Radio Chopin

Druga połowa Dusznik

Ostatnia aktualizacja: 21.08.2021 00:28
Adam Rozlach przedstawia drugą część zakończonego już dusznickiego Festiwalu: W zasadzie nie było ani jednego recitalu, który nie wzbudziłby zainteresowania, a kilka zachwyciło lub wręcz zafascynowało.
Shiori Kuwahara na Festiwalu w Dusznikach
Shiori Kuwahara na Festiwalu w DusznikachFoto: Marek Grotowski

Nicolas Namoradze pokazał się nam w repertuarze barokowym i romantycznym. Bach był mocny, raczej nie klawesynowy. W Etiudach, które połączył z kolejnym dziełem Bacha, pokazał swój harmoniczny świat, wrażliwość, bardzo dobrą pianistykę oraz wyróżniającą się muzyczną inteligencję. Kiedy się go słucha, robi wrażenie pianisty o nieograniczonych wręcz repertuarowych możliwościach, a czym trudniejsze pianistyczne struktury, tym łatwiejsze wydają się dla niego w realizacji. Kołysankę Chopina zagrał w swoim „intelektualnym” stylu, z nazbyt chyba wieloma zwolnieniami, które z rubatami nie miały chyba wiele wspólnego, ale braku wrażliwości jednak bym mu nie zarzucił. Potem był jeszcze jeden – też wrażliwie ujęty – Bach, którego połączył z solową wersją Tańca śmierci Liszta, wykorzystując wspólną tonację f-moll. Mocne ujęcie, znakomite pianistycznie. Po przerwie jeszcze jeden Contrapunctus Bacha i znów wspólna tonacja, i znów mocna, kontrastowa pozycja: I Sonata d-moll Rachmaninowa. Czuło się, że jest to jego świat, najbliższy mu. Było napięcie, był dynamizm ale czy było interpretacyjne piętno? Po niezapomnianej kreacji Kantorova sprzed dwóch lat pewnie Pierwsza Rachmaninowa długo nie zadowoli pamiętających…

Nikita Mndoyants – doskonale nam znany zwycięzca z Cleveland sprzed 5 lat i Konkursu im. Paderewskiego sprzed lat 14. Również komponujący, czym wykazał się podczas recitalu grając swój Nokturn – trochę impresjonistyczny, trochę jakby bliski Skriabinowi, dla mnie mało interesujący. Za to cała reszta wspaniała. Po mistrzowsku, nienagannie zagrał Beethovenowskie Wariacje na temat z Eroiki, ciekawie płynęła mu Ballada f-moll Chopina, choć przy drugim, studyjnym już słuchaniu łatwo dostrzec można było techniczne mankamenty. Świetnie zagrał III Sonatę f-moll Brahmsa, choć w moim wypadku na przeszkodzie entuzjazmowi stanęło tym razem wspomnienie interpretacji, jaką przed dwoma laty w Berlinie nadał temu arcydziełu Zimerman. Mndoyants pokazał jednak moc, dynamizm, znakomitą pianistykę.

Zachwyciła mnie 16-letnia Rosjanka z Niemiec, gdzie mieszka od 12 lat – Maria Eydman. Znakomicie, poważnie, wielce dorośle zagrała Sonatę F-dur op. 10 nr 2 Beethovena, szczególnie część drugą. A jeszcze lepiej, jeszcze poważniej, Wariacje nt. własny tegoż twórcy. Zaimponowała mi panowaniem nad nutami, wyrazem i niełatwą warstwą techniczną. Muzyczka z niej i wirtuozka w najlepszym, beethovenowskim wydaniu. Sonata Bartóka to test na pamięć, na wyobraźnię – wykonanie z rzędu porywających, choć pianistka najpewniej odczuwała już zmęczenie. Trudny repertuar, arcytrudny, wzmocniony – w II części – VI Etiudą Ligetiego z I zeszytu Autumn in Warsaw, pięcioma Etiudami-obrazami Rachmaninowa, pełnymi poezji, ale i ognia, oraz II Sonatą Skriabina, w której – zdawało się – postawiła wszystko na jedną kartę. Najtrudniejsze figury grała z łatwością, jakby jednym palcem, do tego pokazała wyrazowy charakter, powagę, zdecydowanie. Nie zachwyciła mnie Chopinem (opusem 22), w którym uciekały jej techniczne szczegóły, ale po takim gigantycznym programie – trudno się dziwić…

Daniel Ciobanu – znany mi z Dusznik, ale i z Festiwalu Rubinsteina w Łodzi. Nie zachwycił Kreislerianami Schumanna: grał z tabletu, raczej niepewnie, ale początek był znakomity! Nieudane Scherzo b-moll Chopina, chaotyczne, jakby wydukane. Nie wywarło też wrażenia wykonanie nowego utworu Dana Dediu, ale na końcu zabrzmiał najmocniejszy akcent: VII Sonata Prokofiewa, której nie brakowało niczego. To jego był prawdziwy „Glanznummer”.

Jeszcze jeden fenomen, starszy od Rosjanki o 10 lat – Japonka Shiori Kuwahara! Mocna pianistka, o niezwykłej sile uderzenia, ale też o gigantycznej wprost mocy wyrazowego przekazu. Tak było z Sonatą op. 110 Beethovena, również z Sonatą h-moll Liszta, którą zagrała zamiast zaplanowanej Fantazji Wędrowiec Schuberta (sic!). Jest przy tym do bólu skuteczna technicznie. Formę obu sonat stworzyła okazałą. Niczego tam nie brakowało, natomiast za dużo dawała siły, w dziele Liszta czasami wręcz przekraczając granice naszej odporności - choć fortepian Kawai, który sobie wybrała, wytrzymał to wszystko wzorcowo. Duży wykonawczy format utrzymała w Chaconne Bacha-Busoniego, choć i tu wykorzystała swój ponadwymiarowy dynamiczny potencjał. Ale Kołysankę Busoniego zagrała tak czule i delikatnie, jak tylko można to sobie wyobrazić, co było bardzo uspokajające. Na koniec i ona pochwaliła się popisowym numerem, czyli Pietruszką Strawińskiego. To właśnie jest jej repertuar, w którym jest absolutnie niezawodna, tak technicznie jak i wyrazowo. Siła przekazu – olbrzymia, potężna.

W piątek, trzynastego – w Dworku, po raz bodaj piąty w historii Festiwalu, zagrał bułgarski duet fortepianowy Genova & Dimitrov. Zagrali nam Rachmaninowa na dwa fortepiany i na cztery ręce. Był to dla mnie jakiś rodzaj wzorcowego zgrania dwojga muzyków, swoisty ideał zespolenia – i to do najdrobniejszych szczegółów. Podczas dość długiego koncertu artyści nie dali nam ani jednego powodu do najmniejszych choćby utyskiwań. Nie będę jednak ukrywał, że repertuar na te dwa wykonawcze zestawy nigdy nie należał – i chyba nigdy nie będzie należał – do tych, za którymi bym tęsknił. Proszę wybaczyć, ale wszystko brzmi dla mnie jednakowo monotonnie, a wręcz wiele jest w tej muzyce momentów, w których trudno nawet rozpoznać tego kompozytora, którego przecież tak wszyscy uwielbiamy – delikatnie rzecz ujmując. Natomiast kapelusze z głów przed talentem i jakością gry Pani Agliki i Pana Liubena!

W ostatnim dniu wpierw zagrała Sofya Gulyak, a tegoroczne dusznickie święto zakończył Eric Lu. Rosjanka zaprezentowała się wybornie. Gra tak muzykalnie, spod jej palców muzyka płynie tak naturalnie, tak pięknie. Choć Chaconne Bacha-Busoniego rozpoczęła impulsywnie, to z czasem całość jej ujęcia nabrała znakomitego, pełnego i szerokiego obrazu. Opus 118 Brahmsa pokazało wiele stron jej sztuki, nie tylko charakterystyczny dynamizm gry, ale i dużą wrażliwość oraz naprawdę niepospolitą muzykalność. Romantyczny i okrągły był Franck (Preludium, Fuga i Wariacje op. 18) – naturalnie płynący; harmonijnie zbudowana, w najlepszym stylu – Miłosna śmierć Izoldy Wagnera/Liszta. Gulyak posiada znakomity pianistyczny warsztat, gra technicznie pewnie, skutecznie, w zasadzie bez zarzutu, nigdzie wszak nie uwypuklając wirtuozerii. Nie ujawniła się ona nawet w dodanej – nagle i niezapowiedzianie – świetnej i zwiewnie wykonanej Lisztowskiej Campanelli. Muzykalny i ognisty był w końcu Ravelowski poemat La valse – kulturalnie podany, barwnie płynący – zawsze zgodnie z kompozytorskim nurtem. Znakomita to pianistka!

Eric Lu – cudowny, młody artysta, o wielkiej i zawsze naturalnej i ujmującej wrażliwości, o dużych muzycznych, ale i pianistycznych możliwościach. Każdy jego występ jest dla mnie wielkim, także duchowym przeżyciem. Muzyka jest dla niego źródłem wielkich przeżyć, którymi dzieli się z nami w sposób bardzo osobisty, by nie rzec intymny. Zawsze jest schowany za muzykę, ale zawsze daje nam ogrom muzycznych satysfakcji. Tu miał „ułatwione” zadanie, bo wybrał sobie za główne pozycje recitalu dwie potężne sonaty Schuberta (D 784 i D 959), którymi wzruszył i poruszył. Przed występem poinformowano nas, że z racji kontuzji ręki nie zagra Poloneza Es-dur op. 22. Słuchając jego znakomitej gry, niemal wszyscy szukaliśmy śladów niedyspozycji – chyba nikt nie znalazł. Było coś niezwykłego, kiedy na bis – nawiasem: zgodnie z moją, głośnie wypowiedzianą do siedzących po sąsiedzku słuchaczy przepowiednią – zaczął grać Andante spianato. Zagra Poloneza, czy nie zagra? Skończył na pięknie odegranym nokturnowym wstępie. A był jeszcze – w I części – Nokturn c-moll op. 48 nr 1, który cudownie muzycznie wyreżyserował, doprowadzając – z pokładów pianissima – do prawdziwego wyrazowego Everestu. Cieszę się, że ten sam program zagra na Festiwalu „Chopin i jego Europa”. Czy dopełni opus 22 Chopina?

Adam Rozlach