią nas przed nami samymi, abyśmy nie dali przerażającego świadectwa tego, że jesteśmy jedynymi, którzy mogą (chcą?) zgasić świeczkę temu światu (a wtedy nie byłoby już nawet czasu). Mamy religie, przemawiające w imieniu istot, którym chcemy ufać, że jesteśmy w ich przyjaznej mocy i które (niech im będą dzięki) chcą wziąć na siebie istotną część odpowiedzialności za naszą rzeczywistość. Mamy wreszcie przyrodzone gatunkowi ludzkiemu miłość, nadzieję i nade wszystko wiarę, że warto. Że wiernym być i iść – warto.
No, czasami dajemy tym trzem siostrom „wychodne”, a wtedy mamy zaklęcia, magiczne sztuczki i inne figielki – słowem: zabobony. Ale – któż nie jest grzeszny. Któż? Wszystko i wszyscy z wyjątkiem człowieka.

Mamy też tradycję, której kultywowanie ma nas chronić od niemiłych prezentów losu, a przede wszystkim potwierdzać nieprzemijającą (skąd ta pewność – nie wiadomo) wartość naszego dorobku oraz nasze doń przywiązanie. Jakże często jednak nie podejmujemy się weryfikacji tegoż dorobku poprzez skonfrontowanie go z wyzwaniami, które z natury rzeczy niesie ze sobą Nowe i z oczekiwaniami, które ma Ono wobec nas. A wtedy naszemu skorumpowaniu, koniunkturalizmowi i ordynarnemu wygodnictwu przyprawiamy nobliwą gębę tradycji.

Ale to jeszcze mało. Swojej niemożności ogarnięcia żywiołu życia, nieumiejętności uregulowania jego strumienia gnającego niczym opętany ślepiec, swojej bezsilności wobec nieustającej „fugi” bezkresnego „bacha” człowiek próbuje przeciwstawić czynności, którym oddaje się od zarania dziejów z postępującą intensywnością. Klasyfikowanie, szeregowanie, definiowanie, szufladkowanie sprawia mu niemałą frajdę, a rezultaty – błogą satysfakcję. Oto ujarzmił materię, której – nazywając ją – odebrał tajemnicę. A homo sapiens lęk przez tajemnym, mrocznym i przepastnym ma zakodowany w genach.
O naiwności (że też nikt nie poświęcił Ci ody)!

Były jednak, są i będą zjawiska dziejące się obok nas albo w nas samych, których istnienie kompromituje rację bytu stworzonych przez nas szuflad i szufladek. Skala tych zjawisk jest tak wielka, że człowiek nie jest w mocy znaleźć na nie miary. W nowożytnej historii takie najbardziej niewymiarowe, z powodu swego trudnego do wytłumaczenia fenomenu, zjawisko muzyczne stanowi dla mnie bohater tego eseju. Tak. Chopin jest niemożliwym do wyjaśnienia fenomenem – nieuchwytnym, umykającym nam, którzy bezsilnie próbujemy go definitywnie sportretować.

FUGA OJCA MIKOŁAJA

Jeszcze w końcu XX wieku, przed naszym wstąpieniem do Unii Europejskiej, byli tacy paryżanie, którzy uważali, że po ulicach Krakowa, Poznania czy Warszawy przechadzają się niedźwiedzie. Z ich, paryżan, perspektywy mieszkaliśmy daleko na wschodzie. Niektórzy do dziś uważają, że Polska to po prostu północ – może piękna i fascynująca, ale z pewnością niedostępna, nieprzyjazna. Jakie w takim razie pojęcie o naszym kraju miała francuska prowincja w pierwszej połowie XVIII wieku? Nie czas, nie miejsce (i nie pióro), żeby roztrząsać tak złożone zagadnienie. Z dużą pewnością można wszakże przyjąć, że Mikołaj Chopin, gdy w roku 1787 jako szesnastolatek przybył do Polski, musiał doznawać wrażeń szczególnych.
I Rzeczpospolita, która już od wielu dziesięcioleci traciła swój honor i cześć, by ostatecznie oddać także swoje ciało, przeżywała właśnie okres niesłychanej aktywności społeczno-polityczno-kulturalnej. Niczym śmiertelnie chory, doznający w swych ostatnich dniach intensywnego ożywienia – zdobyła się na rzeczy doniosłe: europejski fenomen Komisji Edukacji Narodowej, postępowe uniwersały kościuszkowskie, wspaniały królewski mecenat nad sztuką, Dzieło Wojciecha Bogusławskiego, wielkie, epokowe reformy Sejmu Wielkiego – na miarę wyzwań Oświecenia, przeobrażającego oblicze kontynentu – zwieńczone unikatem w skali europejskiej: Konstytucją 3 Maja. Konające państwo polskie nieuchronnie jednak przechodziło na sąsiedzką własność.

I taki właśnie kraj wybrał dla siebie Mikołaj Chopin. Dlaczego wyjechał
z Marainville we francuskiej Lotaryngii, można się domyślać. Przedrewolucyjny niepokój skłaniał do podejmowania odważnych decyzji. Ale dlaczego uciekł do Polski, takiej Polski, w tak tragicznej kondycji politycznej? Prawdopodobnie dlatego, że był człowiekiem sentymentalnym. W Lotaryngii mieszkało sporo Polaków, a swego czasu panem tej krainy był teść króla Francji Ludwika XV – Stanisław Leszczyński, król Polski. Chopin senior miał pewnie przyjaciół wśród Polaków i być może zafascynowała go ich kultura, odległa od jego wyobrażeń
o życiu i świecie. Być może.

FUGA SYNA FRYDERYKA

Mikołaj Chopin przeżył w Polsce ponad pół wieku. Tu też zmarł. Ożeniony
z urodzoną i wychowaną w Polsce Justyną Krzyżanowską, miał status cudzoziemca. Zakochany w Polsce (dla której nadstawiał kark, biorąc jako
23-latek aktywny udział w Insurekcji Kościuszkowskiej), w głębi serca musiał się radować , gdy jego jedyny syn wyjeżdżał nigdzie indziej tylko właśnie do Francji. Zapewne odczuwał nieuchronność zdarzeń: oto Chopin wraca do siebie, oto Chopin-syn powraca w imieniu Chopina-ojca na ojczyzny łono. Ale przede wszystkim była to decyzja sensu stricto artystyczna. Paryż stawał się duchową stolicą Europy, to tu wszystko się działo. Fryderyk, polski patriota, odczuwał cały tragizm swego wyjazdu z kraju, w którym się urodził, wychował i zostawiał najbliższych sobie ludzi. Jako człowiek, zwykły śmiertelnik – cierpiał. Ale artysta, który w jego osobie znalazł zupełnie zdumiewającą postać, z pewnością nie posiadał się z radości. Fryderyk, muzyczny geniusz, do Paryża udawał się po to, by odnaleźć tam swoje najwłaściwsze miejsce na ziemi. Pochodzenie ojca, aczkolwiek ważne, było tu jedynie okolicznością sprzyjającą.

Maciej Grzybowski