Popularne, nazywane kultowymi miejsca, do których chętnie wybierają się turyści, mogą srodze nas zawieść. Takim sztandarowym przykładem jest Casablanca, która w rzeczywistości niewiele ma wspólnego z miastem znanym ze słynnego filmu Michaela Curtiza.
- Nazwa Casablanca, połączona ze wspomnieniem filmu, wydaje się porywająca - mówi podróżniczka Julia Lachowicz. - Gdy się tam wybieramy, od razu mamy w głowach jakieś romanse, a po przyjeździe okazuje się, że jest to zwyczajne miasto bez tej magii, która widzieliśmy oczami wyobraźni.
Casablanca źr. Wikipedia/pd/Karimobo
Casablanca okazuje się betonową dżunglą, ale i w Hollywood wcale nie jest kolorowo i romantycznie. Kraina kina niczym nie przypomina siebie z lat 50., o której śpiewał Dean Martin. - Wielkie studia uciekły gdzieś poza Hollywood. Tu przyjeżdzają turyści porobić sobie zdjęcia, a teren zamieszkany jest przez biedotę - mówi Magda Łuków, dziennikarka.
W Hollywood znajduje się oczywiście słynna Aleja Sław, ale to Walk of Fame, które tak pięknie wygląda w telewizji, na żywo wygląda tragicznie. Wszędzie walają są śmieci i puszki. To bardzo przykry widok, podsumowuje Łuków.
Rozczarowań mogą również dostarczyć Chiński Mur i Karaiby, a wszystko przez to, że my sami jako turyści wkładamy mało wysiłku w zwiedzanie, podążamy przetartymi przez innych szlakami.
(pj / ac)