Nie będzie lżej

Ostatnia aktualizacja: 22.01.2013 16:03
Cezar, Kasjusz, Brutus – Arcuri, Rega, Striano. Oni i cała reszta, oni, co kolejny raz opowiedzieli sobie starą historię – dali pokaz Szekspira czystego, bez ozdób, fatałaszków, podpórek, wspomagań.
Paweł Głowacki. Fot. Andrzej Głuc
Paweł Głowacki. Fot. Andrzej GłucFoto: Andrzej Głuc

 Żaden zwichnięty staw świata nie zostanie uleczony, liczba godnych raju nie wzrośnie, dni nie nabiorą nieziemskiej jasności, noce nie obrócą się w dobro, od jutra nie będzie lżej. Giovanni Arcuri – handlarz narkotykami, skazany na lat 17 i przez kilka, kilkanaście dni na słowa Williama Szekspira. Jako Cezar powie: „Tchórz wiele razy umiera, nim umrze;/ Człowiek waleczny kona tylko raz”. I jeszcze, blisko chwili, w której brzuch jego przyjmie sztylety: „To, co dotyczy nas, może poczekać”. Cosimo Rega – dożywocie za zabójstwo. On, Kasjusz przez chwilę, wyryczy na jednym oddechu bez mała, dźgając ostrzem powietrze: „Tak, Antoniuszu, Oktawiuszu młody,/ Śmiało, zemścijcie się! Kasjusz jest sam/ I Kasjusz tego świata już ma dosyć:/ Niechęci przyjaciela, szyderstw brata,/ Wysłuchiwania połajanek, jakich/ Niewolnikowi się oszczędza; wszystkie/ Jego słabości pilnie wytropione,/ Wpisane w rejestr, trzymane w pamięci,/ Żeby je można było w twarz mu rzucić!”. Brutus odpowie mu głosem Sasy Striano, skazanego na 14 lat i 8 miesięcy za rozbój z bronią i działalność w camorze, odpowie lodowato, niespiesznie cedząc sylaby, bez cienia litości: „Schowaj ten sztylet”. Oni i nieliczna reszta, którą z legionu cielesnych widm, w więzieniu Rebibbia czekających na jakikolwiek koniec, wybrali bracia Paolo i Vittorio Taviani, by sfilmować widma, ich twarze, gesty, ciała, kiedy przez kilka, kilkanaście, może kilkadziesiąt dni widma przyjmowały słowa „Julisza Cezara”. Gdzie jest wiezienie Rebibbia? W jakim mieście? Albo na jakim pustkowiu?

 Nie ważne, gdzie leży dno, ważne, że trwa. Nieusuwalne. Oto sedno opowieści „Cezar musi umrzeć” braci Tavianich, tej pół-fabuły i pół-dokumentu, tej zaledwie godzinę i kwadrans trwającej impresji o spotkaniu widm ze zdaniami nieogarnionymi. Tu nie ma Rzymu epoki Cezara, ani Rzymu dzisiejszego, ani jakiegokolwiek innego Rzymu. Przez okna w kratę, za którymi nic nie widać, żadnego miasta, żadnego braku miasta – nikt nie wygląda. Odzież niczego nie przypomina, jest żadna, bez właściwości, tylko Cezar-Arcuri założy na siebie prześcieradło, co kiedyś może było bielą. Nic, żaden przedmiot, żaden but, żadna z twarzy widm - do niczego nie odsyła, na nic nie wskazuje, nie pozwala myśleć o niczym, co tkwi gdzie indziej, poza murem. Włochy tutaj nie mają znaczenia, ani fakt, że mamy jakiś kolejny rok po Chrystusie, jakąś porę roku, miesiąc jakiś, tydzień konkretny, konkretny dzień tygodnia i porę dnia, tę, nie inną. Ba, tutaj nie ma czasu, tutaj jest tylko trwanie. Scena brzucha przyjmującego ostrza rozgrywa się na betonowym dnie spacernika jak martwa studnia. Cztery ściany w szarych liszajach, pomiędzy nimi – oddechy widm i słowa na pożegnanie, w górze – siatka, ten łaskawy sufit, nad siatką – niebo barwy cienia, dalekie, doskonale obojętne, jak zawsze.

 Tak, w Szekspirze Tavianich nie ma Rzymu, jest tylko słowo „Rzym”, tylko i aż. „Rzym” i garść innych, wyjętych z „Juliusza Cezara”. Gołe słowa, wyłażące z głów gołych, głów bez sztucznych wąsów i bród, bez peruk, bez pudrów i szminek. Choć widma mówią po włosku - nikt nie udaje choćby Berlusconiego, ani żadnego innego artysty z teatrzyku politycznego Italii współczesnej. Nie sądzę, by bracia Taviani widmom domostwa Rebibbia pakowali do mózgów filozoficzno-polityczne analizy arcydzieła Szekspira, nie sądzę, by Giovanniemu Arcuri robili wykłady o realnym Cesarze, co zapragnął zniszczyć republikę i zastąpić ją monarchią. Myślę, że powiedzieli mu tylko, Arcuriemu i całej reszcie: „Juliusz Cezar” to opowieść o człowieku, który chciał zostać Bogiem i był nim przez chwil kilka. Tyle wystarczyło. Niczym nie podpierali Szekspira, nie wikłali go w żadną doraźność, nie dekorowali żadnymi palącymi problemami nowoczesności: takim na przykład głodem w Afryce, kryzysem ekonomicznym, śmiercią dobrego smaku w niektórych parlamentach, bądź narastającym cynizmem elit finansowych i politycznych, lub też inną z tysiąca podobnych afer, aferek, afereczek czasów naszych. Jak by nawet najmniejszego kłopotu nie sprawiło im zrozumienie kolejności słów w legendarnej frazie Jana Kotta, że „Hamlet” jest jak gąbka – wsysa każda współczesność. Nie tylko „Hamlet” – cały Szekspir jest taki. Wsysa każdy czas, wsysa – bon on, nie współczesność, jest gąbką. Zawsze tak, nigdy odwrotnie. Pojęli Kotta do spodu. I dobrze wiedzieli, co tak naprawdę mówi Kasjusz, gdy zanurzając palce we krwi człowieka, który był bogiem, wieszczy: „Przez ileż to wieków tę wzniosłą scenę grać będę na nowo; w nieznanej mowie, w niezrodzonych państwach!” Zrozumieli, że niepodrabialna gorycz Szekspira - ten jego zawrotny brak litości w pokazywaniu ludziom wszystkiego, co nieuchronne, nieodwracalne, nie do zatrzymania, nie do naprawienia – najczystsza, więc i najdotkliwsza, będzie właśnie tu, w więzieniu Rebibbia, w szarym jak zmierzch domostwie na najodleglejszych tyłach świata oficjalnego, tu - w państwie wiecznie niezrodzonym.

 Nie w tym rzecz, by Szekspira grać wyłącznie w celach. Rzecz w tym, by go nie używać w charakterze śrubokręta – by dokręcić niedokręcone, piły – by dociąć brakujące, oraz gwoździa i młotka – by brakujące przybić, żeby całość na powrót jako tako działała. Robienie z Szekspira kogoś przypominającego Pomysłowego Dobromira lub Adama Słodowego – to koncept kłopotliwy tak samo, jak pomysł robienia zeń dostawcy tanich pocieszeń, tandetnych pokrzepień dla obywateli, którym z jakiegoś powodu jest w danym miejscu i czasie bardzo, ale to bardzo smutno. Bracia Taviani – ludzie mądrzy, nade wszystko ludzie potrafiący czytać Szekspira aż do dna jego zdań – słowa „Julisza Cezara” wsunęli w głowy kryminalistów z Rebibbia nie po to, by ich subtelnie zresocjalizować, w nas zaś wsączyć pensjonarską nadzieję, że dzięki znanej bajce dobrego wujka Williama potwory te potworne wyjdą na zacnych ludzi, a nawet jest szansa, iż kilku z nich po odsiadce do seminarium duchownego wstąpi, by później Słowo Boże krzewić dzielnie wśród bitych i poniżonych, amen. Oni dali widmom słowa Szekspira, by każde z widm poczuło wolno pęczniejącą samotność i by pojęło, że nic z tym nie da się zrobić, że wszystko, co było - takie być musiało. Każde widmo miało w pamięci ogromne sterty swoich ciemności a przed oczami – zdania doskonałe, co opowiadają o nieusuwalnych mechanizmach świata i uczą, że mechanizmy pozostaną sekretem. Chodzi o to tylko, by nauczyć się z tym godzić. To wszystko.

 Ostatni już raz Jan Kott wyskakuje. W starym eseju opisał pewne kolosalne sympozjum szekspirologiczne. Zjechały setki, jeśli nie tysiące znawców. Ci od psychologii, ci od psychoanalizy, ci od filozofii, ci od socjologii, ci od historii, ci od teatru, ci od polityki wreszcie. Specjaliści, którzy sztukę autora „Burzy” – każdy przy pomocy własnego instrumentarium naukowego – rozebrali do najkruchszych detali, zjechali tłumnie, bo w ostatnim dniu sympozjum miał z mową „Tajemnica Szekspira” wystąpić sam Jorge Luis Borges. Największa aula wypełniona absolutnie. Wprowadzają już prawie ślepego Borgesa, idą wolno, schodki, scena, ustawiają go przed mikrofonem, zaczyna mówić. Niestety, mikrofon jest źle ustawiony. Do zasłuchanych dochodzi jedynie monotonny szum i tylko czasem wyskakuje z niego jedno, wciąż to samo, wyraźne słowo: „Szekspir”. Nikt nie śmie podejść, przerwać ślepcowi, poprawić nagłośnienie. Wciąż więc to samo, przez minutę, dziesięć, piętnaście – tylko mruk niepojęty i „Szekspir... Szekspir... Szekspir...” I tak do końca. W finale eseju Kott dotyka istoty. Wyznaje: „Zagadka Szekspira została rozwiązana: Szekspir... Szekspir... Szekspir...”

 Tylko tyle. Wszystko. W opowieści Tavianich chwile, kiedy widma - co same siebie nazywają nie „więźniami”, ale „patrzącymi się w sufit” - w pustych celach, leżąc na wznak, patrzą na trzymane w dłoniach nad głowami kartki pełne zdań „Juliusza Cezara” – chwile te mają w sobie coś z tamtej dojmującej mowy Borgesa. Szekspir... Szekspir... Szekspir... Cezar, Kasjusz, Brutus – Arcuri, Rega, Striano. Oni i cała reszta, oni, co kolejny raz opowiedzieli sobie starą historię – dali pokaz Szekspira czystego, bez ozdób, fatałaszków, podpórek, wspomagań. Nie, żaden z nich nie przeistoczy się w misjonarza. Dalej będą czekać pod obojętnymi sufitami na jakikolwiek koniec, tyle tylko, że spokojniej, spokojniej, spokojniej. I tyle, nic więcej. Mało? Od jutra nie będzie lżej.

Czytaj także

Jedenaście spokojnych pożegnań

Ostatnia aktualizacja: 07.01.2013 19:46
"Staję tutaj przed wami i nie mam wam nic do pokazania, tylko tę dziewczynę, ...której nie ma i która wam nie powie już nic o swoim płaczu, ja sam nic o nim nie wiem... Nie należy pytać, dlaczego się płacze..."
rozwiń zwiń

Czytaj także

Teatr jako pre-tekst

Ostatnia aktualizacja: 12.01.2013 12:31
Rusza cykl cotygodniowych felietonów teatralnych Pawła Głowackiego. Zapraszamy na stronę radiowej Dwójki!
rozwiń zwiń

Czytaj także

Chłopczyk, który macha palcem

Ostatnia aktualizacja: 15.01.2013 09:26
Lepiej powiedzieć sobie za Panem Cogito, nie zmieniając ani jednego słowa: „Panie, dziękuję Ci że stworzyłeś świat piękny i bardzo różny”. Tak różny, że mieści się w nim wiosna roku 2005 i zima roku 2012, Carlos Marrodán Casas i Maciej Nowak, pamięć o Światosławie Richterze, który zaczynał od długiego patrzenia na cudze nuty, i żywy, dzielny chłopczyk Michał, co zaczyna od machania palcem. I to jest dobre
rozwiń zwiń