X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem

Spotkanie w Palais Chaillot

Ostatnia aktualizacja: 14.12.2018 11:28
Teatralny sen Loredany Putignani jest snem dobrym. To sen, który nie popełnia błędu, jeśli wciąż jeszcze trwa. I nie popełni błędu, jeśli obróci się w namacalną opowieść.
zdj. ilustracyjne
zdj. ilustracyjneFoto: shutterstock.com

Dokąd tak idziesz mój chłopczyku z tą twoją kózką? 
Samuel Beckett "Narkotyk"


O świcie postanowił, że wyruszy po obiedzie. Mapa Paryża, a właściwie jedna długa i zawiła linia, którą kilka razy przemierzył spojrzeniem, nie zostawiała złudzeń. Trasa wiodąca z domu opieki Tiers Temps na rue Rémy-Dumoncel, gdzie miał żyć już do końca, pod wrota Palais Chaillot w centrum miasta - dla niego wtedy już od dłuższego czasu była boleśnie długa, zawiła nieludzko. Od zawsze uważano go za piechura wybitnego. Tak, wielbił chodzić. Lubił kroki niespieszne, dźwięk, który dobywają z twardego podłoża - wiele lat temu napisał o krokach fantastyczną opowieść teatralną. Tak. Lecz teraz te jego marszruty wybitne są już minione. I tylko jedno nie obumarło. Wciąż bezbłędnie potrafi obliczyć, ile czasu zajmie mu pokonanie danej odległości piechotą, tym jego zdumiewającym krokiem, przypominającym majestatyczny, posuwisty ruch nóg długodystansowego łyżwiarza. Jeśli więc chciał spokojnie zdążyć na grany wieczorem w Palais Chaillot seans Tadeusza Kantora „Nigdy tu już nie powrócę” – wiedział, że musi mieć do dyspozycji kilka godzin. Na obiad podano rosół i jeszcze...

Cóż szkodzi tak rozpocząć i dalej snuć bajkę, w której zdarzyć się ma to, co nie zdarzyło się naprawdę? Aby rozwikłać problem stawiający mózgowi opór, zdawać by się mogło, ponad doczesne siły mózgu, matematycy sięgnęli po niemożliwe, po fikcję wręcz, po iluzję. Wyśnili liczbę urojoną i użyli jej tak, jakby nie była urojona. Cóż tedy szkodzi drobina iluzji, zwłaszcza tutaj, na ul. Kanoniczej w Krakowie, i teraz, w rocznicę śmierci Kantora? Tutaj, od 28 lat, każdego 8 grudnia, przy bramie niegdysiejszej Cricoteki, wyrastają o 13.00 Żywe Pomniki – Wieczny Wędrowiec (Jan Książek) i Dwaj Chasydzi Z Deską Ostatniego Ratunku (Lesław i Wacław Janiccy). Wyłaniają się z ciemności bramy Cricoteki i trwają na postumentach nieruchomo, słuchając w świetle dnia wiekowych żydowskich melodii, choćby modlitwy „Animaamin” z seansu „Nigdy tu już nie powrócę”. Książek i bliźniacy Janiccy, aktorzy Kantora, trwają tak przez kwadrans. Ten, który w mojej bajce postanowił o świcie, a raczej któremu kazałem postanowić o świcie, że wyruszy po obiedzie – gdyby bywał na Kanoniczej każdego 8 grudnia, powtarzałby może wtedy niesłyszalnie to, co o innych znieruchomiałych figurach rzekł w swojej teatralnej opowieści „Impromptu <Ohio>”. „Jak obróceni w kamień”... I zapewne dorzuciłby, trochę zmieniając oryginał: „Czyżby aż tak byli pogrążeni w kto wie jakich myślach, że nie reagują już wcale? Na światło dnia. Na dźwięk przebudzenia”... Cóż zatem szkodzi 8 grudnia roku 2018 uroić przy nich paryski rosół w czerwcu roku 1989 i resztę bajki, choć przecież nie wszystko w bajce jest urojeniem?... Przy nich? Czyli - przy których właściwie? Przy tych nieruchomych w „Impromptu <Ohio>”, co los ich zna się doskonale, bo wiele, wiele razy czytało się „Impromptu <Ohio>”? Czy przy tych na kwadrans znieruchomiałych na Kanoniczej? Czyżby pomieszało się dokumentnie urojenie z nie-urojeniem i nie wiadomo już, co jest co? Jedno chyba pewne. Ten, który o świcie postanowił, że wyruszy po obiedzie, nie tknął łyżki.

Był środek czerwcowego dnia roku 1989. Samuel Beckett ostatni raz spojrzał na tycią mapę Paryża, rozłożoną przy talerzu ze stygnącym rosołem. Linia, którą miał przebyć, już nie skrywała dla niego tajemnic – rozwikłał wszystkie zakręty. Spojrzał w okno. Dwa, może trzy tygodnie temu, przeczytał w gazecie o polskim Teatrze Cricot 2 i o Tadeuszu Kantorze. Że niepowtarzalny ten, a nawet genialny ansambl zjeżdża do Paryża na bez mała miesiąc. Że w Centrum Pompidou odbędzie się z tej okazji poświęcone sztuce Kantora kolosalne, międzynarodowe sympozjum naukowe. Że w Galerie de France, na wystawie „Dalej już nic” zostanie pokazane malarstwo Kantora i jego obiekty teatralne. Że w wielkiej sali Palais Chaillot artyści Cricot 2 pokażą legendarną tetralogię Kantora: „Umarłą klasę”, „Wielopole, Wielopole”, „Niech sczezną artyści” i „Nigdy tu już nie powrócę”. Spodobało mu się powracające w artykule słowo „Podróż” – w końcu sam wielbił kroki i wielu figurom swych opowieści kazał wędrować uporczywie, maniakalnie, aż do końca. A kiedy już nie mogli iść – nakazywał wędrować dalej samym słowom w ich głowach, wędrować uporczywie, maniakalnie, aż do końca, już ostatniego końca. Uśmiechnął się też do tytułu wystawy. Dalej już nic... Ile razy powtarzał sobie coś podobnego, by potem spróbować jednak kolejny raz? Dalej już nic... Przypomniało mu się, co wiele lat temu wyznał w wywiadzie dla „New York Timesa”, kiedy wielka jego prozatorska trylogia - „Molloy”, „Malone umiera”, „Nienazywalne” – była skończona. Rzekł wtedy: „W ostatniej książce – Nienazywalnym – wszystko uległo już rozkładowi. Brak „ja”, brak „mieć”, brak „być”. Brak mianownika, brak biernika, brak orzeczenia. Nie sposób kontynuować”. Ale tak wtedy, kiedy czytał o wizycie Cricot 2 w Paryżu, jak teraz, kiedy zwrócił do kuchni talerz z nietkniętym rosołem i zamykał za sobą drzwi domu opieki Tiers Temps, by skręcić w lewo i jak łyżwiarz sunąć do centrum miasta – najintensywniej smakowała mu spopielona, zimna nostalgia słów „Nigdy tu już nie powrócę”. Nie mogło być inaczej – w końcu przez życie całe obracał podobny popiół w słowa swoich opowieści.

Przed wrotami Chaillot stanął kwadrans przed czasem. A później przez godzinę i dwadzieścia jeden minut trwał seans, który Beckett pojął do dna. Przeczucie znów go nie zawiodło? Znów nie. Oto widma na scenie. Zmęczone widma z wielu dawnych opowieści starego pana w kapeluszu, zaproszone przez niego do opowieści, która właśnie teraz dzieje się na scenie, ze starym panem w roli głównej. Do opowieści snutej na długie pożegnanie, albo do opowieści, która będzie pożegnaniem na długo - pożegnalnym przyjęciem scenicznym, utkanym z resztek zawsze zwodniczej pamięci gospodarza przyjęcia. I oto krążą widmowi goście, widmowe strzępy, wokół głowy starego pana w kapeluszu. Jakby tańczą, jakby mówią, jakby pocieszają. Do pamięci Becketta wracają wtedy głowy figur z własnych jego opowieści teatralnych i prozatorskich.

Wraca leżąca we „Wtedy gdy” na ciemności niczym na czarnej poduszce siwa głowa starca, wokół której powoli zataczają kręgi zrodzone w siwej głowie strzępy zdań, słowne widma pamięci zawsze zdradliwej, mamiącej, mistyfikującej czas przeszły dokonany starca. Krążą na pożegnanie. Tak jak w innej opowieści, w „Ostatniej taśmie”, tuż pod nachylonym nad nimi uchem Krappa starego niby świat, krążą magnetofonowe szpule z nagranym kiedyś głosem Krappa, z uwiecznionymi strzępami jego niegdysiejszej opowieści o nim samym, która teraz, kiedy on włącza magnetofon i słucha, jest niczym pląs językowych widm... Pląs? To są w opowieściach Becketta raczej podrygi, podobne podrygom dwóch Chasydów z długą deską, i podobne dygotom Wiecznego Wędrowca, taszczącego monstrualny plecak - co Beckett widzi, gdy patrzy na trwającą na scenie Palais Chaillot spowiedź Kantora „Nigdy tu już nie powrócę”. Słucha Beckett modlitwy „Animaamin”, widzi podrygi Chasydów i nie wie, że bliźniacy Janiccy grywali tu i tam jego „Impromptu <Ohio>” - bywali na scenie tymi jak dwa ziarna piasku podobnymi do siebie dwoma widmami, na amen znieruchomiałymi za stołem, i jeden czytał drugiemu i sobie ostatnie takty ciemnej baśni o nich, zamarłych przy stole. „Więc gdy smutna opowieść opowiedziana została po raz ostatni, dalej obaj siedzieli jak obróceni w kamień”. A dalej to jeszcze: „Czyżby aż tak byli pogrążeni w kto wie jakich myślach, że nie reagowali już wcale? Na światło dnia. Na dźwięk przebudzenia”. I nie wie Beckett także tego, że kiedy ich – jego samego i Kantora – już nie będzie, bliźniacy Janiccy przez czas jakiś grywać będą tu i tam jego – Becketta – „Akt bez słów I”, „Akt bez słów II” oraz „Ostatnią taśmę”. Nie wie i raczej nie dowie się. Ale to nie szkodzi, gdyż spowiedź „Nigdy tu już nie powrócę” trwa w Palais Chaillot i z każdą sekwencją podrygów i dygotów jest jakby coraz bliżej fotela, w którym siedzi Beckett.

Coraz bliżej, bowiem kolor spowiedzi – popiół z dodatkiem rdzy – przywodzi na myśl odcień jego własnych, od zawsze układanych zdań. Coraz bliżej, gdyż nieobecność tanich pocieszeń – na scenie i w jego bajkach – jest identycznie nieodwracalna. I na obu planetach – Kantora i Becketta – trwa taka sama pokora wobec pamięci zawsze rojącej tylko urojenia, i podobna wiara w opowieść, w sens snucia opowieści do końca ostatniego. Finał. Oklaski. Uśmiecha się cienko.

Jest już ciemno, kiedy wraca. Każę mu na tych jego niewidzialnych łyżwach sunąć bardzo powoli. Nie ma co szaleć – nie wygra z czasem. Do Tiers Temps zostało sporo drogi, nie zdąży na kolację. Każę mu więc przerwać wędrówkę, wejść do baru, zamówić. I zostawiam go tam, pochylonego nad kawą i tostem. Porzucam koniec.

To już wszystko. Nie kończę bajki, ale jest to rezygnacja bezsilna, zupełnie bez znaczenia. Brak końca urojenia nie zmieni realnego końca, zwłaszcza że od dawna jest już po realnym końcu. Beckett umiera 22 grudnia roku 1989, niedługo po obejrzeniu, usłyszeniu w Palais Chaillot spowiedzi Kantora, której nigdy nie obejrzał, nie usłyszał. Kantor odchodzi rok później, 8 grudnia. O Becketcie nigdy nic nikomu nie powiedział, chyba nic. To może znaczyć wiele, cokolwiek. Także to, że zostawił jego opowieści tylko dla siebie. Nie kończę mojej bajki, lecz w cieniu Żywych Pomników ufam, że inny sen ucieleśni się cały, do końca.

Loredana Putignani – teatralna reżyserka, wykładająca sztukę na Academii di Brera w Mediolanie – planuje stworzyć w Krakowie spektakl kantorowsko-beckettowski, beckettowsko-kantorowski, z bliźniakami Janickimi w rolach wiodących. Seans bliskości, opowieść o spotkaniu, o planetach, które z każdym rokiem coraz mniej ludzi odwiedza - o dwóch planetach, co przez godzinę, może dwie, plecami ocierają się o siebie cicho, powoli. Teatralny sen Loredany Putignani jest snem dobrym. To sen, który nie popełnia błędu, jeśli wciąż jeszcze trwa. I nie popełni błędu, jeśli obróci się w namacalną opowieść.

Paweł Głowacki

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak