Historia

"Mąż swojej żony". Pierwszy film Stanisława Barei

Ostatnia aktualizacja: 04.04.2022 05:35
61 lat temu, 4 kwietnia 1961 roku, wtorkowym popołudniem w Warszawie odbyła się premiera pierwszego filmu Stanisława Barei "Mąż swojej żony". Film był przeniesieniem dość popularnej sztuki teatralnej Jerzego Jurandota "Mąż Fołtasiówny" z 1959 roku, utrzymanej w konwencji wodewilowych sztuk teatralnych lat trzydziestych XX wieku.
Stanisław Bareja, 1976 r.
Stanisław Bareja, 1976 r.Foto: PAP/Witold Rozmysłowicz

Lekka komedia

Scenariusz tego zabawnego filmu dwaj artyści napisali razem, a trzeba wiedzieć, że Jurandot już od końca lat 20. pisał teksty, słowa piosenek i dialogi filmowe choćby do takich ekranowych hitów jak: "Ada! To nie wypada!", "Manewry miłosne" czy "Pani minister tańczy". Stąd też film Barei, jak zazwyczaj później bywało, okazał się być lekką i dobrze przyjętą komedią, z niewyszukanymi i właściwie rytmicznymi dialogami. Publika uznała go trzecim filmem komediowym tamtego okresu, jednak krytyka była dość powściągliwa i unikała pochwał.

Powodem takiego zachowania mogła być tematyka filmu, której istota bardziej zwracała się ku idei feminizmu, gdzie rola mężczyzny w ówczesnym społeczeństwie, w wielu przypadkach, miała sprowadzać się do jedynie "bycia mężem swojej żony", choćby i stały za nim jego osobiste osiągnięcia i niewątpliwe sukcesy. Postawione pytanie - czyja kariera jest ważniejsza - dość zabawnie i delikatnie poszukuje odpowiedzi bardziej w sferze uczuć niż w ideologicznych sporach. Tu Bareja zdaje się mówić, że nieważne są uzależnienia społeczne czy wyznaczniki ideologiczne, kiedy w grę wchodzi najsilniejsze z uczuć - miłość. Fakt ten czyni z pierwszej komedii Barei film najmniej rozliczający zgrzebną komunistyczną rzeczywistość.

Rzeczywistość czasów Gomułki

W tamtym czasie był to okres "wczesnego" Gomułki i reżyser nie omieszkał pokazać widzom zdobycze polskiej architektury. Zawiózł nas na trzydzieste piętro Pałacu Kultury i Nauki, monumentalnie komunistycznej budowli z 1955 roku, zabrał nas na słynny ówcześnie sportowy obiekt komunistycznej megalomanii, też z lipca 1955 roku - Stadion Dziesięciolecia. Pokazał nam wybitnych ludzi związanych z ówczesnymi sportowymi sukcesami - komentatora Bohdana Tomaszewskiego, mistrza świata i olimpijskiego w trójskoku Józefa Szmidta czy legendarnego trenera bokserskiego Feliksa Stamma. Wszyscy oni, uwielbiani publicznie, byli swoistym tłem środowiska głównej bohaterki, której mąż, wschodząca gwiazda kompozytorska była jedynie "mężem swojej żony". Tu krytyka zauważała niezwykle popularny wtedy (teraz zresztą też) trend publicznego uwielbienia i podziwu dla sportowców.

Debiut reżyserski - "dodatnie wrażenia"

Krytyka nie dostrzegała też bardzo ciekawych ról aktorskich, pisząc o "dość poprawnej grze" postaci, które obecnie określane są mianem kultowych. Bo to przecież Bronisław Pawlik, Aleksandra Zawieruszanka, Mieczysław Czechowicz, Elżbieta Czyżewska, Wiesław Gołas czy Wojciech Pokora.

Konrad Eberhardt w artykule "Bez sprzeciwu, bez zachwytu" ("Nowa Kultura", 1961, nr 17) pisze: "Wszystko jest na swoim miejscu, funkcjonuje dosyć sprawnie. To prawda - zdarzają się niezbyt rozbudowane dialogi zdradzające sceniczny rodowód scenariusza - ale można je znieść. Są dłużyzny - ale do wybaczenia. Są zalążki problemu obyczajowego (kult gwiazd sportowych), tak że film jest do wybronienia wobec bardziej wymagających odbiorców. Jest kulturalne aktorstwo - choć niezbyt wysokiej klasy. Tak więc powstała komedia na zasadzie kroplomierza: kropla jednej mikstury plus kropla innej; całość zrównoważona; nie budzi zachwytu, nie jest w stanie wywołać sprzeciwu. Na tle innych komedii, jakie oglądaliśmy ostatnio, »Mąż swojej żony« robi, oczywiście, dodatnie wrażenie i debiutujący reżyser nie ma powodu, aby wypierać się swego dzieła. Tylko lękałbym się przed pochopnym wiwatowaniem: »nareszcie«!".

Dowcipny scenariusz

Bohdan Węsierski, w wieczorówce z dnia premiery, w artykule "»Mąż swojej żony«, czyli udane małżeństwo" ("Express Wieczorny", 4.04.1961) pisze już z większym zrozumieniem: "Scenariusz przypomina w sposób bardzo dowcipny, w zręcznie skonstruowanych sytuacjach i pełnych humoru dialogach, że ruszanie głową i przytomność umysłu to cechy równie wartościowe, godne rozwoju i poparcia, co rewelacyjne wyniki osiągnięte za pomocą niezwykle szybkiego przebierania nogami. Tu się nikt nie wyśmiewa ze sportu. Autorzy chcą go po prostu ożenić ze zdrowym rozsądkiem. Nic więc dziwnego, że w tej zabawie wziął również udział nasz najlepszy sprawozdawca sportowy Bohdan Tomaszewski, przyczyniając się walnie do podniesienia sportowej atmosfery filmu. W sumie udana komedia, dobra zabawa, w trafnie dobranym zespole aktorskim. Dużo warszawskich realiów i warszawskiego humoru".

"Jest pewna satyra społeczna"

Za to Andrzej Braun w "Zwierciadle" (nr 17/61) zauważa trafnie, choć bez większego entuzjazmu: "Jest tu polska, współczesna obyczajowość; w jakimś zakresie są polskie współczesne realia, nie abstrakcyjne i nie udziwnione; jest pewna satyra społeczna na jakieś powszechnie występujące zjawiska socjologiczne i psychozy; są nawet pozory ciętości satyrycznej i w sumie mnóstwo zdrowego rozsądku - tylko jakże banalne, oczywiste i mało ambitne to wszystko... Komedia Jurandota wyśmiewa powszechną psychozę sportomanii i zmonstrualizowaną pozycję, jaką sportowcy zajmują w naszym życiu współczesnym. (...) Robi to na zasadzie komediowo »żelaznej«, choć jednocześnie najbardziej oklepanej, żeniąc poważnego kompozytora z mistrzynią sportu. Oczywiście, że w tym ustawieniu kompozytor i jego muzyka schodzą na drugi plan, pan Karcz staje się cieniem Fołtasiówny, domowym popychadłem i w ogóle idiotą. Co więcej, dzieje się tak nie tylko w oczach sportowców czy ich milionowych kibiców, ale również w oczach władz państwowych (spraw paszportów, wyjazdów zagranicznych, prasy i reklamy). Przecenianie sportu i związana z tym przesada - to od lat temat dowcipów, niemal tak banalny jak satyra na demokrację »w ogóle«. Toteż trudno wszystkie zawarte tu pomysły nazwać oryginalnymi. W gruncie rzeczy jest to nadzwyczaj zręcznie zmontowany stek najbardziej oklepanych kawałów z brodą".

Dobra zabawa, zdrowy humor

Czy film ma właśnie taki wydźwięk warto przekonać się samemu... dla nas, oczywiście tych znacznie młodszych, niezwykle ciekawe okaże się zwiedzenie ówczesnej Warszawy w jej naturalnych ujęciach, bez zbędnego technicznie przebarwienia - bo film jest pięknie czarno-biały i z "poprawną" grą znakomitych aktorów. Bo jak pisał w "Życiu Warszawy" (6.04.1961) Stanisław Grzelecki film "nie rości sobie pretensji ani do odkryć obyczajowych czy psychologicznych, ani - tym mniej - do humoru filozofującego. Nie wykracza poza obraz schematów sytuacyjnych z owym konfliktem małżeńskim, w którym popularność żony-lekkoatletki usuwa w cień zapomniane walory męża-kompozytora. […] Istotne […] znaczenie i wartość filmu Stanisława Barei polegają na tym, iż dostarcza on dobrej zabawy, łatwej dla każdego, a wolnej od złego smaku i łatwizn. Humor w tym filmie jest prosty, chciałoby się powiedzieć: zdrowy, sytuacje niewyszukane, ale oparte na realistycznej obserwacji, refleksyjki obyczajowo-społeczne prościutkie, ale trafne, konstrukcja jasno zarysowana, robota rzetelna, unikająca rozsądnie eksperymentowania formalnego, trzymająca się materiału obserwacji, obficie nagromadzonego. Stanisław Bareja zrobił film dla masowego widza, pamięta o nim, pragnie, aby się bawił, lecz także, aby patrzył krytycznie na obiekt żartów. To poważne traktowanie widza jest stanowiskiem godnym odnotowania, jako że nie tak częstym w polskim filmie komediowym".

Film w całości, a przynajmniej jego obszerne fragmenty, jest do obejrzenia w wielu miejscach w Internecie... zachęcamy, warto!

PP


Czytaj także

Świat według Stanisława Barei

Ostatnia aktualizacja: 15.06.2020 23:00
- Bareja bardzo dobrze wpisał się w potrzebę rozrywki i zabawy, czyli tego wszystkiego, co było pierwotne w sztuce filmowej, a jednocześnie mówił prawdę o świecie, w którym żył i w którym my byliśmy zanurzeni po uszy - opowiadał w Dwójce Maciej Łuczak, autor monografii "Miś, czyli świat według Barei".
rozwiń zwiń

Czytaj także

"Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" - czyli śmiesznie i strasznie

Ostatnia aktualizacja: 08.12.2021 05:45
8 grudnia 1978 roku premierę miał film "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" w reżyserii Stanisława Barei. Legendarna komedia według scenariusza Barei i Stanisława Tyma obfituje w anegdoty i dialogi, które weszły do języka potocznego.
rozwiń zwiń

Czytaj także

"Brunet wieczorową porą" Barei. Morderstwo w gęstym sosie absurdu

Ostatnia aktualizacja: 18.10.2021 05:55
45 lat temu na ekranach polskich kin pojawiła się komedia kryminalna "Brunet wieczorową porą", dla Stanisława Barei dzieło przełomowe. Nie tylko zapowiadało nowy styl, z którym reżyser do dziś jest kojarzony, lecz także przełamało wcześniejszą niechęć krytyki do "bareizmów".
rozwiń zwiń