Sąd uchyla wyrok. Będzie ponowny proces lustracyjny znanej dziennikarki

Ostatnia aktualizacja: 27.05.2011 06:05
Sąd Apelacyjny w Warszawie uchylił wyrok sądu pierwszej instancji, który uznał, że ta znana w PRL dziennikarka w latach 1958-1966 świadomie i tajnie współpracowała ze służbami specjalnymi.

SA uznał, że sąd pierwszej instancji nie wykazał, by Dziedzic miała świadomość takiej współpracy oraz by w ogóle doszło do jej "materializacji".

- Lustrowana nie przejmowała się zlecanymi jej zadaniami i nie wykonywała ich - mówił sędzia Zbigniew Kapiński, uzasadniając wyrok SA. 85-letnia Dziedzic, która nie kryła satysfakcji po wyroku SA, liczy na wyrok oczyszczający.

W 2006 r. "Newsweek", a potem m.in. "Misja Specjalna" TVP podały jej nazwisko wśród dziennikarzy PRL, którzy mieli być tajnymi współpracownikami. Dziedzic, która zaprzeczała, by była TW "Marleną", wniosła do sądu o autolustrację.

Pion lustracyjny IPN - który jest stroną procesu, choć formalnie nie oskarża Dziedzic, bo nie pełniąc funkcji publicznej, nie podlega ona lustracji - uznał, że od czerwca 1958 r. do kwietnia 1966 r. świadomie i tajnie współpracowała ona z kontrwywiadem MSW jako "Marlena".

Nie zachowała się ani teczka pracy "Marleny", ani jej zobowiązanie do współpracy. Są zaś zapisy oficera prowadzącego Włodzimierza Lipińskiego i sześć dokumentów z lat 60., pod którymi podpisała się Dziedzic, w tym jej pokwitowania wzięcia pieniędzy.

Pokwitowania za Sopot i Bułgarię

Dziennikarka pokwitowania pieniędzy od SB uznała za zmanipulowane - biegły ocenił jednak, że to ona je podpisała. W 2010 r. Sąd Okręgowy Warszawa-Praga uznał oświadczenie lustracyjne Dziedzic za nieprawdziwe i zakazał jej pełnienia funkcji publicznych na 3 lata.

Przed SA pełnomocnik Dziedzic mec. Leszek Ziomek wnosił by zwrócić sprawę sądowi I instancji. Zarzucił SO, że wątpliwości nie rozstrzygnął "na korzyść", a pokwitowania odbioru pieniędzy "mogą być za cokolwiek, np. za prowadzenie konkursu piosenki w Sopocie".

Dziedzic mówiła w SA, że w pokwitowaniach za Sopot czy za wczasy w Bułgarii nie pisała, za co odbiera pieniądze, "co wykorzystali panowie z SB". Dodała, że agenci w takich dokumentach pisali, że kwitują odbiór pieniędzy od SB - a tego zwrotu brak w jej pokwitowaniach.

Uzasadnienie było zbyt lakoniczne

Sędzia Kapiński przyznał, że SO nie odpowiedział na zasadnicze pytanie: czy kontakty Dziedzic z kontrwywiadem miały formę tajnej i świadomej współpracy. Uzasadnienie SO było zbyt lakoniczne i nie wskazywało, z czego miałaby wynikać świadomość lustrowanej, że jest osobowym źródłem informacji - mówił sędzia. Ponadto z uzasadnienia SO nie wynika, by lustrowana wykonywała zadania jej zlecane, a esbecy skarżyli się, że tego nie robi.

Zdaniem SA w ponownym procesie SO musi wnikliwie ocenić materiał dowodowy w kontekście spełnienia pięciu przesłanek, które pozwalają na uznanie czyjejś tajnej i świadomej współpracy ze służbami PRL.

Dziedzic urodziła się w Kołomyi (dziś Ukraina). Pracę dziennikarską zaczęła w 1946 r.; pracowała m.in. w "Expressie Wieczornym" i w Polskim Radiu, a od 1956 r. w TVP. Stworzyła pierwszy talk-show "Tele-Echo", który prowadziła 25 lat (do kwietnia 1981 r.).

aj

Czytaj także

Nie ruszył proces autolustracyjny Ireny Dziedzic

Ostatnia aktualizacja: 01.04.2010 10:57
Chce ona, by sąd uznał, że nie była agentką SB - o co w 2006 r. oskarżyła ją "Misja Specjalna" TVP, a co teraz potwierdza IPN.
rozwiń zwiń
Czytaj także

Znana prezenterka nie chce być agentką SB

Ostatnia aktualizacja: 28.06.2010 15:28
TW "Marlena" to mógł być ktoś inny - powiedziała w sądzie Irena Dziedzic, znana dziennikarka z czasów PRL, autorka "Tele-Echa", która chce, by sąd uznał, że nie była agentką SB. Oskarżyła ją o to w 2006 r. "Misja Specjalna" TVP, a teraz potwierdza to IPN.
rozwiń zwiń
Czytaj także

Czy znana dziennikarka była agentką SB?

Ostatnia aktualizacja: 23.11.2010 11:45
IPN chce uznania Ireny Dziedzic za "kłamcę lustracyjnego".
rozwiń zwiń