Radio Chopin

Im więcej ciebie, tym mniej (cz. 2)

Ostatnia aktualizacja: 10.09.2021 14:44
Adam Wiedemann przedstawia swoje refleksje z drugiej połowy warszawskiego festiwalu Chopin i Jego Europa.

Duet Blechacza z Kim był akurat jednym z tych zjawisk, których nigdy uprzednio nie zaznałem, ogólnie mówiąc jednak Chopin i jego Europa już od paru edycji zaprasza głównie artystów, którzy już na nim występowali, jest więc raczej okazją, by posłuchać starych znajomych w nowym repertuarze, niż pretekstem do jakichś spektakularnych „odkryć”. Przystaję na to i nawet lubię to, bo jednak śledzenie karier ulubionych wykonawców też bywa pouczające, zwłaszcza gdy poza festiwalem rzadko pojawiają się na naszych estradach. Tak było w przypadku Erika Lu i Kate Liu, laureatów ostatniego Konkursu Chopinowskiego, wtedy bardzo im kibicowałem, ale tak się złożyło, że od tej pory nigdy ich nie słyszałem, a nawet nie wiedziałem za bardzo, co tam u nich słychać (Kate miała wystąpić parę lat temu w Trzecim Koncercie Prokofiewa, ale się z tego wycofała, Eric nagrał całkiem udaną płytę z Czwartym Beethovena, no i tyle). Lu w ogóle się przez te sześć lat nie zmienił, chyba tylko zrobił się jeszcze bardziej chudy i wydłużony, choć to może kwestia perspektywy, bo wtedy oglądałem go z balkonu, a teraz z parteru. Wystąpił w repertuarze zasadniczo Schubertowskim (jeden nokturn Chopina nie czynił tu większej wiosny, wydawał się wręcz niezbyt potrzebny), od razu też dało się słyszeć, że swoim znakiem rozpoznawczym postanowił uczynić granie wszystkiego bardzo powoli, w związku z czym już Allegretto c-moll D 915 mogło się wydać utworem z kręgu „minimalizmu egzystencjalnego” (nie powiem, by wyszło mu to na zdrowie), a następujący po nim Nokturn c-moll zabrzmiał właśnie bardzo nokturnowo, na przekór tradycji czyniącej zeń „poemat bohaterski”, co było, owszem, ciekawe, i poniekąd uzasadniało jego obecność w zestawie. Gwoździem programu okazała się jednak Sonata a-moll D 784, której część pierwsza (Allegro giusto) zagrana jako adagio, przybrała postać jakiegoś niekończącego się sennego koszmaru i słuchałem jej zafascynowany. Niestety po przerwie pianista postanowił zaprezentować wielką Sonatę A-dur D 959 i na niej poległ, czy też raczej uległ onieśmieleniu, co najzupełniej rozumiem, acz nie rozumiem decyzji o jej wykonaniu, które było wręcz uczniowskie, zwyczajne i bez pomysłu. A przecież pomysłu jakiegoś oczekujemy od każdego, kto się za to dzieło zabiera, nie można być jego sługą, trzeba być zdobywcą. Głupio to zabrzmi, ale Eric wydał mi się jeszcze za młody na tę Sonatę, jej publiczną prezentację (i niech z tego względu będzie mu to przebaczone). Sytuację uratował tylko bis (dwie ostatnie części Kinderszenen Schumanna), zagrany znów powoli, z namaszczeniem, a zarazem marzycielsko (łykam to, nawet jeśli było to „marzycielstwo” totalnie wykoncypowane).

Co innego Liu, to już jest pianistka dojrzała, z jej decyzjami można się nie zgadzać, ale nie sposób ich nie szanować. Dysponuje ponadto dźwiękiem bogatym i soczystym, co ją odróżnia od Lu, który swoje kreacje jakby celowo „oczyszcza z alikwotów”. Sonatę a-moll Mozarta zagrała na sposób romantyczny, trochę tak, jak czynił to Claudio Arrau w środkowym okresie kariery, nie był to więc Mozart „mozartowski”, tylko taki, jakiego trochę już odsuwamy w niepamięć. Przerwę poprzedziły dwa kawałki Chopina, podane z uwagą i powagą, jakiej starsi koledzy mogą tej Singapurżance jedynie pozazdrościć, zachwyciła mnie zwłaszcza koda Ballady g-moll z doskonale podkreślonymi przednutkami, o których nawet najwięksi pianiści często „zapominają” (a przecież Chopin je tam zapisał). Czekało się jednak w napięciu na Trzecią Sonatę Brahmsa, która swoim olbrzymim cielskiem wypełniła drugą część koncertu. I było na co czekać, tak idealnego wykonania tej sonaty nigdy jeszcze nie słyszałem (a słyszałem ją w wykonaniu Sokołowa, ale pękła mu struna, i to w drugiej części, a potem wydawał się tym faktem „zatroskany”), celowo piszę „idealnego”, bo łatwo przywołać interpretacje ekscentryczne bądź nużące, a o ideał trudno, osiągnął go chyba młody Zoltan Kocsis, a teraz równie młoda Liu jeszcze go przewyższyła, takie przynajmniej miałem wrażenie, słuchając i zwłaszcza widząc, jak najtrudniejsze akrobacje pianistka pokonywała z przymkniętymi oczyma i półotwartymi ustami, co nadawało jej wygląd „genialnego dziecięcia”. Klarownie rozplanowała skomplikowaną architektonikę wybuchowej części pierwszej, w drugiej logicznie i naturalnie przeszła od miękkiego liryzmu do masywnej ekstatyczności, z gracją potrafiła ujarzmić „przerywany galop” finału, wszystko po prostu w tej sonacie było nadzwyczajnie dobre, więc teraz kłaniam się nisko pani Kate i nic już więcej nie piszę (bo nawet z wrażenia zapomniałem, jaki był bis).

Pomiędzy tymi recitalami był jeszcze jeden, dziwny. Od samego początku robił wrażenie jakiegoś seansu spirytystycznego, na estradzie stanęły dwa stare fortepiany, jeden (buchholtz) przeznaczony dla Chopina, drugi (erard) – dla Liszta. Ich pogromcą był Jos van Immerseel, którego w ogóle po raz pierwszy zobaczyłem jak wygląda, a jego fizjonomia mogłaby zasilić galerię groteskowych postaci z rysunków E.T.A. Hoffmanna. Sam występ też miał przebieg dość niesamowity, buchcholtz jest instrumentem bardzo pięknym z wyglądu i grał na nim podobno młody Chopin, lecz jednak w zetknięciu z jego późnymi utworami wydawał się dość zaskoczony i wręcz zmatłaczony, jęczał, stękał i brzęczał, jakby miał zaraz wyzionąć ducha i rozpaść się na kawałki. Choć z drugiej strony Ballada F-dur była interpretacją co się zowie, muzyczną recytacją przyprawiającą nie raz o dreszcz w kręgosłupie. Z kolei Walc As-dur zabrzmiał jak dobiegający z oddali pogłos widmowego tingeltangla, Nokturn c-moll (tyle co słyszany w stonowanej wersji Lu) był tym razem wizją bitwy, lecz rozgrywanej przez rycerzy, którzy właśnie powstali z grobów i rozpadają się w proch tyle co dobywszy miecza. Kołysanka budziła grozę, chwilami frenetyczna, a to znów zanikająca, mogłaby ją śpiewać sama Śmierć w którejś z baśni Andersena. Dopiero Scherzo b-moll okazało się kompletną katastrofą, chaosem, nie podołał mu chyba ani instrument, ani też pianista.

Po przerwie przyszła kolej na Liszta i cokolwiek bardziej „męskiego” erarda, zaczęło się od nader stosownych w tym momencie Funeraliów, które zabrzmiały wszak dość rozpaczliwie i wolałbym ich nigdy nie usłyszeć (zacząłem zastanawiać się, co by pomyślał taki Horowitz albo Arrau, gdyby to wykonanie usłyszeli), potem św. Franciszek miał mieć kazanie do ptaków, ale nastąpiła nieprzewidziana ingerencja z zaświatów, jeden z reflektorów zaczął umierać i przeraźliwie buczeć, Immerseel grał niezmordowanie, lecz nie za bardzo było słychać, co tam gra. Reflektor w końcu został wyłączony (czy też sam się wyłączył) i wtedy nastąpił najpiękniejszy moment występu, poemat symfoniczny „Od kołyski do grobu” w autorskiej wersji na instrument klawiszowy. Starego Liszta lubię prawie że najbardziej z całej muzyki, a ten utwór jedynie zyskał na odarciu go z szat orkiestrowych, zabrzmiał zarazem dostojnie i subtelnie, a pochody równoległych akordów w zakończeniu dawały efekt nieomal debussy'owski. Na koniec Immerseel uraczył nas dwoma przebojami: Upartym Czardaszem i którąś z Rapsodii (na bis; niestety ich nie rozróżniam). Tu swe walory zaprezentował wreszcie erard, bo przecież każdy stary fortepian brzmi trochę jak węgierskie cymbały...

Na solową Awdiejewą nie poszedłem, bo nagle sam poczułem się przeziębiony, poza tym skąd mogłem wiedzieć, że w ostatniej chwili zamieni Drugą Sonatę Rachmaninowa na Ósmą Prokofiewa (a tej to akurat chętnie bym posłuchał). Potem chodziłem już tylko na koncerty Philippe'a Herreweghe, których było aż trzy. Na początek madrygały Gesualda, ich Czwarta Księga, przetykane utworami na lutnię (tych akurat zupełnie nie było słychać, sala Filharmonii nie nadaje się do takich cichych instrumentów). Głosy sześciorga śpiewaków Collegium Vocale brzmiały tyleż spoiście, co i indywidualnie, przy czym zawsze śpiewali w pięcioro (madrygały są pięciogłosowe, ale na różnorakie zestawy głosów), a jedna osoba siedziała smutno na krzesełku, niczym ów „odrzucony kochanek”. Ciekawe, czy sam Gesualdo tak to zaplanował, tak czy owak było to posunięcie w swojej prostocie dramaturgicznie doskonałe. Są to bowiem utwory niezmiernie smutne, teksty do nich napisał sam kompozytor, sprawnie operując barokowym paradoksem i hiperbolą, a mogliśmy je podziwiać w specjalnie wydanym małym programiku, do którego przetłumaczył je nader adekwatnie Kuba Puchalski (to nie moja ocena, tylko Basi, która jako specjalistka od renesansu musiała się oczywiście na tym koncercie pojawić), dzięki czemu okazało się np., że ostatni madrygał ma wyjątkowo wesoły, konsolacyjny charakter, o czym z samej muzyki dość trudno byłoby wnioskować.

Oba Koncerty fortepianowe Chopina niezbyt lubię, odkąd musiałem pisać do nich teksty dla Michała Zadary, który ich ostatecznie nie wziął, było to przeżycie dość traumatyczne, chciałem jednak posłuchać, jak sobie w nich poradzi słynna Orchestre des Champs-Élysées (bo jak radzi sobie z nimi Nelson Goerner to już wiedziałem z poprzednich edycji Festiwalu), poza tym miał też przyjść Paweł, który jednak nie przyszedł i byłoby mi wręcz smutno, pojawiła się jednak Ewa ze swoim chłopakiem Michałem, a ich obecność zawsze rozwesela. Koncert e-moll zagrany został nieciekawie i płasko, wynudziłem się jak mops, myśląc sobie (taka myśl mnie dopadła), dlaczego wszyscy ludzie, o ile nie umrą w niemowlęctwie, muszą się koniecznie dowiadywać o wszystkich bezeceństwach ludzkości, są tym natrętnie karmieni, podczas gdy taki Chopin, nawet nie najlepiej wykonany, świadczy jednak o człowieczeństwie jak najlepiej, jest równie dobry jak kwiat magnolii czy futro tygrysa. Ta myśl kazała mi pozostać również na Koncercie f-moll, który okazał się znacznie lepszy, w pierwszej części doskonale brillant, w drugiej quasi-improwizacyjny (podczas słynnego recytatywu fortepianu solista i dyrygent wykazali się doskonałym wprost porozumieniem), a w trzeciej nawet waltorniści dali radę, choć poprzednio, w Koncercie e-moll, miło sobie fałszowali. Na bis Goerner zagrał Lento con gran espressione, czym sprawił wielką przyjemność Ewie, która też chętnie wykonuje ten utwór dla swoich gości. Po wyjściu z Filharmonii spytaliśmy Michała, jak mu się podobało, na co odrzekł: Zmiana medium zawsze bywa korzystna. Muzyka jest Michałowi doskonale obojętna, co za człowiek.

Ostatni koncert odbył się znów w Operze i znowu zapowiadany był deszcz, który jednak szczęśliwie nie nastąpił, za to przy wejściu częstowani byliśmy sękaczem i potem ukradkowo jedliśmy go, słuchając Requiem Faurégo, które jest utworem tak morderczo nudnym, że chyba częściowo go przespałem, bo minął mi niemal niezauważenie. Łączenie go z Symfonią Psalmów Strawińskiego to jakaś dziwna praktyka, której nie rozumiem, tak czy owak istnieje też płyta Sergiu Celibidache, na której te rzeczy zostały ze sobą zestawione. Herreweghe postanowił wstawić pomiędzy nie przerywnik w postaci Begräbnisgesangu op. 13 Brahmsa, jest to utwór wczesny i (powiedzmy) taki sobie, ale jego motyw czołowy rozwinięty został później w temacie jednego z Intermezzów op. 117, nastąpił więc ładny (choć pewnie niezamierzony) ukłon w stronę recitalu Grosvenora. Co do samej Symfonii, po świetnej płycie, na której są Threni i Requiem canticles, spodziewałem się teraz jakichś niebywałych przeżyć artystycznych, te jednak nie nastąpiły: Symfonia odegrana została i odśpiewana dość szybko, niemal pośpiesznie, chwilami (w drugiej części) zbyt hałaśliwie, nawet część trzecia nie przyniosła odpowiedniej dozy mistycyzmu. Znacznie lepiej wspominam wykonanie Jerzego Maksymiuka (wieki temu, w Filharmonii Krakowskiej), a i tak interpretacje Simona Prestona, Karela Ančerla i samego Strawińskiego pozostają wciąż nieprześcignione.

Tak czy owak Strawiński zarówno rozpoczął (dla mnie), jak i zakończył cały Festiwal, z czego się dosyć cieszę, bo w sumie rzadko słyszę go w Polsce na żywo, choć akurat z Chopinem nic go zgoła nie łączy, chyba już bardziej na miejscu byłby Messiaen z tą swoją fortepianową kolorystyką i wirtuozerią na granicy wykonalności. Strawińskiego przypomina mi raczej Liszt, a to przez te liczne etapy twórczości, wszechstronność i ostateczne zwrócenie się ku religijności. A kogo przypomina Brahms? Brahms chyba nikogo nie przypomina, jest tak domknięty, jak tylko można być. Wyobraźmy sobie festiwal Brahms i jego Europa. Czy ktoś się jeszcze po Brahmsie odwołuje do Brahmsa? Myślę tak o tym, bo w tym roku to właśnie on okazał się najjaśniejszym punktem, dzięki wspaniałej Kate Liu. Ten człowiek-monada, zakryty rozłożystą brodą.