X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem

Nieznany los Gieni

Ostatnia aktualizacja: 26.10.2018 18:00
Skoro bohaterowie obrazu mogą wejść doń z zewnątrz, to niby co za kłopot wyobrazić sobie, że bohaterowie obrazu – wychodzą z niego.
zdjęcie ilustracyjne
zdjęcie ilustracyjneFoto: Pixabay (Domena publiczna)

Poszedłem nad San. W wodzie nieruchoma czapla, w tym samym miejscu stała rok temu. Cisza. Poleżałem w trawie, przymknąłem powieki.

Kazimierz Wiśniak „Dziennik”


Stanąć na chwilę z boku, przytkać czymś uszy, choćby watą, by słyszeć jak z oddali, oczy otworzyć szeroko i zobaczyć. W „Piesku przydrożnym” Czesław Miłosz radzi, by tak wychodzić z labiryntu brzmień. „Warto byłoby, pisząc o muzyce, mówić nie tylko o dźwięku, także o samej czynności. Widzieć orkiestrę symfoniczną albo kwartet w działaniu, to przecież cudowne”. I zdanie dalej: „Ten łysy, tamten znów brodaty, ten chudzielec, tamta w zielonej sukni wyróżniającej się wśród fraków”. I wreszcie finał rady Miłosza, zaczerniającej ledwie pół strony: „Prowadzą po strunach swoje smyczki, przyciskają klawisze fortepianu, dmą we flet i rożek myśliwski. A dla nas z tego ogromna radość, myśl o tym, jak wspaniały, bogaty i różnorodny jest ludzki świat”. A co z malarstwem? Jest powód, że nie warto na chwilę odlepić spojrzenia od gotowego obrazu i spojrzeć na dłoń z pędzlem, malującą obraz? Czy taki przeskok w czasie jest możliwy? Tylko pozornie nie. Błogosławieni bowiem niechaj będą fotograficy!

Teraz - kilka dni po ludnym i wręcz operowym wernisażu wystawy rysunków, obrazów i projektów scenografii teatralnej i kostiumów Kazimierza Wiśniaka, przez Józefa Opalskiego, Macieja Rudego, Hieronima Sieńskiego i Elżbietę Wrzesińską stworzonej w górnej sali oraz w piwnicach knajpki aktorskiej „Loża” przy Rynku Głównym w Krakowie – przeglądam wydaną kilka, może kilkanaście lat temu księgę „Narodziny obrazu”, złożoną z fragmentów plenerowego „Dziennika” Wiśniaka, ze zdjęć spokojnych krajobrazów, z fotografii malunków Wiśniaka i fotograficznych portretów jego samego. Pyszny tom! 17 strona cała jest kolorowym zdjęciem. W prawym górnym rogu kawałek widzianej z tyłu głowy Wiśniaka – niewyraźne ucho pod siwymi włosami. Niżej - fragment lewego ramienia w kraciastej koszuli, dominuje czerwień. Pomiędzy siwizną a ramieniem - prawa ręka Wiśniaka, jakby wyrastała z jego niewidocznej brody, wyciągnięta w stronę obrazu stojącego na stole, opartego o ścianę. To „Drabina do nieba” z roku 1998, olej na płótnie, cały w zielonkawej tonacji.

Oto majestatyczna, kruszejąca stodoła. Z lewej strony, po wspartej na dziurawym dachu drabinie lezie w górę babina, niech będzie jej Gienia, lezie ku żółtawemu blaskowi gdzieś wysoko nad dachem jak sito. Gienia jest już w połowie drabiny. A po prawej stronie stoi na dole w trawie druga babina, może kuma czyjaś. Ma głowę zadartą i otwarte usta, zapewne krzyczy: „Trzymaj się, Gienia!”, albo: „Gienia, ty lepiej uważaj!”, ewentualnie: „Złaź, Gienia, w twoim wieku to nie uchodzi!”, lub jeszcze tak: „Bo zawołam Heńka i ci przyleje, a wtedy zmądrzejesz!” Nie wiadomo, jak ta przez Wiśniaka unieruchomiona w zielonkawym kadrze historia się skończyła. Przepadła Gienia w żółtawym blasku i jest już szczęśliwa? W połowie drabiny przemyślała sprawę i zlazła? I co wtedy, jeśli się poddała? Poszły z kumą doglądnąć bydlątka w stajni? Może na grzyby? A może przybiegł z wyjętym z portek paskiem w garści Heniek, mąż Gieni, i drabiniasta fanaberia Gieni skończyła się tak, jak kończą się wszystkie fanaberie Gieni? W którą stroną pociągnąć mam opowieść, co z niej Wiśniak ujawnił tylko jedną scenę, wyjętą gdzieś ze środka opowieści? Tak, ze środka. Może więc należy snuć bajkę nie od chwili zamarłej na obrazie, czyli w przyszłość, a od przeszłości, najlepiej od początku, zaczynając choćby tak: „W dniu, kiedy miała wleźć po drabinie w blask nad stodołą, Gienia obudziła się z krzykiem. Tuż przed brzaskiem przyśnił się jej skórzany pasek i sine pręgi na dwóch białych, zlepionych z sobą jędrnych kulach, unoszących się nad lasem”... Może być? Wracam do wyciągniętej ręki Wiśniaka.

Na blacie przed „Drabiną do nieba” – wielkie rzeczy malarskich pomieszanie. Chyba jedyna forma bałaganu do przyjęcia przez Wiśniaka. Futerał na okulary, różnych rozmiarów tubki farb, papuzio kolorowa, plastikowa podstawka pod doniczkę – w roli palety, cienki niczym igła pędzelek (będąc alchemikiem najkruchszych detali, Wiśniak raczej nie sięga po pędzeliska o włosiu godnym liny okrętowej), szklanka z sokiem pomarańczowym, i jeszcze coś. Płachta białego kartonu, cała w ołówkowych rysunkach, lecz płachta niepełna, z wycięta dziurą. To, co wycięte, jest figurą, echem, identycznym w rozmiarach powtórzeniem kumy, co na wspartym o ścianę płótnie krzyczy coś do Gieni. I właśnie to kartonowe echo kumy Wiśniak trzyma w palcach wyciągniętej ręki, tuż przy kumie widniejącej na obrazie. Jakby sprawdzał, czy nie należy kumy oryginalnej zamalować, przesuwając ją trochę w prawo. To samo z Gienią człapiącą do nieba. Na innej fotografii Wiśniak sprawdza wyciętą z kartonu Gienią na drabinie, czy by jednak nie przemalować namalowanego, drabinę marzenia Gieni przystawiając do stodoły pod ostrzejszym kątem... I tak oto jesteśmy w sednie. Owszem, potężne bywają pożytki z przeniesienia wzroku z gotowego obrazu na dłoń malarza komponującego obraz. Oto figura spoza płótna, z zupełnie innej rzeczywistości – w palcach Wiśniaka wchodzi lekko na płótno.

Jesteśmy w sednie, bo skoro bohaterowie obrazu mogą wejść doń z zewnątrz, to niby co za kłopot wyobrazić sobie, że bohaterowie obrazu – wychodzą z niego i wkraczają w naszą rzeczywistość, w nasze słowa, zdania, w naszą opowieść. Naszą? Nie. Nie w naszą, a w pojedynczą, zawsze samotną opowieść snutą przez każdego, kto patrzy. Pozwolić obrazowi wejść w słowa. Cóż w tym dziwnego, skoro odwrotność tego gestu nie kłopocze nikogo? W „Loży” na ścianie górnej sali – Wiśniaka projekt scenografii do wyreżyserowanej przez Konrada Swinarskiego w Starym Teatrze komedii Williama Szekspira „Wszystko dobrze, co się dobrze kończy”. Czymże są te smakowicie skomponowane barwy i kształty, jeśli nie efektem wędrówki słów Szekspira, które opuściły tekst, by przez głowę i prawą rękę Wiśniaka, a dalej przez igłę pędzelka – wejść w obraz, w znieruchomiałą opowieść Wiśniaka, dopowiedzianą przezeń Szekspirowi?

Jesteśmy w sednie, gdyż tych cudeniek rysunkowych i malarskich, wystawionych w „Loży”, nie sposób oglądać inaczej, jak tylko dokładając do nich własną, sobie w trakcie patrzenia snutą opowieść, zaludnioną skrzatami, grajkami, łąkami, drzewami, myszami, sowami i innymi Gieniami, które cicho wyszły z obrazów, jeśli miało się cierpliwość, by na nie poczekać. Przedziwna natura małych arcydzieł Wiśniaka jest ta, że jakby nie wystarczają same sobie. Nie wystarcza im ich niepowtarzalna melancholia kresek i barw, łakną więc ciągów dalszych, przygód, o których nie mają pojęcia, a bardzo są ciekawe, jak skończy się ich znieruchomiałe na ścianie istnienie.

Nie pamiętam zbyt ostro, lecz chyba właśnie przed projektem scenografii do „Wszystko dobre, co się dobrze kończy”, kolejny raz w życiu przypomniał mi się bezbłędny drobiazg Gustawa Flauberta „Legenda o świętym Julianie Szpitalniku”. Na 31 stronach – detaliczny portret całego fantastycznego życia Juliana, życia potwornego i cudownego, pełnego zdarzeń niewyobrażalnych i zwykłych, ciemnych i jasnych, słowem – fabuła obezwładniająca, bajka nad bajkami. Lecz naprawdę obezwładniający - zwłaszcza tych, którzy o malarstwie pisać pragną – jest finałowy akapit. Oto dokonało się już życie Juliana, już wzniósł się on ku błękitnym przestrzeniom, o których marzyła Gienia, ale jeszcze nie tutaj Flaubert stawia ostatnią kropkę. Postawi ją dopiero wtedy, gdy ułoży to zdanie, ten finałowy akapit.
„Oto historia świętego Juliana Szpitalnika – taka mniej więcej, jaką można oglądać na witrażu kościelnym w moich stronach”.

Paweł Głowacki

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak