Rozmowa z Wojciech Barańskim, ps. "Baran"

Ostatnia aktualizacja: 01.08.2012 07:15

Krzysztof Grzesiowski: Pan Wojciech Barański, pseudonim „Baran”, strzelec kompanii harcerskiej Batalionu „Gustaw”. Dzień dobry, witamy w Sygnałach.

Wojciech Barański: Dzień dobry. Zgadza się.

K.G.: Warszawiak.

W.B.: Warszawiak od wielu pokoleń.

K.G.: Od wielu pokoleń. 68. rocznica Powstania Warszawskiego dziś przypada. 44 rok, lipiec, już było wiadomo, że coś się będzie działo?

W.B.: Chyba tak, wiadomo było chyba z jednej strony z uwagi na paniczne takie w pierwszej połowie lipca wycofywanie się Niemców, widać było, że to zaczyna się koniec, a z drugiej strony przecież pierwsza koncentracja nasza to była 27 lipca, kiedy myśmy byli... ja byłem wtedy tam jeszcze młody człowiek, kiedy myśmy byli przygotowani, że wtedy już zacznie się jakieś zbrojne działanie. Ta pierwsza koncentracja lipcowa została odwołana, ku ogromnemu żalowi takich jak ja, no bo dla nas to była sprawa poza tym, że to była sprawa natury narodowej, wyzwoleńczej et cetera, et cetera, et cetera, to dla nas, młodych ludzi, nie waham się tego powiedzieć, powstanie było przygodą, autentyczną przygodą, o której pamiętam do dziś, z tym, że dzisiaj mam różnego typu refleksje na ten temat.

K.G.: Dziewięciolatek obserwował, kiedy Niemcy wchodzili do Warszawy.

W.B.: Obserwował, tak.

K.G.: Czternastolatek obserwował, kiedy Niemcy Warszawę opuszczali w bezładzie.

W.B.: Kiedy próbowali w bezładzie opuścić Warszawę, tak. No ale później przecież do tej Warszawy zaczęli wracać, a szczególnie te dywizje pancerne, które dały nam się, chociażby ta dywizja „Hermann Göring”, która nam się dała tutaj dobrze w czasie powstania we znaki. Tak że było to takie chwilowe, ale tym niemniej dało to troszkę radości. Sam stałem na ulicy, śmiałem się i biłem brawo, jak Niemcy na tych wozach zaprzągniętych w  konie, oberwani, brudni, jechali z Warszawy na zachód. Była to jakaś frajda, to nie ulega wątpliwości. I kupa ludzi na ulicach tak to odbierała.

K.G.: Pytam pana o to, że coś wisiało w powietrzu w lipcu...

W.B.: Tak.

K.G.: ...bo to jedno z pytań, które bardzo często pojawia się przy próbie oceny Powstania Warszawskiego, zasadności wybuchu Powstania Warszawskiego, że gdyby nie zdarzyło się tak jak to się zdarzyło 1 sierpnia, w sposób zorganizowany, tak jak to było zorganizowane, to mogłoby się wydarzyć alternatywnie działanie zupełnie spontaniczne, kto wie, w jaki sposób zakończone.

W.B.: Proszę pana, ma pan rację. Zresztą ja muszę powiedzieć tak: ja wczoraj będąc na Placu Krasińskich na tej uroczystości, oglądałem krótki film z Nowakiem-Jeziorańskim, który mówił o tym samym, rozprawiają, bo oni rozprawiają, mówiąc na temat tych, którzy twierdzą, że powstanie było ogromnym... decyzja o wybuchu powstania była ogromnym nieporozumieniem, on mówił właśnie: a co by się stało, załóżmy, co by się stało, gdyby to powstanie wtedy w sposób zorganizowany nie wybuchło. I to jest prawda. Ja pamiętam, jak ja, moi koledzy starsi ode mnie, myśmy wszyscy byli przygotowani na to, że już, że już trzeba, że jest czas. I gdyby to powstanie nie było w sposób zorganizowany, to może jest troszkę w tym prawdy, że mogłoby to się skończyć, no, również niedobrze, chociaż pewnie nie skończyłoby się taką ruiną Warszawy. Nie wiem, nie potrafię powiedzieć. W każdym razie czym jestem starszy i czym perspektywicznie patrzę na te czasy, no to troszkę zaczynam na wiele różnych spraw patrzeć bardziej krytycznie i trochę zmieniam pewnie zdanie. No ale to jest albo przywilej, albo wada starości.

K.G.: Z jednej strony mówi pan, że to była przygoda i wielu pana kolegów tak mówi...

W.B.: Tak, oczywiście.

K.G.: ...ale z drugiej strony ma pan pełną świadomość tego, że to wszystko nie było takie piękne.

W.B.: Wie pan, to nie było piękne później. Na samym początku to było piękne. Proszę pana, te pierwsze... pierwsi chłopcy, tak nas nazywano, chłopcy i dziewczęta z opaskami, te tłumy ludzi na ulicach oklaskujące tychże. Ja nie mówię tam, gdzie toczyły się walki zaraz pierwszego dnia. Te wywieszone biało-czerwone flagi. Wie pan, to było piękne. To było piękne, tym bardziej że przecież ta Warszawa kipiała, co tu dużo mówić, kipiała. Natomiast ma pan rację, później to przestało być takie piękne. Ja  już widziałem, jakie to nie jest piękne wtedy, kiedy zetknąłem się z ludźmi...

K.G.: Z Woli?

W.B.: ...z Woli, ludźmi z Woli. I to już zaczynało być tragiczne, chociaż dla młodego chłopaka to jeszcze nie było też takie oczywiste, no bo akurat tam, ale dlaczego nie u nas? Zresztą wie pan, to jest tak – jak człowiek jest młody, no to: obok padł kolega, fajnie, ale mnie ma trafić? Mowy nie ma. I to jest jakiś ten taki młodzieńczy... entuzjazm? Jakieś takie młodzieńcze przekonanie o tym, że wszystko będzie w porządku. Ale może dlatego młodzi są tacy odważni, bo nie zdają sobie sprawy z konsekwencji.

K.G.: Hm. Pan miał to szczęście w nieszczęściu, że nie dostał pan kulą, ale kawałkiem muru.

W.B.: Tak, no, dostałem, tak, prawda.

K.G.: Co pan robił w lipcu w 44 roku? Gdzie pan mieszkał, co pan jadł, jak pan się ubierał, z kim pan się spotykał?

W.B.: Już, fajnie. Proszę pana, ja mieszkałem na Powązkach na ulicy Burakowskiej. Ojciec mój po 39 roku pewien czas się ukrywał, tam żeśmy mieszkali i tam byłem do wybuchu powstania. Ja byłem młodym chłopakiem, natomiast ja byłem rosły, dobrze zbudowany i sobie dodałem dwa lata. Ci, którzy chcieli, to wierzyli, ci, którzy nie chcieli, to nie wierzyli...

K.G.: Czyli miał pan już szesnaście.

W.B.: Tak. Natomiast... przepraszam, ale muszę o sobie dobrze powiedzieć, ja byłem dobrym organizatorem. Ja na podwórku byłem traktowany jako ten wodzirej. I ja w kwietniu 43 roku zostałem zaangażowany do Harcerstwa Polskiego. Nie do Szarych Szeregów. Do Harcerstwa Polskiego. Przyjmował mnie wtedy późniejszy mój drużynowy Tadeusz Iłłakowicz, brat Iłłakowiczówny, pseudonim  „Krakowski”, i bardzo szybko zorganizowałem swój zastęp. I teraz do tego, o czym pan mówi. W lipcu wiadomo było, że coś się będzie działo, bo wiadomo było, co się dzieje na froncie. Robiliśmy... robiłem często zbiórki, bardzo często te zbiórki były oparte o jakiegoś instruktora, który np. uczył nas o broni. Ja miałem 7-osobowy taki zastęp, potem bardzo szybko stałem się przybocznym swojego drużynowego ówczesnego, Maćka Nasierowskiego, nieżyjącego już w tej chwili, podchorąży „Brzoza”, a pseudonim harcerski „Kim”, no i jakoś sobie z tym dawałem radę. I w zasadzie cały czas coś żeśmy robili. Ja już nie mówię o tym... już nie lubię mówić o tym malowaniu na murach, bo to się mówi...

K.G.: Czyli o małym sabotażu, ogólnie rzecz biorąc.

W.B.: No to jaki ten mały sabotaż... Wie pan, no, już się za dużo o tym wszystkim mówi. Natomiast myślę, że myśmy będąc przygotowywani do tego jakiegoś wybuchu, byli pełni nadziei, młodzi chłopcy, pełni nadziei, że będzie ta Polska, że będzie ta Polska fajna, że będzie niepodległa, że będzie sprawiedliwa, w naszych takich młodzieńczych, bardzo idealistycznych rozmowach, tak to nam się widziało.

K.G.: Zupełnie świadomie pozwoliłem sobie spytać pana  właśnie, w co pan był ubrany, co pan jadł, gdzie pan kupował żywność, gdzie pan mieszkał, czy miał pan dziewczynę, bo to podobno są  te pytania, z którymi się pan ostatnio najczęściej spotyka przy okazji...

W.B.: Tak, dzisiaj młodzież nie pyta o czołgi, nie pyta o granaty, młodzież pyta, co wyście jedli, jak wyście byli ubrani, czy wyście śpiewali i: „Czy miał pan dziewczynę?”. Miałem, miałem bardzo fajną sympatię, notabene rok ode mnie starszą. I o dziwo, po powstaniu już z nią się do końca życia nie zetknąłem, mimo że jej szukałem.

Daniel Wydrych: A jak miała na imię?

W.B.: Halinka. Mogę jej nazwisko powiedzieć. Plewczyńska Halinka, bardzo fajna, lubiłem warkocze, dziewczyna z warkoczami. Ach, jaka fajna dziewczyna. No ale byłem taki naiwny, że nawet jak ją próbowałem pocałować, to robiłem to z ogromnym jakimś takim zażenowaniem, no bo to tak to wtedy było. Natomiast, proszę pana, ubrany... No, ubrany krótkie portki, jakaś tam bluza, jakieś tam coś. Matka przerabiała z ojca starych garniturów coś, jakieś tam spodnie niespodnie. Natomiast jeśli chodzi o co jadłem. Więc może tak – ojciec na początku po 39 roku, po Wrześniu... Jeszcze inaczej. Ojciec był pracownikiem poczty wieloletni, więc nie poszedł na pocztę do pracy, nic nie robił, siedział. Matka sprzedawała co tam można było sprzedać, ojciec się w jakiś sposób ukrywał. No i wtedy było w Warszawie, przynajmniej w Warszawie niezmiernie ciężko, mnie babcia oddawała tę ćwiartkę chleba  kartkową, no bo żebym miał coś do jedzenia. Natomiast już od roku 43 w Warszawie dostał pan wszystko, cokolwiek się chciało, z tym, że oczywiście trzeba było mieć pieniądze. Na ulicy Marszałkowskiej był taki sklep, mniej więcej tutaj na wysokości w tej chwili blisko Świętokrzyskiej, gdzie były tysiące kanapek najrozmaitszych. Dzisiejsze niech się schowają. I człowiek się na to patrzał, no bo trzeba było mieć pieniądze, żeby je kupić. Był ten tak zwany szmugiel, no więc przywozili kupę wędlin, lepszych jak dzisiaj. Przywozili mięso niemięso. I to było. Powtarzam po raz czwarty. Oczywiście trzeba było mieć pieniądze. I jak mama kupowała na niedzielę bułkę paryską, no to było autentyczne święto. Inaczej od końca roku 42, ja nie byłem głodny. Powiedziałbym nieuczciwie, gdybym powiedział, że byłem głodny.

K.G.: A tak na koniec – dziś, w 2012 roku ma pan takie swoje ulubione miejsca w Warszawie, gdzie pan najbardziej lubi zajrzeć, pochodzić, popatrzeć, powspominać?

W.B.: Ja powiem brzydką rzecz. Jak powiedziałem na początku, ja jestem warszawiak wielopokoleniowy. Mnie dzisiejsza Warszawa, no, jakoś nie bardzo się podoba i... Może dlatego, że ja cały czas tkwię w tej Warszawie starej. I na dobrą sprawę to jakiegoś takiego miejsca, które byłoby dla mnie wyjątkowe, tu w Warszawie nie mam, chyba że Stare Miasto, które z kolei wiąże z jakimiś tam dawnymi wspomnieniami, właśnie z działalnością jeszcze konspiracyjną, właśnie ze zbiórkami, właśnie z powstaniem et cetera, et cetera. Natomiast te dzisiejsze warszawskie wieżowce... ja mam pełną świadomość, że żyjemy w innych czasach, ale mnie osobiście, przy moich wielu latach już nie bawią.

K.G.: 68. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, dziś pierwszy dzień sierpnia, o godzinie 17.00, przypomnijmy, na Wojskowych Powązkach w Warszawie pod Pomnikiem „Chwała Zwyciężonym Gloria Victis” uroczystości. Dziękujemy za spotkanie, dziękujemy za rozmowę.

W.B.: Miło mi było, dziękuję panom.

K.G.: Wszystkiego dobrego, panie Wojciechu.

W.B.: Byle zdrowie było.

K.G.: Wojciech Barański był gościem Sygnałów dnia.

(J.M.)