Radio Chopin

Na troje pianistów i setkę głosów

Ostatnia aktualizacja: 24.11.2021 23:43
Czego nam brakuje? Rozmowy. Podczas koncertów brakuje wymiany myśli. Naturalnie, nie w czasie, gdy gra muzyka – ale wówczas, gdy już nie gra. Obok niej. Zwykła przerwa nigdy nie jest rozwiązaniem, nie wystarcza albo jest za długa. Na rozwiązanie trafiłem w Hamburgu.

Gdy już koncert się skończy i wszyscy wybieramy się do pobliskiej kawiarni – w ramach przedłużenia wieczoru – rzadko jesteśmy w stanie utrzymać się w temacie koncertu. Wszystko po drodze rozprasza: szatnia, spacer, przyplącze się temat z pracy lub bieżących wydarzeń. Tymczasem można inaczej. Można – nawet dzisiaj – wrócić do salonu. Nie praktykuje się tego w Polsce, nie miałem też okazji bywać na domowych koncertach w którymś z ogromnym apartamentów nowojorskich. Na „kompromis” – a może właśnie złoty środek – trafiłem w Hamburgu.

Po Konkursie Chopinowskim hamburskie Towarzystwo Chopinowskie, któremu przewodniczy uczący na tamtejszej akademii muzycznej Hubert Rutkowski, zorganizowało występ aż trojga finalistów. Do dwójki laureatów, Jakuba Kuszlika i Leonory Armellini, dołączona została Eva Gevorgyan (dla ułatwienia zostanę przy tej anglojęzycznej transkrypcji). Przygotowany dla nich fortepian – pokojowy Blüthner – stanął pośrodku sali de facto restauracyjnej. Dookoła znalazły się okrągłe stoły, na 6 osób każdy, tworząc naturalne kółko ciekawych siebie rozmówców. Parę słów przywitania, aperitif, pierwsze danie, konwersacja – po czym pierwszy występ. Bynajmniej nie do kotleta: wszyscy zwracają się ku fortepianowi, pełne skupienie. Trudno zresztą o rozproszenie, gdy brzmi metafizyczny Nokturn cis-moll z op. 27 Chopina, a po nim Sonata b-moll. Bardzo ciężkie danie, jak na taką – zdawałoby się – względnie niezobowiązującą okazję, ale od razu zapomina się o obrusach i talerzach. Znam już to skupienie z sal koncertowych – powtarza się i w salonie, którym stała się sala tej podhamburskiej rezydencji. 17-letnia Gevorgyan gra z mniejszą może mocą niż w Filharmonii Narodowej lub NOSPR, ale z większą swobodą – to już nie konkurs, na którym zapewne spodziewała się, że liczyć będzie się też warsztat pianistyczny – bardziej niż precyzja zwraca uwagę rubato, przechodząca w dramat liryka tajemniczego nokturnu. Dźwiękowe niesamowitości finału Sonaty słyszane z bliska, niemal na wyciągnięcie ręki, dają jeszcze inny efekt, niż na wielkiej sali.

Oklaski – pianistka wraca do swojego stolika, który dzieli z resztą artystów – ale ludzie dopiero po chwili wracają do rozmowy. Tematy się narzucają: tradycja wykonawcza tego utworu, ekspresjonistyczny wątek Antona Rubinsteina zderzony z obiektywnym stylem Leopolda Godowskiego i wpływ obu na rosyjską szkołę pianistyczną, następnie Konkurs Chopinowski i konsekwencje zlekceważenia Gevorgyan przez jury. Podchodzą kelnerki pytając o wybór potraw, stopniowo pojawiają się też talerze. Na wszystko jest czas.

Lakoniczny (to chyba dobre słowo) występ Jakuba Kuszlika – wprawdzie najpierw Fantazja f-moll, ale spointowana mazurkami – wymaga mniejszego „dostrojenia” słuchaczy do nastroju koncertu. Rozmowy zmieniają tematy, płyną kwadranse. Na takie wydarzenie trzeba mieć czas. Czas na spotkanie z muzyką i na spotkanie z jej słuchaczami. Każdym innym, każdym z własnymi wrażeniami. I każdym wnoszącym coś własnego do rozumienia tego, co właśnie usłyszeliśmy, i co usłyszymy za chwilę.

A za chwilę występuje Leonora Armellini, z mniej może uporządkowanym niż pamiętany z Warszawy, ale bardziej spontanicznym Polonezem-Fantazją. Z większym niż dotychczas temperamentem – co może wynika z dystansu, jaki zaczyna rosnąć od Konkursu, podczas którego trzeba było bardziej się kontrolować, a może z samego nastroju koncertu. Nie mniej eleganckiego, niż normalny – przeciwnie! – może wcale nie mniej wymagającego, ale na pewno bardziej relaksacyjnego. Koncertu, w którym nie tylko publiczność ma nieporównanie bardziej bezpośredni kontakt z artystami i z muzyką, ale i oni mają go z publicznością. Grają dla ludzi, których już mieli okazję poznać, mieli okazję dzielić z nimi miejsce przy stole – i z którymi wymieniali myśli. Pianiści są nie mniej zadowoleni, niż słuchacze. Koncert na troje pianistów i setkę głosów.

Wielokrotnie myślałem, jak powinien wyglądać nocny „Nokturn” podczas festiwalu w Dusznikach Zdroju – koncert, w którym prezentują się różni uczestnicy festiwalu, z pojedynczymi utworami, podczas gdy publiczność siedzi przy stolikach z kieliszkiem wina. Tak w każdym razie pamiętam go sprzed dwóch dekad, kiedy to ostatni raz byłem na sudeckim festiwalu. Miły wieczór, naturalnie, ale dla mnie zawsze niekompletny. Konferansjer snuje jakąś pogadankę, publiczność siedzi i słucha. I dojmujący brak. Brak rozmowy. Wielokrotnie też przychodził mi na myśl wieczór, w którym głównym tematem, razem z muzyką, jest wymiana myśli. Wymiana, a nie słuchanie. Wreszcie tego doświadczyłem. Warto. Grający przede wszystkim w salonach Chopin też by potwierdził.

Jakub Puchalski