Wybory 1990. Prezydent Lech Wałęsa

Ostatnia aktualizacja: 27.02.2015 11:07
- Mąż mnie nie informował o zamiarze kandydowania na urząd prezydenta. Nie zapytał, co o tym sądzę, czy bym tego chciała, czy chcę w tym brać udział – zdradza Danuta Wałęsa w książce „Marzenia i tajemnice”. Pierwszy przewodniczący „Solidarności” zostaje prezydentem pod koniec 1990 roku.
Zaprzysiężenie Lecha Wałęsy na prezydenta. PAP
Zaprzysiężenie Lecha Wałęsy na prezydenta. PAP Foto: Janusz Mazur

- Nad decyzją męża niewiele się zastanawiałam. Mogę nawet powiedzieć, że była mi obojętna. Wygrasz, to będziesz prezydentem. Nie wygrasz, to nie będziesz. Nie zastanawiałam się, na ile kandydowanie, prezydentura zmieni moje, nasze życie. Ba, nawet nie brałam na poważnie tego, że zostanie prezydentem – przyznaje Danuta Wałęsa.

Pierwsze w historii Polski powszechne wybory prezydenckie były niezwykłe pod każdym względem. Już w połowie 1990 roku Lech Wałęsa zaczął szykować się do objęcia najważniejszego urzędu w państwie. Jak wspomina historyk Antoni Dudek w książce "Historia polityczna Polski 1989-2012", we wrześniu z ust lidera "Solidarności" padły słynne słowa: "nie chcę być prezydentem, ale będę musiał".

We wrześniu parlament zmienił konstytucję wprowadzając nowe zasady wyłaniania prezydenta. Odtąd miał być wybierany w powszechnych, bezpośrednich wyborach. Wybory ogłoszono na 25 listopada. Rękawicę Wałęsie rzucił ówczesny szef rządu Tadeusz Mazowiecki. „Od dawna oczekiwana decyzja Mazowieckiego zaskoczyła Wałęsę, do końca liczącego, że premier nie odważy się wystąpić przeciwko niemu. W ten sposób w szranki stanęło dwóch kandydatów dawnego obozu solidarnościowego, ostatecznie przypieczętowując jego podział” – zauważa Dudek.

Do wyborów zgłosiło się ponadto 14 kandydatów, wśród nich był Włodzimierz Cimoszewicz, Janusz Korwin-Mikke, Leszek Moczulski, Kornel Morawiecki a także Stanisław Tymiński, który – jak pisze Antoni Dudek – „był bez wątpienia głównym, a zarazem najbardziej niezwykłym bohaterem wyborów prezydenckich w 1990 roku. Już sam fakt jego rejestracji wzbudził spore zaskoczenie. Nie dysponował on bowiem żadnym zapleczem politycznym, a do Polski – po ponad dwudziestoletnim pobycie w Kanadzie i w Peru – przyjechał dopiero w drugiej połowie 1990 roku”. Tymiński dysponował dużymi pieniędzmi. Pierwsze sondaże dawały mu zaledwie 1 procentowe poparcie. Zaczął zyskiwać na popularności, gdy ruszyła kampania w telewizji. Dla części wyborców reprezentował sukces, jakiego Polacy tak bardzo wtedy pragnęli. „Nie było też przypadkiem, że w powstających spontanicznie na przełomie października i listopada sztabach wyborczych Tymińskiego znalazło się wielu funkcjonariuszy PRL-owskiego aparatu władzy” – pisze Dudek.

Ostatecznie Tymiński dostaje w pierwszej turze wyborów ponad 26 procent głosów, co daje mu drugie miejsce. Pokonuje nie tylko Tadeusza Mazowieckiego, na którego głosowało niewiele ponad 18 procent wyborców, ale także Włodzimierza Cimoszewicza (dostaje 9 procent głosów). Największym poparciem – blisko 40 procentowym – cieszy się Lech Wałęsa. 

Dwa tygodnie później, 9 grudnia 1990 roku odbyła się II tura wyborów. Przy ponad 53 procentowej frekwencji Polacy wybrali Wałęsę na prezydenta. Przewodniczący "Solidarności" otrzymał ponad 10 mln głosów, Stanisław Tymiński – 3,5 miliona.

22 grudnia Lech Wałęsa złożył przysięgę przed Zgromadzeniem Narodowym. Po uroczystości w parlamencie, odebrał od ostatniego prezydenta na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego – insygnia głowy państwa. Ani na Wiejską, ani do Zamku Królewskiego nie zaproszono generała Wojciecha Jaruzelskiego.

- Wraz z prezydenturą męża pojawiło się pytanie, czy z dziećmi mam się przeprowadzać do Warszawy, czy też może jednak pozostać w Gdańsku. Intuicja podpowiadała, że nie powinnam się przenosić. W Warszawie czułam się i czuję źle. Niezależnie od tego, czy prezydentura miała trwać pięć lat, czy jeszcze następne pięć, nie chciałam rujnować życia dzieciom – wspomina Danuta Wałęsa. Jak mówi Piotrowi Adamowiczowi, Belweder nie był przystosowany do tego, by zamieszkała w nim tak duża rodzina. – Mało kto wie, ale na początku urzędowania mąż spał na kozetce ustawionej w łazience. Oprócz kozetki był tam prysznic nie wiadomo dlaczego ogromna kasa pancerna. Później Belweder przystosowano na potrzeby męża – czytamy w książce „Marzenia i tajemnice”.

Agnieszka Sopińska-Jaremczak

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak