Logo Polskiego Radia
polskieradio.pl
Bartosz Chmielewski 18.02.2011

Pierwsza fuszerka Radiohead

Nie można wymyślać się od nowa na każdej nowej płycie. Radiohead robili to przez ostatnie kilkanaście lat, więc najwyższy czas na przeciętny album – taki jak "The King Of Limbs".
Thom YorkeThom Yorke

Kilka tygodni temu słuchałem całej płyty "Kid A" w ramach machinowej akcji, "słuchamy albumów w całości". Tamta płyta nie zestarzała się ani trochę i tak jak dekadę temu fascynuje swoją "prostą złożonością". Tę umiejętność balansowania na linie zawieszonej w połowie drogi między przystępnym rockiem alternatywnym a eksperymentującymi freakami, cenię w grupie najbardziej. To właśnie jest magia Radiohead i dlatego jestem ich fanem. Tym bardziej żałuję, że na najnowszej płycie magii brak. Po raz pierwszy Thom Yorke i spółka mnie nie zaskoczyli – a to druga rzecz, za którą ich wielbiłem. Premiera płyty Radiohead zawsze była dla mnie synonimem bonusowej Wigilii – dodatkowa niespodzianka, pewniak o nieznanej twarzy. "The King of Limbs" to prezent, który już mam, w dodatku tym razem sam go sobie kupiłem, bo kwartet stracił nagle zapał do wksrzeszania rewolucji i za swoje nowe dzieło każe płacić - i to bynajmniej nie "co łaska". Za folder z ośmioma empetrójkami trzeba zapłacić siedem euro. Fani jakości muszą dopłacić jeszcze cztery Euro jeśli chcą ściągnąć pliki w jakość CD.

A jak to brzmi? Przede wszystkim nieznośnie głośno i bez dynamiki. Radiohead dołączyli niestety do wyścigu głośności - ich nowy album jest płaski jak nos Buddy. Kompozycyjnie "The King of Limbs" można najkrócej określić jako bardzo przeciętny sequel poprzedniej płyty, albo jak kto woli odpady z sesji do "In Rainbows". Nie sposób odnieść wrażenia, że większość rytmów i groove’ów jest wprost zapożyczona z przeszłości. Tradycyjnie Thom Yorke wije się i wyje w gęstych oparach pogłosu a granica pomiędzy gitarami a syntezatorami jest bardzo cienka. Jednak nic się nie rozwija i nie wciąga słuchacza, tak jak miało to miejsce w przypadku choćby "Jigsaw Falling Into Place". Ostatnie dwa numer są wręcz nudne i brzmią jak covery Radiohead. "Lotus Flower" opiera się na bębnach żywcem wyjętych z "15 Step" a otwierający płytę "Bloom" wbrew tytułowi nigdy nie rozkwita, do złudzenia przypominając kompozycje z solowego "Erasera" Thoma Yorke’a. Nie wspominając o równie eterycznym co nijakim "Give Up The Ghost" czy nudnawym "Separator" stojącym w miejscu od początku do końca. Są fajne momenty, tak jak masywny niczym szyja pitbulla "Feral" oscylujący pomiędzy klubową stopą a la Timo Maas a transową kwaśnością Gus Gus, ale to za mało, jak na jeden z najważniejszych współczesnych zespołów.

Marcin Staniszewski/Machina