Zimowe Igrzyska Olimpijskie Pjongczang 2018

PjongCzang 2018: mocne słowa Staręgi o sytuacji polskich biegów. "Zasypali trasę szutrem, żeby zrobić parking"

Ostatnia aktualizacja: 16.02.2018 17:24
Przy okazji dużej imprezy, gdy wszyscy polscy biegacze narciarscy, a nie tylko Justyna Kowalczyk, przyciągają uwagę kibiców, często ktoś nie wytrzymuje i skarży się na działania Polskiego Związku Narciarskiego. Nie inaczej stało się podczas trwających igrzysk - Potrzeba więcej profesjonalizmu - ocenił w piątek rywalizujący w igrzyskach w Pjongczangu Maciej Staręga.
Maciej Staręga
Maciej StaręgaFoto: PAP/Grzegorz Momot

W biegu na 15 km techniką dowolną Staręga spisał się bardzo słabo, zajmując 82. miejsce. Polak przegrał między innymi z reprezentantami Tajlandii czy Grecji. Do strefy mieszanej dotarł wyraźnie przygnębiony i nie miał zamiaru uchylać się od odpowiedzialności za fatalny rezultat.

Do sezonu w dużej mierze przygotowywał się w Norwegii, gdzie chciał przede wszystkim podszkolić technikę. Choć na igrzyskach pozytywnego efektu nie było, to decyzji nie żałuje.

- To było nowe doświadczenie, bardzo duże wyzwanie. Kto się jednak nie podejmuje nowych rozwiązań, ten nie wyciąga wniosków. Poza tym nie sądzę, że gdybym tam nie pojechał, to efekt byłby wyraźnie inny - zaznaczył biegacz, wypowiadając się także o przygotowaniu do najważniejszej imprezy czterolecia - Nie czułem, żebyśmy mieli przygotowania czteroletnie. Dwa razy zmieniono nam trenera. W zasadzie żyliśmy z sezonu na sezon, nie było żadnej wizji - przyznał.

W tym miejscu warto przypomnieć wydarzenia z 2015 roku i mistrzostw świata w Falun. W Szwecji, po starcie w tej samej konkurencji, nerwy puściły Sebastianowi Gazurkowi.

- Trzeba spiąć d... i dużo zmienić. Liczę na to, bo ja nie wierzę, że jesteśmy aż tak słabi. Parę lat temu z niektórymi z tych zawodników biegaliśmy jak równy z równym. Nie ma z kim analizować przyczyn takich wyników - mówił wówczas rozczarowany 61. miejscem Gazurek. - Nie widzę szans na rozwój, jeśli tak to będzie wyglądać. Do ostatniej chwili nie wiedziałem, że tutaj przyjadę. Niby było jakieś bezpośrednie przygotowanie w Jakuszycach, ale trwało sześć czy siedem dni i nawet nie wiem, czy można ten obóz tak nazwać – dodał, ukazując prowizorkę ówczesnych przygotowań polskiej kadry.

Staręga patrzył wówczas na sprawę podobnie.

- Trzeba wspólnie usiąść i coś stworzyć. Jeżeli dalej będziemy pracować bez określonych celów, nie wiadomo nad czym, będzie to trochę bez sensu – mówił.

Przez pewien czas wydawało się, że apel zawodników przyniósł efekt. W maju 2015 roku zatrudniono bowiem cenionego trenera, Miroslava Petraska.

Przez wcześniejsze 15 lat czeski szkoleniowiec pracował we własnym kraju. W tym czasie Czesi wywalczyli trzy medale olimpijskie i pięć mistrzostw świata, a Katerina Neumanowa i Lukas Bauer mieli status niekwestionowanych gwiazd dyscypliny.

Mimo, że umowę z Petraskiem podpisano do końca sezonu 2017/18, to na stanowisku wytrwał niespełna rok i do pracy z kadrą wrócił Janusz Krężelok.

Zdaniem związkowych władz, wynagrodzenie Czecha nie było adekwatne do postępów, jakie czynili kadrowicze.

- Petrasek to trener z najwyższej półki i jego wynagrodzenie było odpowiednio wysokie, a my tak naprawdę mamy obecnie jednego mocno wyróżniającego się zawodnika - Maćka Staręgę - powiedział  kwietniu 2016 roku o przyczynach zwolnienia Czecha prezes PZN Apoloniusz Tajner.

Sam Staręga, ósmy zawodnik sprintu podczas MŚ 2017 w Lahti, w piątek przyznał, że zawodnicy nie byli zwolennikami zmiany trenera.

- Wszyscy byliśmy zadowoleni ze współpracy z Petraskiem, a wykonana z nim ciężka praca zaprocentowała w kolejnym sezonie, który był super – wspominał.

Biegacz uważa także, że w polskich biegach narciarskich brakuje profesjonalizmu, a nie wszyscy dobrze wykonują swoją pracę.

- Miałbym życzenie, żeby to wszystko wyglądało bardziej profesjonalnie. Żeby niektórzy ludzie wkładali w przygotowania tyle pracy, ile ja serca w trening. Zaprezentowałem się dziś tragicznie, ale ja naprawdę nie leżałem cały rok na kanapie. Poświęcam temu całe swoje życie i dlatego mnie to boli - wyrzucił z siebie.

Dopytywany przez dziennikarzy o to, czego dokładnie mu brakuje, odpowiedział bez wahania.

- Dążenia do wyników. Nie ma tego. To jest takie wożenie nas z zawodów na zawody. Nie ma kogoś, kto by przejął stery i miał w tym wszystkim „jaja”. W PZN chyba nie ma osoby, która chciałaby się tego podjąć, przepychać projekty w ministerstwie, co oczywiście nie jest łatwe. Brakuje nam też kontaktów ze światem. Trenerów, którzy chcieliby się rozwijać... – nakreślił gorzką wizję polskich biegów.

Justyna Kowalczyk od lat powtarza, jak źle w Polsce prezentuje się infrastruktura do uprawiania biegów narciarskich, co oczywiście nie obciąża jedynie PZN. Podobnie na sprawę patrzy Staręga, który zdradził, że przed igrzyskami ciężko było znaleźć w Polsce odpowiednie miejsce do treningu.

- Nie ma gdzie trenować, to jest powtarzane w każdym wywiadzie. Przyjechałem z pucharowych zawodów i przed samymi igrzyskami trenowałem na rolkach, bo nie było gdzie iść na narty. Jakie jest podejście do wyczynowego biegania w Zakopanem było widać przy okazji Pucharu Świata w skokach. Trasa została zasypana szutrem, żeby zrobić parking - powiedział Staręga.

Kowalczyk zwykła mawiać, że PZN powinien zmienić nazwę na Polski Związek Skoków Narciarskich. Słuchając w Korei Południowej przedstawicieli również innych podlegających Tajnerowi dyscyplin - snowboardu i narciarstwa alpejskiego - można odnieść wrażenie, że myślą oni podobnie.

- W Polskim Związku Narciarskim jesteśmy na końcu. Do Czechów nawet nie mamy się co porównywać - oceniła w piątek 20. w snowcrossie Zuzanna Smykała. Dla porównania, w tej samej konkurencji Czeszka Eva Samkova zdobyła brązowy medal.

Dodać do tego należy kompletną zapaść w polskim narciarstwie alpejskim, gdzie reprezentanci Polski albo nie pojawiają się na zawodach Pucharu Świata, albo zajmują w nich odległe miejsca, rywalizując z zawodnikami z egzotycznych narciarsko państw. O problemach alpejczyków kilkukrotnie mówił w ostatnim czasie Michał Kłusak, który wcześniej oskarżał związek o torpedowanie jego startu w igrzyskach. 

Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w narciarstwie dowolnym, gdzie jedyną liczącą się na arenie międzynardowej zawodniczką jest Karolina Riemen-Żerebecka, która w Korei nie startuje ze względu na uraz kręgosłupa. Pozostali polscy reprezentanci obecnie nie prezentują w tej dyscyplinie odpowiedniego poziomu i o występie na igrzyskach nie mogą nawet pomarzyć.

Niektóre dyscypliny dają nadzieję na powolną poprawę sytuacji. Przykład dwuboistów potwierdził już to, co się wydarzyło w biegach za Petraska, czyli efekt zagranicznej myśli szkoleniowej. Od maja ubiegłego roku kadrę prowadzi Niemiec Danny Winkelmann, a w środę najlepszy od 1994 roku wynik polskich kombinatorów na igrzyskach osiągnął Paweł Słowiok, zajmując 22. miejsce. Polacy, po raz pierwszy w XXI wieku, wywalczyli także prawo wystawienia na igrzyskach drużyny.

Brak infrastruktury, odpowiedniego szkolenia i wysokiej klasy trenerów – to główne zarzuty olimpijczyków wobec związkowych działaczy. Wyniki osiągane przez Polaków w Korei Południowej pokazują, że narciarski świat nam coraz szybciej ucieka, a my niekoniecznie przejawiamy chęci, aby go dogonić.

Wydaje się, że konieczne jest zajęcie się na poważnie problemami, jakie trapią polskie sporty zimowe. Problemami, dodajmy, od lat zgłaszanymi przez zawodników. W innym wypadku, ciężko będzie Polakom włączyć się nie tylko do walki o medale, ale nawet o punkty w zawodach Pucharu Świata.

pm, PAP

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

PjongCzang 2018: hegemonia Szwajcara. Dario Cologna trzeci raz z rzędu "złoty" na igrzyskach w biegu na 15 km

Ostatnia aktualizacja: 16.02.2018 09:25
Szwajcarski narciarz Dario Cologna zdobył trzeci z rzędu złoty medal olimpijski w biegu na 15 km. W Pjongczangu, podobnie jak osiem lat temu w Vancouver, wygrał rywalizację techniką dowoloną. Z kolei w 2014 roku w Soczi był najlepszy w zmaganiach "klasykiem".
rozwiń zwiń