Łagry oczami dziecka: "lesoruby nas lubili"

Ostatnia aktualizacja: 09.02.2013 12:00
W 1940 r. 6-letnia wówczas Felicja Konarska, razem z rodziną została wywieziona na daleką północ Rosji. Wcześniej, z trójką rodzeństwa i rodzicami, mieszkała w dużym gospodarstwie w Osadzie Ostrowskiej. Jej sielankowe dzieciństwo zostało brutalnie przerwane.
Audio
Więźniowie przy budowie Kanału Białomorsko-Bałtyckiego
Więźniowie przy budowie Kanału Białomorsko-BałtyckiegoFoto: Wikipedia/Public Domain

Pierwsze lata życia Felicji Konarskiej wyglądały jak w bajce. Miała kochających rodziców i wszystko, czego tylko potrzebowała, bo rodzina należała do jednej z bogatszych w okolicy.

Jednak w sobotę, 10 lutego 1940 roku, jej dzieciństwo przedwcześnie się skończyło. – Przyszedł po nas enkawudzista. Kazał się pakować, głównie rzeczy ciepłe, jedzenie i narzędzia do roboty. To nie był okrutny człowiek, dał nam dużo czasu, mama zdążyła nawet zrobić śniadanie. Kluski na mleku – wspominała w "Godzinie prawdy”.

Niezwykłe rozmowy w "Godzinie prawdy" w każdy piątek w samo południe >>

Wstrząsający obraz płaczącego ojca

Kiedy jechali na stację kolejową, połamały się ich sanie. – Żołnierz kazał się przesiąść na inne. Tata wtedy podszedł do koni, przytulił je i się rozpłakał. To było dla mnie wstrząsające, bo pierwszy raz widziałam, jak tata płakał – opowiadała.

Wreszcie cała rodzina trafiła do wagonu towarowego. - W środku stał metalowy piec, a w podłodze był otwór, który miał być ubikacja. Jedliśmy to tylko to, co udało się zabrać z domu, a na stacjach czekała na nas tylko gorąca woda. Na stacjach żołnierze pozwalali dzieciom wychodzić i pobiegać po peronie. Patrzyli na nas z litością, to nie byli bardzo źli ludzie, ci enkawudziści – mówiła Felicja Konarska.

Podróż trwała blisko 4 tygodnie. – Wysadzili nas w Kotłasie nad Dwiną. Dalej pojechaliśmy saniami, właśnie tą skutą lodem rzeką. To był marzec. Rozchorowałam się, ale pamiętam piękne widoki, te olbrzymie świerki, których u nas nie było, mchy w różnych kolorach. To było coś niesamowitego - opowiadała.

"Do dziś przeraża mnie ten język"

Na miejscu cała rodzina została zakwaterowana w baraku z siedmioma innymi rodzinami. W łagrze była kuchnia, stołówka i sklep. – W sklepie pracował pewien ohydny człowiek, bezwstydny. Jak ja teraz, idąc ulicą, słyszę słowa, których używał ten paskudny Paszka, jestem załamana, że tak się język polski zbrukał – mówi bohaterka "Godziny prawdy”.
Niezwykłe rozmowy w "Godzinie prawdy" w każdy piątek w samo południe >>

W łagrze Felicja Konarska – jak sama przyznaje – pierwszy raz poczuła czym jest głód. – Jak chodziłam do stołówki gdzie jedli też Rosjan, ci lesoruby, oni oddawali nam swoje porcje. Lubili dzieci. Nie mogę uwierzyć, jak sobie przypomnę, że rzucałam się na to jedzenie jak pies- opowiadała.

Prace w łagrze rodzice Felicji Konarskiej przypłacili zdrowiem. Ojciec zmarł, a matka trafiła do szpitala. – Mnie i siostrę zabrali do domu dziecka, a z domem dziecka trafiłam do Polski – powiedziała.

Jak wyglądało codzienne życie w łagrze, jak rodzina Felicji Konarskiej wracała do kraju i dlaczego matka poprosiła ją, żeby została w domu dziecka? Zapraszamy do wysłuchania poruszającej historii życia Felicji Konarskiej. Deportację, pobyt i powrót do ojczyzny kobieta opisała także w książce - wspomnieniach "Liście na wietrze".

Na "Godzinę prawdy” zaprasza Michał Olszański.  

ei