Potworne wrażenie na mieszkańcach Gdyni sprawiła noc ze środy na czwartek. Ulicą Świętojańską w dół, w stronę portu, długo w noc jechał ciężki sprzęt wojskowy. Ulice się trzęsły, domy się trzęsły; czołgi, transportery, ciężkie wojskowe wozy – to wszystko huczało, robiło olbrzymi hałas i tak przez wiele godzin.
( …) W późniejszych godzinach, około godziny 10 szedł następny pochód. Ten z chłopcem na drzwiach. Niesiono przed nim pokrwawioną biało-czerwoną flagę, długą tak, że sięgała w poprzek od chodnika do chodnika. Na zdjęciu jej nie widać, bo niesiono ją kilkanaście metrów z przodu, a ja czekałem na ten zasadniczy moment, żeby chłopca mieć na pierwszym planie. Jak się dobrze zdjęciu przyjrzeć, widać też, że między stopami umieszczony jest krzyż.
Zrobiłem to zdjęcie i wychyliwszy się przez okno obserwowałem. Na rogu Świętojańskiej i Kilińskiego uformowała się milicyjna zapora. Były tam gaziki, które stały tyłem do maszerującego tłumu, wystawiając w kierunku pochodu działka z wyrzutniami granatników. Gaziki jechały do tyłu, w stronę nadchodzących.
Teraz nastąpiła scena, jakby specjalnie przygotowana dla filmu: gdy pierwsze granaty wybuchły, powstały obłoki dymu, za którymi szli milicjanci z wielkimi, krzyżackimi tarczami i nacierali na tłum. Dym przysłonił mi widoczność. Kiedy opadł, zobaczyłem, że drzwi z chłopcem leżą na jezdni. Po chwili robotnicy podnieśli je znowu i ponieśli dalej.
(Źr. "Spotkania" nr 24, Lublin 1983)