Rozmowa dnia: ks. abp Tadeusz Gocłowski

Ostatnia aktualizacja: 04.06.2014 06:10

Zuzanna Dąbrowska:  Rozmawiamy w 25. rocznicę wyborów 4 czerwca, ale ja chciałam prosić księdza arcybiskupa o takie wspomnienie. 10 maja 1988 roku, stoczniowcy opuścili Stocznię po strajku, poszli pochodem do kościoła  św. Brygidy, chyba mieli poczucie, że są przegrani, ale dzięki mszy, która się odbyła w kościele św. Brygidy, podczas której wówczas ksiądz biskup Tadeusz Gocłowski wygłosił kazanie, kiedy ksiądz biskup powiedział im, że mają rację, wyszli z podniesionymi głowami.

Ks. abp Tadeusz Gocłowski: Trzeba przyznać, że tamte czasy one miały różne etapy, różne napięcia, radości i smutki. Wiadomo, że wszystko się zaczęło w roku 70, potem były trudne lata 70. i wreszcie 80 rok pełen entuzjazmu i 81 i jak gdyby wszystko zakończone. Ale nie wszystko, przeciwnie, jestem przekonany, że w latach 80. ten duch, który wyzwolił się w człowieku na polskiej ziemi żyjącym, coraz bardziej się starał być niezależny  w swoim myśleniu. Ja wróciłem z Krakowa po 9 latach nieobecności tu, na Wybrzeżu, 19 czy 18 lipca 82, a więc nie byłem w tym czasie 80-81 na Wybrzeżu, ale te lata 80., jestem przekonany, one coraz bardziej pozwalały człowiekowi niezależnie myśleć. Oczywiście, Kościół otwierał swoje możliwości i swoje świątynie, swoje sale, spotykali się Polacy, coraz bardziej pogłębiali swoją ocenę zjawisk. Oczywiście rok 88, który pani zacytowała, był niewątpliwie trudny, ale ja w tym roku 88 chciałbym zwrócić uwagę na dwie płaszczyzny. Z jednej strony była to płaszczyzna strajków studenckich na Politechnice zwłaszcza Gdańskiej, ale i na Uniwersytecie, a druga płaszczyzna to jest właśnie ten majowy strajk w Stoczni. Jeden i drugi teoretycznie zakończyły się bez skutku, bez jakichś konsekwencji dramatycznych dla studentów czy dla stoczniowców…

Ale potem był Sierpień 88 roku i kolejna fala.

To prawda, ale ten maj był szczególnie trudny i niebezpieczny, dlatego że jednak po trzech dniach bodajże władze ówczesne komunistyczne nawet chciały siłą uspokoić studentów, czyli wyrzucić ich z uczelni. Ja przyznam się, że na prośbę pewnego środowiska ubłagałem ówczesnego generała Andrzejewskiego żeby dał spokój,  żeby, nie daj Panie Boże, nie podejmował jakichś działań, które mogłyby doprowadzić do rozlewu krwi. Studenci to jest element ludzki bardzo żywy. I to się skończyło szczęśliwie, studenci się rozeszli. Natomiast ten strajk w Stoczni, rzeczywiście nie zapomnę tego pochodu ze Stoczni do kościoła św. Brygidy i tej Eucharystii, której przewodniczyłem. Kazania nie pamiętam, ale to pani redaktor cytowała jakieś tam słowa, które wypowiedziałem. I jedno było najważniejsze – my byliśmy wówczas rok po 87 roku. Pamiętajmy, 87 rok to był rok…

Pielgrzymka.

…pielgrzymki papieskiej, to był rok fantastycznego zjednoczenia ludzi pracy, to był rok odwagi tych ludzi, którzy przecież po zakończeniu spotkania z Ojcem Świętym ruszyli, kilkadziesiąt tysięcy poszło w kierunku Wrzeszcza i na szczęście nie było rozlewu krwi, ale to było jakieś głośne powiedzenie systemowi, że my jesteśmy i mamy prawo do tego, żeby być w swoim własnym kraju. No a 88 rok to dla mnie… Potem, oczywiście, pani wspomniała o sierpniu, słusznie, sierpień był też można powiedzieć nieudany strajk bez jakichś zdobyczy, ale też nie było żadnych konsekwencji tzw. pracowniczych, a więc nie było zwolnień. Natomiast to doprowadziło do jesiennych, już bardzo konkretnych działań.

No właśnie.

Czwartego, o ile pamiętam, była pani Margaret Thatcher, było to bardzo ważne spotkanie na plebanii św. Brygidy, ja potem chyba 5 czy 6-go poleciałem do Rzymu i zreferowałem Ojcu Świętemu to spotkanie z panią Margaret Thatcher, on z kolei spowodował, że ukazał się bardzo ważny komunikat Episkopatu z apelem do stron, żeby podjąć rozmowy na temat, co dalej z sytuacją w Polsce, i rzeczywiście to doprowadziło do najpierw spotkania w Wilanowie, bardzo kameralnego spotkania w Wilanowie na plebanii, a potem…

Nazywało się to spotkanie na najwyższym szczeblu i potem prowadziło do rozmów w Magdalence.

To prawda, to prawda, tym bardziej że… Oczywiście, wtenczas reprezentował rząd pan Kiszczak i pan Ciosek, ze strony Solidarności to był pan Wałęsa i pan Mazowiecki, no a myśmy z księdzem Orszulikiem byli świadkami tych wydarzeń.

Czy wtedy, podczas tych rozmów przypuszczał ksiądz arcybiskup, że wybory 4 czerwca skończą się tak zaskakującym dla wielu, nawet pewnie nawet dla samej Solidarności, wynikiem?

Pamiętajmy, że mówimy jeszcze o późnej jesieni, potem mówimy o zimie i wiośnie w Magdalence, to wybory jeszcze były bardzo daleko, bo o wyborach się nawet jeszcze nie mówiło, dlatego że była wielka dyskusja w Magdalence, czy w ogóle czy dojdzie do wyborów, jako że strona komunistyczna upierała się przy tym, żeby to były wybory jej niemalże narzucone. Po dużych trudnościach pan Wałęsa się zgodził na to, żeby były w jednej trzeciej przynajmniej wolne wybory. Początkowo nie chciał o tym myśleć, dlatego że powiedział, że to są kpiny z Solidarności, ale kiedyśmy pana Wałęsę przekonali, że jeśli w jednej trzeciej zdobędziemy w stu procentach pozytywny wynik wyborów, to będzie to fantastyczny sukces. I to dopiero trochę skłoniło pana Wałęsę do tego, żeby się zgodzić na to. I przyznam się, że dla mnie nie jakaś tam plebania w Wilanowie, nie Magdalenka, nawet nie Okrągły Stół, ale właśnie 4 czerwca naród zadecydował o tym, że komunizm trzeba odrzucić. I jestem przekonany, że to jest najważniejsza data.

Czy potrafiliśmy ten sukces przez 25 lat odpowiednio wykorzystać?

Pani redaktor, wydaje się, że jednak biorąc pod uwagę to, co w ciągu tych 25 lat się stało, naprawdę to jest duży sukces. I dlatego mówienie, że to jest niemalże powrót do dawnych czasów, to jest, jak to czasami mi się wyrywa, że to jest grzech ciężki mówienie takich rzeczy. Po prostu 25 lat budowania wolności po strasznie trudnym czasie, po drugiej wojnie światowej, po tylu latach komunistycznego zniewolenia, udało się w Polsce naprawdę osiągnąć wiele. Oczywiście, można było więcej, przecież kiedyś, nie pamiętam, który to był rok, ale te dwie partie, które się ze sobą najbardziej kłócą, wydaje się, że one właśnie osiągnęły niemalże równowagę w wyborach…

Platforma i PiS.

No właśnie. I dlatego była taka próba, ponieważ znałem doskonale i pana Jarosława i znałem doskonale pana Donalda, a więc wydawało mi się, że dobrze by było, żeby oni się spotkali na neutralnym gruncie, czyli w tzw. rezydencji papieskiej w Oliwie, i spotkali się. No, nic z tego nie wyszło, ale przynajmniej wobec historii można powiedzieć, że Kościół nie był stroną, ale stwarzał pewne możliwości do spotkania ludzi odpowiedzialnych za Polskę.

Ale politycy z nich nie skorzystali.

No nie skorzystali, nawet mówiliśmy: ludzie, przecież jeśli w Niemczech jest możliwość koalicji wielkiej między chadekami a socjalistami, to dlaczego w Polsce tak zbliżone sobie pokrewieństwo, że tak powiem, jakieś tam cioteczne czy stryjeczne, bo wszyscy wyszli z Solidarności, jednak do tego nie doszło. Ale nie do mnie należy ocena, bo ja nie jestem od polityki.

A czy będziemy potrafili te podziały przezwyciężyć tak, żeby nie przestać się różnić, ale żeby ze sobą lepiej rozmawiać?

Może te pewne personalne uprzedzenia, może jakiś taki brak sympatii wzajemnej, może to się czuje, ale jestem przekonany, że tak oceniając spokojnie, patrząc na wyniki nawet ekonomiczne, na inne dziedziny, jestem przekonany, że w porównaniu zwłaszcza z innymi krajami, które wyszły zza kurtyny komunistycznej, naprawdę Polska sobie radzi. Oczywiście, mogłoby być dużo lepiej, to jest jasne. Teraz Pan Bóg nam daje możliwość zestawienia… Nie powinniśmy zestawiać, ale to się samo narzuca, kiedy patrzymy na Polskę, patrzymy na Ukrainę i widzimy, jakie to są sytuacje…

Jak mogłoby być.

No więc właśnie. A nawet wówczas, przed 25 laty, kiedy tragedie odbywały się chociażby w Rumunii, Polska od tego była wolna. I dlatego jesteśmy o tym przekonani, że ta ewolucja zmierzająca do pełnej wolności, do wejścia Polski w struktury europejskie w ciągu tych 25 lat to jest naprawdę duży sukces.

(J.M.)