Kilka tygodni temu słuchałem całej płyty "Kid A" w ramach machinowej akcji, "słuchamy albumów w całości". Tamta płyta nie zestarzała się ani trochę i tak jak dekadę temu fascynuje swoją "prostą złożonością". Tę umiejętność balansowania na linie zawieszonej w połowie drogi między przystępnym rockiem alternatywnym a eksperymentującymi freakami, cenię w grupie najbardziej. To właśnie jest magia Radiohead i dlatego jestem ich fanem. Tym bardziej żałuję, że na najnowszej płycie magii brak. Po raz pierwszy Thom Yorke i spółka mnie nie zaskoczyli – a to druga rzecz, za którą ich wielbiłem. Premiera płyty Radiohead zawsze była dla mnie synonimem bonusowej Wigilii – dodatkowa niespodzianka, pewniak o nieznanej twarzy. "The King of Limbs" to prezent, który już mam, w dodatku tym razem sam go sobie kupiłem, bo kwartet stracił nagle zapał do wksrzeszania rewolucji i za swoje nowe dzieło każe płacić - i to bynajmniej nie "co łaska". Za folder z ośmioma empetrójkami trzeba zapłacić siedem euro. Fani jakości muszą dopłacić jeszcze cztery Euro jeśli chcą ściągnąć pliki w jakość CD.
A jak to brzmi? Przede wszystkim nieznośnie głośno i bez dynamiki. Radiohead dołączyli niestety do wyścigu głośności - ich nowy album jest płaski jak nos Buddy. Kompozycyjnie "The King of Limbs" można najkrócej określić jako bardzo przeciętny sequel poprzedniej płyty, albo jak kto woli odpady z sesji do "In Rainbows". Nie sposób odnieść wrażenia, że większość rytmów i groove’ów jest wprost zapożyczona z przeszłości. Tradycyjnie Thom Yorke wije się i wyje w gęstych oparach pogłosu a granica pomiędzy gitarami a syntezatorami jest bardzo cienka. Jednak nic się nie rozwija i nie wciąga słuchacza, tak jak miało to miejsce w przypadku choćby "Jigsaw Falling Into Place". Ostatnie dwa numer są wręcz nudne i brzmią jak covery Radiohead. "Lotus Flower" opiera się na bębnach żywcem wyjętych z "15 Step" a otwierający płytę "Bloom" wbrew tytułowi nigdy nie rozkwita, do złudzenia przypominając kompozycje z solowego "Erasera" Thoma Yorke’a. Nie wspominając o równie eterycznym co nijakim "Give Up The Ghost" czy nudnawym "Separator" stojącym w miejscu od początku do końca. Są fajne momenty, tak jak masywny niczym szyja pitbulla "Feral" oscylujący pomiędzy klubową stopą a la Timo Maas a transową kwaśnością Gus Gus, ale to za mało, jak na jeden z najważniejszych współczesnych zespołów.
Marcin Staniszewski/Machina