Historia

"Narodziny narodu". Kontrowersyjne arcydzieło kina

Ostatnia aktualizacja: 08.02.2020 05:51
Niemy film w reżyserii Davida Warka Griffitha to punkt zwrotny w historii światowego kina, a zarazem jedna z najbardziej problematycznych produkcji, jakie kiedykolwiek powstały. "Narodziny narodu" miały swoją premierę 105 lat temu, ale wciąż budzą emocje.
Audio
  • Niemy rozmach Davida Warka Griffitha. Prof. Marek Hendrykowski o twórczości amerykańskiego reżysera (PR, 6.02.2015)
  • "Narodziny narodu" i inne ekranizacje. Prof. Marek Hendrykowski opowiada o filmach na podstawie książek (PR, 12.06.2015)
Jeden z plakatów promujących Narodziny narodu na tle kadrów z filmu
Jeden z plakatów promujących "Narodziny narodu" na tle kadrów z filmuFoto: domena publiczna

Premiera

plakat polewacz lumiere wiki 1200.jpg
Efekt "Polewacza". Polacy oglądają filmy od 123 lat

To był olbrzymi sukces, nie tylko samego dzieła, lecz także sztuki filmowej w ogóle. Do tej pory kino traktowane było przez publiczność jako ciekawostka i plebejska rozrywka. Po "Narodzinach narodu" stało się poważną dziedziną sztuki, zdolną opowiadać skomplikowane fabuły w oszałamiającej formie.

Na początku 1915 roku dwanaście rolek z filmem wyruszyły w trasę po Stanach Zjednoczonych. Po dwóch przedpremierowych pokazach w Kalifornii taśmy przyjechały do Los Angeles. 8 lutego 1915 roku w sali Clune's Auditorium na oficjalnej premierze zebrało się trzy tysiące widzów. Podczas seansów w kolejnych amerykańskich miastach widownie pękały w szwach. "Narodziny narodu", jako pierwszy film w historii, zostały też wyświetlone na specjalnym pokazie w Białym Domu w Waszyngtonie. Głównym widzem był prezydent Woodrow Wilson.

Twórcy i właściciele kin zarobili krocie. Dokładne przychody z filmu nie są znane, pewne jest jednak, że wielokrotnie przekroczyły budżet produkcji. Finansowy rekord "Narodzin narodu" został pobity dopiero w 1940 roku przez "Przeminęło z wiatrem".

lumiere bracia 1200.jpg
Bracia Lumière nie wierzyli w przyszłość kinematografu

Kamień milowy

Trzygodzinny niemy film w reżyserii Davida Warka Griffitha nie przypominał niczego, co do tamtej pory stworzyło kino. Nikt wcześniej nie nakręcił tak złożonej fabuły, w której udokumentowane wydarzenia historyczne (m.in. zabójstwo Abrahama Lincolna) splatałyby się z narracją o fikcyjnych bohaterach.

Tworząc dramaturgię akcji, Griffith postawił na montaż, dynamizując obraz za pomocą filmowania z kilku ustawień kamery. Zerwał z zasadą trzech jedności. Wprowadził zbliżenia. Sceny podzielił za pomocą ściemniania, rozjaśnienia i efektu przesłony. Film wyświetlano w dwóch częściach podzielonych antraktem. Kolejną nowością była ścieżka dźwiękowa napisana specjalnie na potrzeby filmu.

W 1992 roku waszyngtońska Biblioteka Kongresu potwierdziła własnym autorytetem wybitność dzieła Griffitha, wpisując go na listę amerykańskiego dziedzictwa filmowego National Film Registry. Dziś "Narodziny narodu" to już klasyk kina - lecz klasyk wyjątkowo kłopotliwy.

Nienawiść z ekranu

Kontrowersje pojawiły się jeszcze przed premierą. Wiadomo było, że film będzie adaptacją książki "The Clansman" ("Człowiek klanu") Thomasa Dixona, powieści (potem przepisanej przez autora na sztukę teatralną) wychwalającej działalność Ku Klux Klanu w latach 1865–1871. Pierwotnie obraz miał nosić ten sam tytuł, jednak w atmosferze rodzącego się skandalu reżyser postanowił zmienić go na "Narodziny narodu".

Poza tym jednak produkcja powtarzała rasistowskie treści "Człowiek klanu". Czarni mieszkańcy Ameryki przedstawieni są w niej jako tępi, agresywni osobnicy i gwałciciele, zaś Ku Klux Klan to bohaterska formacja broniąca narodu przed czarnoskórymi.

Niedługo po premierze zaczęły się protesty. Linię podziału wyznaczał przede wszystkim kolor skóry. Gdy biali Amerykanie szturmowali kina, czarnoskórzy wychodzili na ulice, by demonstrować przeciw filmowi. Gdy przed seansami sprzedawano gadżety wzorowane na strojach Ku Klux Klanu, Krajowe Stowarzyszenie na Rzecz Popierania Ludności Kolorowej próbowało (bezskutecznie) doprowadzić do zakazu rozpowszechniania produkcji.

Wystarczyło kilka miesięcy, by kilkunastu zainspirowanych filmem rasistów powołało do życia nowy Ku Klux Klan. Ziarno zasiane w 1915 roku przez "Narodziny narodu" daje plon po dziś dzień. I do dziś wywołuje polemiki. 101 lat po premierze dzieła Griffitha powstał film o tym samym tytule, ale zupełnie innej wymowie. "Narodziny narodu" w reżyserii Nate'a Parkera przedstawiają epokę wojny secesyjnej z punktu widzenia czarnych niewolników jednoczących się w organizowanym wówczas ruchu wyzwolenia.

Mistrzowska riposta

Sam David Wark Griffith był wręcz zgorszony kontrowersjami wokół swojego dzieła, i to na tyle, że już w 1916 roku zaprezentował swój kolejny niemy film, mający być odpowiedzią na zarzuty krytyków. Wbrew pozorom jego tytuł - "Nietolerancja" - nie był przeprosinami za rasistowską zawartość "Narodziny narodu", lecz miał wskazywać na reżysera jako ofiarę ogólnokrajowej nagonki. Byłby to zapewne dowód wyjątkowej zarozumiałości artysty, gdyby nie to, że "Nietolerancja" to także arcydzieło - jeszcze jeden film Griffitha, który przeszedł do historii kina.

mc

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak