Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Etnorrory! Czyli etnograficzne strachy nie tylko na Lachy

Ostatnia aktualizacja: 15.10.2020 10:00
Chyba nie lubię się bać. Jakoś nigdy nie sprawiało mi szczególnej przyjemności czytanie kryminałów, odwiedzanie salonów strachu czy oglądanie horrorów. Nie lubię chodzić nocą po lesie. Nawet kiedy byłam dzieckiem, nie pociągały mnie opowieści o duchach. Najwyraźniej długo nie potrzebowałam tego rodzaju adrenaliny.
Kadr z filmu Midsommar. W biały dzień
Kadr z filmu "Midsommar. W biały dzieńFoto: Csaba Aknay, Courtesy of A24/mat. prasowe/Gutek Film

Ostatnio jednak coraz częściej się boję, a może lepiej byłoby powiedzieć, że świat coraz bardziej napawa mnie lękiem i przerażeniem. Pandemia covid-19, nad którą nie umiemy zapanować, globalne ocieplenie, z którym nie potrafimy sobie poradzić, prawie wojna domowa u naszych białoruskich sąsiadów, prawdziwa wojna w Górnym Karabachu… Być może właśnie dlatego, że coraz więcej spraw i sytuacji przeraża mnie naprawdę, od jakiegoś czasu zaczęłam szukać lęków na niby – lęków niegroźnych, oswojonych, nieprawdziwych, takich, które znikną, jeśli tylko tego zapragnę. Między innymi zaczęłam sięgać po kino grozy. I przy tej okazji dokonałam swojego prywatnego małego odkrycia – dowiedziałam się o istnieniu folk horrorów. Jak potem przeczytałam, zjawisko nie jest takie całkiem nowe, filmy grozy osnute wokół przedchrześcijańskich wierzeń powstawały już od lat 70. XX wieku, zaś najsłynniejszym z nich był „The Wicker Man” Robina Hardy’ego. 

Niemniej jednak ja o tym nie wiedziałam i moim pierwszym, dość przypadkowym kontaktem z tym gatunkiem okazał się domowy sens filmu „Midsommar. W biały dzień” Ariego Astera. To opowieść o grupie amerykańskich studentów (dwaj z nich piszą doktorat z antropologii!), którzy jadą do Szwecji, by wziąć udział w tradycyjnych obrzędach przesilenia letniego organizowanych przez żyjącą w zgodzie z naturą komunę. Tym, którzy jeszcze nie widzieli tego filmu, nie będę zdradzać fabuły. Przypominam tylko, że to horror! A więc znane etnografom tematy dotyczące ofiary, rytualnego znaczenia krwi, oczyszczającej mocy ognia, świątecznego oszołomienia, kwestie śmierci i odrodzenia służą tu wywoływaniu poczucia lęku u widza. Film jest zresztą przepięknie sfilmowany, autorem zdjęć jest pochodzący z Polski Paweł Pogorzelski. Tańczące na polanie w pełnym słońcu dziewczyny, białe haftowane stroje, kwietne wianki i bramy, drewniane domy (nie wiem, czy tradycyjne, ale nawiązujące do najlepszego skandynawskiego designu) – wszystko to świetnie kontrastuje z masakrą, jaka rozgrywa się podczas obrzędu.

Zadaniem tego film – jak i innych „strasznych” obrazów inspirowanych treściami etnograficznymi w szerokim sensie tego słowa – nie jest przybliżanie widzowi jakichś etnograficznych prawd, pokazywanie prawdziwie funkcjonujących tajemniczych wspólnot. Chodzi raczej o odwołanie się do pewnych kulturowych archetypów. Być może chodzi również o ukazanie alternatywy dla naszego codziennego życia.

Paradoksalnie „Midsommar” nie tylko przeraża, ale może nawet bardziej koi… daje nadzieję. Główna bohaterka Dani, która stanie się majową królową i centralną postacią całych obchodów, przyjeżdża do szwedzkiej komuny w stanie absolutnej rozpaczy i żałoby, której nowoczesny świat nie pozwala jej przeżyć, zrozumieć i podzielić się nią z innymi. I właśnie w tej dziwnej wspólnocie dziewczyna znajduje ukojenie, zrozumienie, możliwość uwspólnienia najbardziej podstawowych ludzkich uczuć i emocji. To ona dokonuje ofiary i ona wygrywa. Ale nie robi tego sama – pomaga jej wspólnota, a szczególnie żeńska solidarność, kobiecy płacz, uwalniająca zbiorowa histeria, hipnotyzujący taniec.

To neoplemię zdaje się dla Dani lepsze niż zachodnia chłodna, pozbawiona możliwości okazywania emocji cywilizacja. Pozwoli jej uwolnić się od traum, ale też od męskiej dominacji.
Jeszcze mocniej wątek kobiecej wspólnoty rozumianej jako ratunek i alternatywa dla całej kultury zachodu ufundowanej na wzorach patriarchalnych (wzmacnianych przez chrześcijaństwo) widoczny jest w pierwszym anglojęzycznym filmie Małgorzaty Szumowskiej „Córka Boga”. Nie wiem, czy można go zaliczyć do horrorów… to raczej autorskie kino grozy, ale w końcu trupy ścielą się tu, a raczej pływają, gęsto, a wątki antropologiczne są wiodące, więc postanowiłam i ten film zaliczyć do omawianego gatunku. „Córka Boga” to pewna alegoria i tak należy ten obraz rozumieć – oto w irlandzkich górach, w zgodzie z przyrodą żyje komuna kobiet i dziewcząt, której przewodzi piękny Pasterz. Kobiety hodują owce, spełniają narzucone przez Pasterza rytuały, słuchają jego kazań i rywalizują o seksualne względy jedynego samca. (Warto zaznaczyć, że zdjęcia Michała Englerta i w tym filmie są piękne, niezwykle poruszające). Tu również mamy wyraźne motywy antropologiczne: wodę, jako symbol nowego życia, oczyszczenia ale też śmierci oraz krew niosącą ofiarę, ale i zmartwychwstanie, przebudzenie. Krew silnie łączy się tu także z wątkiem feministycznym. Krew menstruacyjna staje się tym elementem, który pozwala głównej bohaterce „przejrzeć” na oczy, zrozumieć prawdę, przejąć inicjatywę. To dzięki kobiecej sile i mocy, płynących z natury da się przezwyciężyć zło uosabiane z tym, co męskie, dominujące, podporządkowujące.

Jeśli uznamy, że horrory, kino grozy to nie tylko głupia zabawa, ale też pewna reakcja na rzeczywistość, na prawdziwy świat, można by pokusić się o następujący wniosek: tym, czego najbardziej nam dziś brakuje, jest wspólnota, rozumiana jako grupa ludzi działających razem i solidarnie w imię wspólnego dobra. Taka wspólnota – starają się przekonywać twórcy filmów – raczej zdarzy się z dala od cywilizacji, bo warunkuje ją świat przyrody, który także staje się ważnym członkiem wspólnotowości. Najprawdopodobniej ową wspólnotę stworzą kobiety, one bowiem mają w sobie więcej „natury” i wrodzonej solidarności – one obalą męski od wieków, niesprawiedliwy, przemocowy świat. Te alegorie można też interpretować bardzo dosłownie – mówią o potrzebie solidarności w walce z pandemią i z globalnym ociepleniem czy z nierównościami społecznymi itd. A na koniec można zadać sobie pytanie, czy ta nowa wspólnota będzie idealna? Zygmunt Bauman pisał, że takich wspólnot rzeczywiście funkcjonujących nie ma – zdarzają się one tylko w sferze wyobrażeń i tęsknot. Zaś te prawdziwe zawsze wymagają od nas poświęceń, zapłaty. Za poczucie bycia razem zawsze płacimy walutą wolności, a może i czymś więcej…? W końcu i „Midsommar” i „Córka Boga” to filmy grozy. Etnorrory!

dr Maria Małanicz-Przybylska

***

Więcej recenzji i felietonów - w naszych działach Słuchamy i Piszemy.


 

Czytaj także

Współcześni dziadowie - białoruscy lirnicy

Ostatnia aktualizacja: 09.02.2020 08:00
Kwitnąca lirnicza tradycja Białorusi - o niej w "Kiermaszu pod kogutkiem" opowiadał białoruski lirnik, budowniczy instrumentów muzycznych, multiinstrumentalista i nauczyciel Aleksander Łoś.
rozwiń zwiń

Czytaj także

A skąd ci się to wzięło?

Ostatnia aktualizacja: 02.07.2020 08:00
Kiedy opowiadam czasem o początkach ruchu domów tańca i tzw. revivalu muzyki tradycyjnej w Polsce, a zdarza się to coraz częściej, zawsze pojawia się pytanie: skąd się to wzięło, o inspiracje, o to "czego wtedy słuchaliście?", "ktoś w rodzinie grał?", "twoja rodzina była ze wsi?" itp.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Anty-GPS wędrówki janowskiej

Ostatnia aktualizacja: 30.07.2020 08:00
W podróżowaniu jako refleksyjnym wędrowaniu istotną rolę oczywiście też odgrywają punkty orientacyjne, ale inne niż te w GPS-ach. Może to być coś, co na swój użytek nazywam „anbild”.
rozwiń zwiń