Sport

K2 dla Polaków: zdobywanie K2 powinien poprzedzić atak wspinaczy na swoje ego. "Big Brother” też nie pomógł

Ostatnia aktualizacja: 18.03.2018 17:00
- Urubko przerastał wielu wspinaczy pod K2, Bielecki się oczyścił, Gołąb skrył się pod jakąś wielką czapką niewidką, a Rafał Fronia to histeryk polskiego himalaizmu. Może jednak w międzynarodowym zespole wspinaczy, którzy pokonaliby swoje ego, podporządkowaliby się idei wejścia na szczyt, zdobycie K2 mogłoby się udać - mówi w rozmowie z portalem PolskieRadio.pl Bogumił Słama, alpinista i taternik, uczestnik drugiej polskiej wyprawy na K2.  
Widok na lodowiec Baltoro
Widok na lodowiec Baltoro Foto: screen/Polski Himalaizm Zimowy im. Artura Hajzera/Facebook

Pod K2 śnieg powoli zasypuje ślady po polskiej wyprawie, opadają też emocje, himalaiści wracają do Polski. Jak pan ocenia ostatnie wydarzenia?

Wokół wyprawy są wielkie emocje, są też i złe emocje. Według mnie to wynika z tego, jak w tej chwili są organizowane wyprawy, jaka jest twarz współczesnego alpinizmu czy himalaizmu. Z wyprawy na K2 zrobiono rodzaj show, rodzaj igrzysk. A wspinanie, choć odbywa się na ogromnych przestrzeniach, jest czymś intymnym i kameralnym i wymaga cieszy. Oczywiście potem można rozmawiać, ale podczas wyprawy potrzebny jest spokój. A tu co mieliśmy? Każdy uczestnik miał dostęp do internetu, mógł powiedzieć co myśli, często okazywało się też, że czegoś nie przemyślał, ale już o tym mówił. Ukazywały się pamiętniczki, komentarze, wypowiedzi, niestety czasami sprzeczne i my byliśmy bombardowani nimi. Według mnie, ale nie tylko mnie, to nie prowadzi w dobrą stronę, choć z punktu widzenia nowego rodzaju fanów to było fantastyczne.

Bogumił Słama Myślę, że w tej chwili polskiego alpinizmu nie stać na stawanie w szranki z takim problemem. Może w międzynarodowym zespole wspinaczy, którzy pokonaliby swoje ego, podporządkowaliby się idei wejścia na szczyt mogłoby się to udać

Był pan optymistą, spodziewał się, że biało-czerwona flaga zostanie doniesiona na 8611 m, na szczyt K2?

Ja należałem do grupy ludzi, która nie spodziewała się na K2 sukcesu. K2 to bardzo trudny szczyt i my nie mamy w tej chwili takiej mocy przerobowej, żeby ten szczyt zdobyć. Gdyby w ekipie byli sami Urubkowie i Bieleccy może to by się udało. Trudno jednak do końca powiedzieć na ile nie wykorzystano szansy i czy była w ogóle możliwość "ugryzienia góry”. Myślę, że w tej chwili polskiego alpinizmu nie stać na stawanie w szranki z takim problemem. Może w międzynarodowym zespole wspinaczy, którzy pokonaliby swoje ego, podporządkowaliby się idei wejścia na szczyt, mogłoby się to udać.

Krzysztof Wielicki będąc jeszcze w bazie pod K2 mówił, że podczas wyprawy popełnione zostały błędy. Nie precyzował jakie. Jak pan to widzi?  

Analizując liczne przekazy można stwierdzić, że ekipa Krzysztofa Wielickiego jakby odbijała się od K2. Chodzili, nosili, poręczowali, ale wszystko kończyło się mniej więcej w okolicach obozu drugiego. Mnie zaskoczyły też słowa Michała Leksińskiego, rzecznika wyprawy, który zapytany o to czy likwidowane będą założone przez himalaistów obozy stwierdził, że tam właściwie nic nie było. To ja się pytam: to co oni tam cholera jasna przez te dwa miesiące nosili? Ja może nie jestem już himalaistą, jestem czynnym alpinistą i taternikiem, w góry wysokie już nie jeżdżę, może himalaizm się zmienił, może ja coś przeoczyłem, ale z tego co pamiętam, to tam powinny być zaopatrzone obozy. Dramat polega na tym, że je zasypało, liny poszły pod ścieg, no ale jak ktoś mówi, że one tam stoją puste, to dla mnie to jest dziwne. Tam powinny być haki, liny, zapasy jedzenia, gazu, rozłożone karimaty, śpiwory, aby ludzie tam docierający mogli z tego skorzystać idąc w dół czy w górę. Może za jakiś czas dowiemy się jednak jak to wszystko działało, może są spisane te wszystkie wyjścia i przejścia i co, kto robił.  

Co pana jeszcze zdziwiło, albo zaskoczyło? Niektórzy mówili, że pod K2 "śmigło” kursowało niczym rozkładowy autobus…

Trochę dziwna była ta rotacja uczestników. Wyjazd ratownika medycznego nazwałbym ucieczką, bo cóż to jest za tłumaczenie "sprawy rodzinne”, to może znaczyć wszystko i nic. Jarosław Botor był cennym uczestnikiem, wspinającym się ratownikiem medycznym, każde ręce są zresztą cenne na takiej wyprawie, a on po prostu ją opuścił. Zresztą fakt, że wyprawa na początku nie miała lekarza określiłbym nagannym (dopiero po wypadku Adama Bieleckiego, któremu złamany nos zszywał Piotr Tomala, asystował Marek Chmielarski oraz kontuzji przedramienia Rafała Froni, który opuścił ekipę, do wyprawy dołączył Przemysław Guła, lekarz i ratownik TOPR – przyp.red).

Bogumił Słama Dziwna była ta rotacja uczestników. Wyjazd ratownika medycznego nazwałbym ucieczką, bo cóż to jest za tłumaczenie "sprawy rodzinne”, to może znaczyć wszystko i nic. Zresztą fakt, że wyprawa na początku nie miała lekarza określiłbym nagannym 

Przed laty na wyprawy zawsze jeździli lekarze?

Kiedyś duże wyprawy bez medyka nie jeździły. I byli to wybitni specjaliści. Według mnie na wyprawie najlepiej sprawdza się chirurg ortopeda, który najlepiej jak jest przedstawicielem epoki oświecenia, taki wszechstronny. I kiedyś byli tacy lekarze. Między innymi mój przyjaciel Grzegorz Benke. Jest wiele historii, które są przykładem na to, że lekarz na wyprawie uratował człowiekowi życie. Mam kolegę, byłego wspinacza, który spadł z lawiną, chyba było to podczas środowiskowej wyprawy w Hindukuszu. Miał otwarte złamanie nóg. Groziła mu amputacja. Proszę sobie wyobrazić tamte czasy, bazę, higienę. Wiało grozą. Gdyby nie mieli w ekipie dobrego lekarza, te nogi by mu pewnie amputowali i być może umarłby jakby kiepsko poszło. Natomiast lekarz zadziałał niestandardowo. Wypożyczył od uczestniczek wyprawy druty, takie do popularnych wówczas robótek ręcznych. Tymi drutami poprzepalał poszkodowanemu kości, potem zrobił wyciąg. Fakt, w męczarniach bo w męczarniach, ale zabezpieczył kości, przetransportował delikwenta do szpitala i uratował mu nogi. Ja sam też miałem przygodę pod tymże K2. Niezbyt heroiczną, bo nie dostałem w twarz kamieniem. Sprawa dotyczyła … tyłka. Nie mówi się o tego typu kontuzjach górskich, bo to mało heroiczne, ale wśród wspinaczy to dość popularna choroba. Nasz lekarz Grzegorz Benke cały dzień przygotowywał się do zabiegu, palił fajkę, czytał i przestawiał się na chirurga miękkiego. Świętej pamięci Chrobak i Wróż trzymali mnie, ja wypinałem się na słoneczne K2, a lekarz operował i do dzisiaj mam święty spokój, a mogło się skończyć fatalnie.

Bogumił Słama Urubko tych wszystkich uczestników wyprawy na K2 po prostu przerastał. Nawet jeżeli Adam Bielecki chodzi tak szybko jak Urubko, to mimo wszystko jest chyba trochę słabszy. Pomiędzy Urubko, a resztą ekipy, która nie ma na koncie tylu dróg, przejść i szczytów, jest przepaść jeżeli chodzi o umiejętności techniczne. W miejscu, gdzie Urubko będzie sobie szedł w rakach, z czekanem pogwizdując pod nosem, wielu innych będzie potrzebowało pajęczyny lin poręczowych

Udział Denisa Urubko w polskiej wyprawie oceniany był przed wyruszeniem w Karakorum, podczas wyprawy i po zakończeniu akcji górskiej na K2. Za każdym razem trochę inaczej mówiono o tym himalaiście. Błysnął podczas akcji ratunkowej na Nanga Parbat, gdzie utknęli Eli Revol i Tomek Mackiewicz. Potem bez pozwolenia kierownictwa sam poszedł do ataku szczytowego na K2, bo uważał, że zostało mało czasu, bo jego zdaniem zima trwa tylko do końca lutego, a nie marca. Finał był taki, że wrócił do bazy, a potem ją opuścił , bo koledzy już nie chcieli się z nim wspinać.

Bardzo mi się nie podoba afera z Denisem Urubko. Brzydko to wygląda, raz był Polakiem a raz "Ruskim”, zresztą z niego taki "Ruski” jak ze mnie Chińczyk. Wiadomo było, że Denis ma wyjątkową osobowość i jak to się mówi "widziały gały co brały”. Wiadomo było, że on ma swoją idee fixe, ja zresztą chyba go rozumiem z tą porą roku. Może to, co on mówi jest nieracjonalne, ale prawdziwe. Rzeczywiście wiosna zaczyna się 21 marca, ale już na początku marca zmieniają się góry. Jest inny kąt padania promieni słonecznych, może oczywiście być zimno, że i tak dostaniemy w kość i to dotyczy i Tatr i Alp, ale generalnie jest już inaczej. Powietrze pachnie już nie tak jak zimą. Apogeum zimy przypada na koniec grudnia, styczeń i luty. Mamy wtedy te zawieje, zadymki, kurniawy, krótko trwa dzień i jest mało światła.  

A wracając do osobowości Urubki to tak jak większość wybitnych wspinaczy jest on obdarzony silną osobowością i jak większość nie jest kryształowy. Ale ile różnych historii słyszało się o Andrzeju Zawadzie, Wandzi Rutkiewicz czy o Kukuczce. Wojtek Kurtyka też nie mieścił się w ramach i poszedł sobie swoją ścieżką. Chociaż są ludzie, którzy mu pamiętają, że mówił niezbyt dobrze o Polskim Związku Alpinizmu, a pieniądze to brał. W przypadku Urubki dochodzi moim zdaniem jeszcze jeden element. On tych wszystkich uczestników wyprawy na K2 po prostu przerastał. Nawet jeżeli Adam Bielecki chodzi tak szybko jak Urubko, to mimo wszystko jest chyba trochę słabszy. Pomiędzy Urubko, a resztą ekipy, która nie ma na koncie tylu dróg, przejść i szczytów, jest przepaść jeżeli chodzi o umiejętności techniczne. W miejscu, gdzie Urubko będzie sobie szedł w rakach, z czekanem pogwizdując pod nosem, wielu innych będzie potrzebowało pajęczyny lin poręczowych, będzie się bało, w zejściu, czy w wejściu. Na K2 Urubkę ciągnęło do góry, zapuszczał się i z jakiegoś powodu nie towarzyszyli mu wszyscy. Potem Adam dostał w twarz kamieniem i trudno go też winić, że odpuścił.

Czyli rozgrzesza pan Denisa Urubko - niesfornego wspinacza i przyjaciela Krzysztofa Wielickiego?

Nie, nie, ja tak bardzo Urubki nie będę bronił, bo go nie znam. Nie lubię też ludzi, którzy są tacy hop do przodu. Nie podobało mi się na przykład to jego kompletowanie obywatelstw (Urubko jest Kazachem, ma też obywatelstwo Rosyjskie i Polskie, na stałe mieszka we Włoszech – przyp.red.). Jednak za to co zrobili razem z Adamem Bieleckim podczas akcji ratunkowej na Nanga Parbat należy mu się szacunek. Oni zachowali się wspaniale, oczywiście było ich tam wielu, ale to oni ryzykowali. Dlatego patrzę na Urubko przychylnie i wiem też, że nie jest on przyczyną tego, że na K2 nie weszli.

Bogumił Słama Pod K2 Gołąb gdzieś zniknął. Nie tylko nie wychodził w górę, ciągle nie było go w tych dwójkach, które działały, ale jak oczekiwało się stanowiska kierownika sportowego, to też tej jego wypowiedzi nie było. Wszystko na siebie brał Krzysiu Wielicki

Jaką rolę na wyprawie odegrał kierownik sportowy Janusz Gołąb? 

Ja zapytałbym dlaczego Gołąb skrył się pod jakąś wielką czapką niewidką? Przecież on, to jeden z topowych zawodników w tym zespole, zdecydowanie lepszy od wielu z nich jeśli chodzi o osiągnięcia. Niełatwy, jak o nim mówią człowiek, ale z bardzo dobrą w środowisku opinią wspinacza. Miał długą przerwę we wspinaniu związaną z osobistymi przeżyciami, po tym jak zginął, a właściwie zaginął jego partner. Na pewno przeżył wiele, ale wrócił. Jednak pod K2 Gołąb gdzieś zniknął. Nie tylko nie wychodził w górę, ciągle nie było go w tych dwójkach, które działały, ale jak oczekiwało się stanowiska kierownika sportowego, to też tej jego wypowiedzi nie było. Wszystko na siebie brał Krzysiu Wielicki. Przekazywano komunikaty, informowano, że decyzję podjął Wielicki, albo tak enigmatycznie, że to kierownictwo zdecydowało. To zresztą kojarzy mi się ze starymi czasami, co w kontekście alpinizmu brzmi kompletnie bez sensu. Natomiast kierownik sportowy, odpowiedzialny za to działanie w górach, a przynajmniej koordynowanie zakładania obozów, czy wyboru drogi, był nieobecny. To mnie dziwiło, ale nic więcej powiedzieć nie mogę. Zastanawiam się tylko, czy Janusz miał jakieś problemy zdrowotne, czy też psychiczne, bo przecież jak tam się jedzie, to czekają na nas różne demony. Pojawia się strach, nagle sobie przypominamy, że mamy dzieci, rodziny, że istnieją jakieś inne wartości poza zdobywaniem gór.

Z jednej strony nie wiedzieliśmy co się działo z kierownikiem Gołąbiem, a z drugiej dochodziły informacje o jakiś nieporozumieniach.    

Dlatego uważam, że źle się stało, że to wszystko działo się na oczach wszystkich, to był taki "Big Brother”, to było niesmaczne. Przecież nie od dzisiaj wiemy, że podczas wypraw są awantury, bo jeżdżą na nie ludzie o silnych osobowościach, bo warunki są bardzo trudne, bo podlegamy różnym napięciom emocjonalnym, pojawia się strach, a nad tym wszystkim pojawia się ta cholerna ambicja, która chyba robi więcej złego niż dobrego. Ważne jest, żeby z każdym problemem się przespać, może do końca nie jestem za tym, żeby brudy prać tylko we własnym gronie, ale nie ma co rozwlekać. Są sytuacje, które trzeba omówić, czasami nawet coś trzeba ogłosić, czy napiętnować, ale do tego wszystkiego potrzeba spokoju. Jeżeli dzisiaj sobie naubliżamy, obrazimy kogoś, to po przemyśleniu, gdy minie dzień, dwa myślimy o tym inaczej.

Bardzo nie podobało mi się też jak Rafał Fronia potraktował dziennikarkę, kobietę, która zapytała go o samopoczucie po wypadku. Jeszcze przed chwilą publikował te swoje dzienniczki, był w centrum uwagi, a jak mu nie pasowało to zachował się chamowato. I najgorsze, że potem mówił, że nie zamierza przeprosić. Nawet stwierdzenia "jest do dupy” nikt nie miałby mu za złe, bo przecież trudno być ciągle grzeczną pensjonarką, gdyby zwyczajnie przyznał się, że był w fatalnym nastroju. 

Bogumił Słama Ja rozumiem, że jeżeli kogoś dosięga lawina, dostaje kamieniem, to cierpi, ale gdy jeszcze to wszystko nagrywa, krzyczy, że to niesprawiedliwość  i publikuje nagranie, to ja bardzo przepraszam... może jakieś egzaltowane panienki, jacyś kibice dadzą się na to nabrać, ale mnie to po prostu wkurza. Kamienie i lawiny to jest codzienność alpinisty, nie ma co z tego robić Monte Casino

Rafał Fronia długo na wyprawie nie był, ale jego pobyt był intensywny - pisał, działał w ścianie, komentował. Nie wszystkie jego działania panu przypadły do gustu.

No rzeczywiście korespondujemy sobie z Fronią, zrobił się mały konflikt, dostałem od niego taki mało przyjemny list, bo ośmieliłem się wyrazić tę opinię o kierowniku sportowym, a o Froni powiedziałem, że jest pisarzem, poetą i histerykiem polskiego himalaizmu. Tak się wyraziłem, bo to, co on robił, jego zachowania wydawały mi się histeryczne. Ja rozumiem, że jeżeli kogoś dosięga lawina, dostaje kamieniem, to cierpi, ale gdy jeszcze to wszystko nagrywa, krzyczy, że to niesprawiedliwość  i publikuje nagranie, to ja bardzo przepraszam... może jakieś egzaltowane panienki, jacyś kibice dadzą się na to nabrać, ale mnie to po prostu wkurza. Kamienie i lawiny to jest codzienność alpinisty, nie ma co z tego robić Monte Casino. Jego proza też mi się nie podobała. To jak opisywał Kopiec Gilkeya. To nie jest żadne złomowisko szkieletów, tylko tam się składa znalezione szczątki. Byłem tam nie raz, robiłem z Jerzym Kukuczką grób Haliny Kruger-Syrokomskiej i wiem jak to wygląda. A jeżeli tak się stanie, że się obsypie piarg i szczątki zaczynają wystawać, to trzeba je po prostu w milczeniu przykryć, a nie epatować jakimiś opowieściami o kościach ze stepów.

Czyli wciąż niektórzy obrażają się na pana wypowiedzi. Kiedyś też włożył pan kij w mrowisko mówiąc, czego życzy polskiej wyprawie na K2. Dwa lata temu w Lądku wszyscy życzyli himalaistom opatrzności bożej, szczęścia, pogody, a pan?

Ja wtedy pozwoliłem sobie życzyć, żeby skład tej wyprawy był taki, żeby wszyscy, którzy pojadą na K2 potrafili poręczować. Pierwsze reakcja była taka … trzeba się obrazić, bo himalaizm to świętość. A ja zawsze uważałem, że do każdej sprawy trzeba podchodzić profesjonalnie. Nie stosować półśrodków, przygotować się.

Rozwój cywilizacyjny, ten powszechny - nawet na wysokości 5 000 m n.p.m. - dostęp do internetu, jaki to ma wpływ na alpinizm?

My alpiniści przez całe lata nie mieliśmy czegoś takiego, co określę kibicami-kibolami. Czegoś takiego nie było. Byli fani, ludzie którzy się interesowali, przychodzili na różne spotkania w klubach wysokogórskich, pojawiały się tam ciotki, matki, które żyły pasją swoich kuzynów i synów, ale to było zamknięte środowisko. Wielkie radości i wielkie smutki, które są przypisane do naszej działalności w górach, przeżywaliśmy w mniejszym, zamkniętym gronie. Gdy tłumy zaczęły jeździć na te wszystkie festiwale, alpinizm stał się "trendy”, pojawił się nowy gatunek kibica alpinistycznego. To są ludzie, którzy często nie mają w ogóle pojęcia o chodzeniu po górach, albo mają to pojęcie bardzo wypaczone. I teraz oni w to wszystko jeszcze z buciorami weszli, z tymi swoimi czasami naiwnymi, a czasami strasznymi komentarzami mieszają w temacie.

W górach zatem powstał bałagan?

Dużo można sobie pooglądać na przykład siedząc w schronisku "Murowaniec”. Irytujący są ci pseudo-zawodowcy, którzy wchodzą obwieszeni gadżetami i naszywkami, rzucają najlepiej na środek stołu sprzęt, śnieg leci, latarka jeszcze się świeci, a ten wchodzi jakby wrócił właśnie z pięciu Eigerów. A on od rana próbował tylko przejść 150 m  Żebra Granata.  Takie ostentacyjne to wszystko, mało kulturalne.

Internet i "kibice-kibole” nie są chyba najgorszym złem. Winnych jest wielu.

No tak. Taternictwo i alpinizm został wyjęty z grupy sportów podwyższonego ryzyka. Rynek instruktorów uległ wypaczeniom. W środowisku przewodników wysokogórskich istnieje chaos i bałagan. Każdy robi co chce. Ostatnio dowiedziałem się, że gdzieś pod Bielskiem robią kursy lawinowe. No nie można w Beskidach uczyć o lawinach, bo to jest zwyczajnie nieuczciwe. Trzeba uczyć w Tatrach, bo to są jedyne góry, które się do tego nadają, no może poza jednym żlebem na Babiej Górze. Cała nauka o lawinach opiera się o lawinach deskowych, które występują w pewnym okresie, gdy jest odpowiednia struktura śniegu i wiatr. To, że leży śnieg i zakopiemy detektor oraz wbijemy sondę nie wystarczy, to jest oszustwo. Z jednej wiec strony w Polsce tysiące ludzi uczy się gór, a z drugiej wiedza o wspinaczce, o chodzeniu, zdobywaniu ich jest śmieszna.


Czytaj więcej
Krzysztof Wielicki 1200.jpg
K2 dla Polaków. Krzysztof Wielicki będzie chciał "powstrzymać indywidualne zapędy niektórych kolegów"

Wracając do K2. Ostatnie dwie wyprawy pod wodzą Krzysztofa Wielickiego nie są sukcesami. Broad Peak został zdobyty, ale zginęli ludzie. Teraz wyprawa też z wieloma emocjami. Uważa pan, że Krzysztof Wielicki zasłużył na taki koniec kariery?

Ja myślę, że Krzysiek został uwikłany w to wszystko. I celowo używam tego stwierdzenia. Tak sobie myślę, że i on i Janusz Majer (szef programu Polski Himalaizm Zimowy im. Artura Hajzera – przyp. red.) mają za sobą i bardzo ładne kariery górskie i życie mają ładne. A Krzysiek w to wszystko zabrnął jakby nie wiedział co zrobić.  Wydawało się, że przygodę z wyprawami zakończy na Broad Peaku. Nie chciałbym zdradzać różnych rzeczy, rozmów, ale Wielickiego wydarzenia z 2013 roku kosztowały bardzo wiele (Broad Peak zdobyli Adam Bielecki, Artur Małek oraz Maciej Berbeka i Tomek Kowalski. Niestety dwaj ostatni zostali na zawsze w górach  – przyp. red. ). Widać było, że on, taka silna osobowość, wręcz apodyktyczna, nie dawał tam sobie rady z tym całym towarzystwem. I po pięciu latach on znowu bierze to na siebie, jedzie na K2. Ja wiem, że jego znają wszyscy - agencje, ludzie w Pakistanie - i inaczej będzie jak pojawi się kolega Wielicki, a inaczej pan X. Dlatego ciężko mu było odmówić i się zgodził. Pojechał na K2, a wyprawa była niestety nieciekawa. Tam nic się nie działo. Nie walczyli, nic nie stało na ostrzu noża. To, że dostali kamieniami mnie nie podnieca, to chleb codzienny. Ważne, że akcja ratunkowa, której się podjęli zakończona została sukcesem. Jednak teraz, jak będą wyprawę rozliczać, to polecą gromy na głowę Wielickiego za brak sukcesu. Kibice zaraz stwierdzą po co było wydawać na to pieniądze. Odezwą się obrońcy matek i dzieci, którzy stwierdzą, że na głodujących trzeba było je wydać. Z tym wszystkim będzie mierzył się Krzysiu, a po nim, jak po kaczce woda, takie rzeczy nie spływają. On powinien sobie pojechać co jakiś czas na jakiś festiwal, zapalić fajkę – choć on nie pali – podpisać książkę i tyle. Krzysiek miał taką piękną karierę, parę razy zadziwił świat swoją klasą. Uważam, że mu się przyjemniejsza starość należy. 

Czytaj więcej
K2 1200.jpg
K2 dla Polaków: zwyciężyli, bo przeżyli? Niech refleksja poprzedzi krytykę, bo nie wracają z niczym

 

Każdy nadaje się do tego żeby być kierownikiem wyprawy?

No właśnie. Krzysztof Wielicki ma takie osiągnięcia jako himalaista, ale przy całej sympatii dla niego, nie wypada najlepiej jako kierownik. Głośno sobie myślę, że może on po prostu nie powinien być kierownikiem. Przypomina mi się taka sytuacja sprzed lat. Kiedy w skałki ruszyła elita polskiego himalaizmu – Janusz Kurczab, Janusz Onyszkiewicz, Halina Kruger-Syrokomska i zastanawiali się kogo wybrać na prezesa Klubu Wysokogórskiego, czy Polskiego Związku Alpinizmu. Ja wówczas młodzieńcem byłem i przysłuchiwałem się tylko ich rozmowom. Mówili: ten się nie nadaje bo komunista, ten znowu fałszywy,  ten nie ma charakteru. Ciągle coś komuś nie pasowało. Zapadła cisza i ja się odezwałem, chciałem zaistnieć w towarzystwie, być na poziomie, wziąć udział. No i odezwałem się: słuchajcie, a jakie cechy powinien mieć taki prezes? Zapadła cisza, ale po chwili odezwała się Halina: wiesz co mały, wiesz co ci powiem? … tu padło przekleństwo, bo Halina twarda była… Ty na pewno nie możesz być takim prezesem - powiedziała. To mnie ustawiło na całe życie. Znam swoje granice, byłem kierownikiem naszego małego polskiego ośrodka szkoleniowego na Hali Gąsienicowej (w popularnej "Betlejemce” odbywają się wszelkiego rodzaju kursy związane z uprawianiem alpinizmu — od podstawowych kursów taternickich letnich i zimowych, po kursy instruktorskie – przyp.red.), chyba nawet z dobrym rezultatem, ale nigdy nie podjąłbym się kierowania francuską szkołą, ośrodkiem ENSA w Chamonix, gdzie stoją trzy wieżowce i trzeba tym zarządzać. Tak samo jest z kierownikami wypraw. Są ludzie, którzy się na takich kierowników nadają, a są tacy którzy nie mają powołania. Andrzejowi Zawadzie niektórzy wiele mogliby zarzucić, a to kogoś wycofał z ataku, a to komuś coś powiedział, ale sukcesy miał, ze szczytami wracał. Z kolei Janusz Kurczab próbował, ale to jego kierownikowanie się nie sprawdzało i się wycofał. Trudno jest być kierownikiem, a już wyprawy himalajskiej to arcytrudno.

Czytaj więcej
Kaczkan K2 1200.jpg
K2 dla Polaków: kamery w bazie. Lud potrzebuje chleba i igrzysk?

Co pan ma na myśli stwierdzając, że Adam Bielecki był jakiś taki odmieniony na tym K2?

Ja wiem, że to była cała grupa, pomoc ambasady, ale podczas akcji ratunkowej na Nanga Parbat to Adam Bielecki i Denis Urubko poszli w ścianę i uratowali życie człowieka. Adam dwa lata wcześniej na tej samej ścianie, w kuluarze na drodze Kinshofera, zaliczył 80. metrowy lot i wyprawa się dla niego skończyła. Uszkodził rękę i wrócił do Polski, a szczyt zdobyli inni. Adam nie bał się jednak Nangi, podjął wyzwanie uratował życie Eli Revol.

Na Nandze w jego głowie musiało siedzieć wiele rzeczy. Musiał wracać też myślami do tego nieszczęsnego Broad Peaku, po którym w środowisku wspinaczy, w niektórych jego kręgach był skazany na banicję. Ja zresztą byłem wśród tych, którzy wiele mieli mu za złe. Historia na Broad Peak nie była zresztą pierwszą kontrowersyjną. Były już wcześniej sytuacje, że do Adama były pretensje – śmierć człowieka podczas wspinaczki w Szwajcarii, jakieś "czarne przewodnictwo”. Minęły jednak lata i ja myślę o tamtej sprawie inaczej. Choć Maciej Berbeka był moim przyjacielem, postacią krystaliczną, czystą i dobrą, to uważam, że nie powinien wtedy jechać na Broad Peak. Powinien siedzieć w domu ze swoimi wnukami i cieszyć się życiem, "starego himalaisty”, być ze swoją mamą staruszką i z chorującą żoną. Powinien był olać tę kupę kamieni i lodu, bo to jest tylko egoistyczna zabawa. Nie chcę krytykować Maćka, chcę tylko powiedzieć, że Bielecki nie był jedynym złem tamtej wyprawy i nie on pierwszy zostawiał ludzi w górach. W ostatnim czasie go obserwuję, kilka razy z nim rozmawiałem, złość opadła. Teraz po wyprawie na K2, po akcji ratunkowej na Nandze strasznie się cieszę, że Adam się tak zachował. Trudno sztucznie wzbudzać uczucia, ale tak jak jest zbrodnia i kara, jest czas pomyłek to jest i czas reperacji. I jeżeli Adam, raz, czy dwa razy, zachował się w górach źle, to tym zachowaniem na Nanga Parbat się oczyścił. Jeżeli jako gatunek dajemy sobie prawo do pomyłek, wybaczania i naprawy, to on to zrobił. Dlatego o Adamie Bieleckim bardzo ciepło myślę. 

* Bogumił Słama "Bobas”, doświadczony taternik, alpinista i wieloletni kierownik Centralnego Ośrodka Szkolenia PZA "Betlejemka”. Jest instruktorem Polskiego Związku Alpinizmu, przewodnikiem wysokogórskim IVBV. Wspinał się w Alpach, Pamirze, Himalajach i Karakorum. Był uczestnikiem drugiej polskiej wyprawy na K2 i kierownikiem zwycięskiej wyprawy na Arjunę w Himalajach. To także znakomity gawędziarz. Słuchanie i czytanie jego opowieści należy do przyjemności, bo pisze i opowiada rewelacyjnie. Barwnymi prezentacjami i opowieściami podbija serca publiczności.

Rozmawiała Aneta Hołówek, PolskieRadio.pl

Więcej materiałów autorki na blogu >>> O co tutaj biega    

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak
Zobacz także

Czytaj także

K2 dla Polaków. Artur Małek podczas wyprawy najbardziej obawia się obecności kamer

Ostatnia aktualizacja: 27.12.2017 14:52
 - W bazie pod K2 najbardziej obawiam się obecności kamer (...), bo to niesie za sobą niebezpieczeństwo igrzysk - wyjaśnia swoje obawy przed zimową wyprawą na K2 Artur Małek i dodaje, że marzy o współpracy z Januszem Gołębiem. - Po wspinaniu się z Januszem można doznać spełnienia.  
rozwiń zwiń

Czytaj także

Pisanie o himalaistach jest trudne? "To jak wspinanie się na ośmiotysięcznik nago”

Ostatnia aktualizacja: 08.03.2018 11:04
Himalaiści rzadko bywają celebrytami, o których media piszą nieustannie. Gdy ruszają na wyprawę, czasami robi się "bardziej gorąco”, ale i tak ich pasja dla wielu pozostaje niezrozumiała. Warto wtedy sięgać po książki, po góry książek o podbojach gór, w tym po te autorstwa Bernadette McDonald. 
rozwiń zwiń