Teatr

Ostatnia aktualizacja: 26.02.2013 15:06
Nawet Ryszard i Sara to dla Józefa Opalskiego za dużo. W jego "Kochanku" Harolda Pintera wystarczają mu same zaimki. On i Ona.
Antoine Watteau Pierrot (fragm.)
Antoine Watteau "Pierrot" (fragm.)Foto: Wikipedia/domena publiczna

Nie wiem, w której z niezliczonych odzieżowych fabryk współczesnego świata stworzono dwa białe golfy, wiem tylko, że Ona i On, każde w elastycznej bieli, bardzo lubią wzajem swe ciemne sny na jawie. Nie znam ani nazwy kraju pochodzenia golfów, ani miasta, ani ulicy, w gmachu przy której mruczą maszyny włókiennicze. Może to gdzieś w dzisiejszych Chinach? Może w Chile? A może w Polsce, dajmy na to w Sanoku bądź Swarzędzu, i może nad połową zatrudnionych tam szwaczek – specjalistek od wyrobu elastycznej odzieży – tydzień temu zawisło czarne widmo rychłych zwolnień grupowych? I może drżą teraz, bo gdy się czarny scenariusz dokona – niby jak wykarmią dzieci, skoro zasiłek śmieszny, a mąż pije?
Może, ale nie wiem, nie mam żadnej pewności. W wyreżyserowanym przez Józefa Opalskiego „Kochanku” Harolda Pintera – Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, Scena Miniatura – aktorzy nie ściągają golfów i nie pokazują widzom metek, by gestem tym bezkompromisowym dotknąć któregoś z palących problemów naszej Ojczyzny lub nawet globu całego, choćby kwestii przysłowiowej miski ryżu za nieludzką pracę w Państwie Środka. Autorka scenografii i kostiumów, Agata Duda-Gracz, nie okrasiła bieli żadnymi znakami, dającymi do myślenia. Nie przeczytasz więc na golfach czerwoną farbą malowanych haseł: „Solidarność!”, „Precz z umowami śmieciowymi!”, „Śmierć ACTA!”, „Jak żyć, Tusku?!”, ani nawet „Polska gola!”. Nie ma tam też ani podobizny krzyża przed Pałacem Prezydenckim ani widoku samotnego skrzydła samolotu, ani portretu brzozy złamanej i roniącej biało-czerwone łzy. Tam niczego nie ma. Tam jest tylko biel czysta, nietknięta przez czas, nieuchronna. Jak w „Moby Dicku” Hermana Melville’a. Kolor wieloryba – kolor zła. Biel to podszewka ciemności, co ją każdy ma gdzieś na tyłach mózgu. Tak, biel golfów jest tylko metaforą sceniczną, która nie odsyła do żadnej pierwszej strony żadnej z gazet codziennych, jest wyłącznie znakiem znaczącym tylko tu i teraz – w snutej na scenie opowieści – a nie częścią publicystycznego plakatu, elementem petycji za czymś bądź przeciwko czemuś. W „Kochanku” Opalskiego ze wszystkim jest dokładnie tak.
Miękkość ścian wokół kwadratu gry, ścian zrobionych z długich, czarnych, drewnianych, zwisających korali – miękkość ta to nie wyraz troski wyczulonego na problemy społeczne reżysera, troski o boleśnie mięknące w dobie szalejącego kryzysu fundamentalne pojęcie „Polski Dom Rodzinny”. Nie. Suchy stukot czarnych, obojętnych ścian będzie jedynie brzmieniem aktorskich wejść i wyjść – będzie znaczył koniec albo początek gry. Tej i tylko tej gry – gry toczącej się wyłącznie tu i teraz, na scenie, przed widzami, nie gdzie indziej i nie kiedy indziej. Krzesła też są tylko stąd, jak i bębenek. Gdy On i Ona pukają weń palcami, coraz głośniej i głośniej, coraz intensywniej, namiętniej obwąchując wzajem swoje skóry – nie ma sensu dumać o morderczym braku wody w Afryce. Nie ma sensu, bo tu nie ma Afryki – tu jest teatr czysty. Tak jak i nie ma sensu, patrząc na aktorów, kombinować uparcie, kogo przypominają – albowiem Dominika Bednarczyk i Grzegorz Mielczarek nie przypominają absolutnie nikogo. Ani Mieszka I, ani królowej Bony, ani powstańca listopadowego, ani dzielnego harcerza z powstania warszawskiego, ani sanitariuszki, ani działacza związków zawodowych, ani żadnego posła i posłanki, ani milionera, ani biedaczki, nikogo, nikogo, nikogo z ulicy. Jak wszystko u Opalskiego na scenie – oni też są tylko stąd, z tej godziny zawrotnej między pierwszą ciemnością a finalnymi oklaskami, kiedy to Ona będzie dla Niego, swojego męża, wszystkimi jego kurwami, dzień po dniu śnionymi na jawie, a On – jej na jawie uporczywie śnionym kochankiem. Ona i On – każde dla drugiego ucieleśni jego ciemne widma erotyczne. Zagrają, nie wiadomo który już raz odegrają sobie seans rojeń, puchnących gdzieś na tyłach ich mózgów, odegrają, ale bez masek, bez przebieranek, bez sztucznych wąsów, bez peruk i całej reszty tanich inscenizacyjnych gadżetów. Wystarczą im niezmienione oczy, wargi, palce i głosy z każda minutą coraz bardziej bolesne, bezwzględne. Wystarczą im ich skóry, wilgotniejące pod białymi golfami. Niewiele im wystarczy, by się kolejny raz spróbować zabić, w istocie nie chcąc zabijać.
Tak, Opalskiemu mało potrzeba, by ulepić iluzję krystalicznie czystą, bezbłędną. W jego „Kochanku” jest przecież nawet mniej niż w oryginale Pintera, gdzie mamy drzwi, suknie, okna, schody, wygodne meble w dobrym guście, szezlong, zegar bijący godzinę szóstą, teczkę jakąś, szafkę, kobiece czasopisma, flaszki whisky i diabli wiedzą, jakie jeszcze detale, że już o tym nie wspomnę, iż On to nie On tylko Ryszard, zaś Ona jest Sarą. Nawet Ryszard i Sara to dla Opalskiego za dużo. Jemu wystarczają zaimki. Suchy stukot miękkich ścian, jęki bębenka, krzesła i pustka. Pustka i dwa ciała w pustce – jak owady, niepojęty, somnambuliczny taniec pląsające metodycznie, niespiesznie, w czymś gęstym, lepkim, przeźroczystym. Tyle mu wystarcza. W każdym razie Opalskiemu niepotrzebne jest sięganie do świata za oknami teatru. By w teatrze dotknąć tych ciemnych, nieusuwalnych punktów świata, o których się raczej milczy – niepotrzebne jest mu wciskanie wielkiego rumowiska współczesności na scenę. Wystarcza mu sam teatr – ten sekret małego skrawka, o którym ktoś wypowiedział słowa pamiętne: tam iluzja realności zmienia się w realność iluzji. Czysta scenografia zatem, czyste kostiumy, czyste zdania Pintera. Tyle mu wystarcza. No i – tacy aktorzy.
Bednarczyk – kobieta o niepokojącej, trochę egzotycznej twarzy, tyle że nigdy nie dojdziesz, o egzotykę której części świata chodzi. Egipt? Maroko? Indie? Mielczarek – postać poza wiekiem, postać o obliczu jakby spoza czasu i wszelkich innych kategorii. Zarazem starzec i gówniarz, potwór i ministrant, lód i miękka czułość. Ta ich wrodzona, zdumiewająca nieuchwytność jest dla „Kochanka” Opalskiego – zaledwie godzinnego seansu, który umyka wszelkim tanim „łatkom” intelektualnym, nie stawia żadnych tez, niczego nie tłumaczy, nie pociesza, nie uspokaja, nie naprawia i nikomu w niczym nie pomaga – nieuchwytność ta jest walorem fundamentalnym. Kto jeszcze potrafi dziś tak lekko, jak Bednarczyk i Mielczarek, tak lekko i z tak nieubłaganą precyzją dozować upał, co pod skórami postaci narasta, łagodnie zmieniając chłodną na początku, wręcz matematyczną erotyczną gierkę w finał, który parzy potwornie?
W scenie tej Ona zdejmuje biały golf i szarpie swoje gołe ciało, w bezradnym wrzasku pytając Jego, czy pragnie, by zdjęła dlań też skórę. Jest w tym geście tak wielki lęk przed samotnością, a w twarzy tego, który usłyszał pytanie, zobaczył gest próbujący niemożliwego, tyle jest dojmującej, samotnej pychy człowieka, który właśnie zabił, nie zabijając – że nie sposób nie zgodzić się z Opalskim. Nie ma żadnej Polski za drzwiami teatru, ani dawnej, ani współczesnej. To samo z aktualnościami świata całego. Są tam tylko aleje Plant, pod drzewami droga do domu i trochę czasu, byś wybrał trasę okrężną, na której nigdy nikogo, i spróbował przełknąć realność iluzji, która przed chwilą się skończyła i której w istocie nie da się przełknąć. Jesteś sam. Polska wróci dopiero jutro rano, z całą nędzą jej przewidywalnego inwentarza.